fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych może wszystko

Adobe Stock
Matka wszystkich orzeczeń: Marbury v. Madison.

Dwieście piętnaście lat temu Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych przełomową decyzją ustanowił swoje prawo do badania prawa federalnego pod kątem jego zgodności z konstytucją. Decyzja Marbury v. Madison z 1803 r. z uzasadnieniem prezesa Johna Marshalla uczyniła z Sądu Najwyższego, dotychczas traktowanego drugorzędnie, najważniejszy organ ustrojowy.

Brutus uprzedzał

Według konstytucji z 1787 r. Sąd Najwyższy miał jedynie prawo badania konstytucyjności praw stanowych. Jej autorzy bali się sędziowskiej uzurpacji władzy, odrzucając argument o złej woli demokratycznie wybranych władzy ustawodawczej i wykonawczej, przysięgających na wierność konstytucji i zdolnych do autokorekty, chociażby poprzez wybory. To one przecież stanowiły dla Monteskiusza główne zabezpieczenie trójpodziału władzy. Krytykę oddania SN władzy ostatecznego interpretowania konstytucji przedstawił np. jeden z najprzenikliwszych umysłów owego czasu o pseudonimie Brutus. Według niego Sąd jako trybunał konstytucyjny będzie interpretował konstytucję bez jasnych reguł, według własnego uznania. Od tego sądu nie ma odwołania. Większość artykułów konstytucji jest tak ogólna i nieprecyzyjna, że sądy będą je interpretować rozszerzająco i nie ma władzy skorygowania jego interpretacji. To władza najwyższą i niekontrolowana. Sąd Najwyższy stałby się wtedy strażnikiem nie woli narodu, co w przypadku uzurpacji władzy legislacyjnej jest weryfikowane wyborami, lecz organem oligarchicznym.

Jedynie Aleksander Hamilton, prący do ścisłej federacji, chciał takiej kontroli, uważając, iż władza taka wynikała z istoty konstytucji jako prawa fundamentalnego z Sądem Najwyższym jako jego interpretatorem.

Przedmiotem orzeczenia Marbury v. Madison była sprawa zapoczątkowana nominacjami „ostatniej godziny" sędziów pokoju przez ustępującego prezydenta Johna Adamsa, obsadzającego zwolennikami swojej partii federalistów wszystkie możliwe stanowiska. Nominacje nie zostały na czas doręczone. Zwycięski Tomasz Jefferson, przywódca Partii Republikańsko-Demokratycznej, zakazał sekretarzowi stanu Jamesowi Madisonowi ich doręczenia. Jeden z poszkodowanych, William Marbury, zwrócił się do SN o wydanie nakazu wykonawczego.

Sąd podtrzymał decyzję Jeffersona, tworząc jednak jednocześnie swoje prawo do badania konstytucyjności ustawodawstwa federalnego. Marshall argumentował, iż ustawa o sądownictwie z 1789 r. dająca Sądowi prawo wydania nakazu wykonawczego była sprzeczna z art. 3 konstytucji, ponieważ rozszerzała bezprawnie jego jurysdykcję. Interpretacja była naciągana, choć Marshall nawiązał do rozumowania Hamiltona.

Bardzo niebezpieczna doktryna

Jefferson, wybitny prawnik, dostał szału, rozumiejąc natychmiast jej konstytucyjne implikacje. Jeszcze ostrzej wypowiedział się w 1820 r., pisząc do dyplomaty Williama Jarvisa: Uważasz sędziów za ostatecznych arbitrów wszystkich spraw konstytucyjnych; to bardzo niebezpieczna doktryna, która by poddała nas despotii oligarchii. Nasi sędziowie są tak uczciwi jak inni ludzie, ani na jotę więcej, mając te same upodobania partyjne, do władzy i przywilejów. Ich władza jest tym bardziej niebezpieczna, że nie są odpowiedzialni w wyborach jak inni. Konstytucja nie zna takiego pojedynczego trybunału, wiedząc, iż do jakichkolwiek rąk trafi, pod wpływem czasu i sympatii partyjnych ulegnie korupcji, a jego członkowie staną się despotami. Uczyniła wszystkie trzy władze równe i współsuwerenne wobec siebie, ograniczając władzę sędziów do władz sądowych, a pozostałe do ich własnych.

Uwikłane w priorytety

Pogłębioną krytykę przedstawił w 1825 r. sędzia SN Pensylwanii John Gibson, dla którego „zadaniem sądów jest interpretowanie prawa, a nie prześwietlanie autorytetu prawodawcy".

Niemniej instytucja badania konstytucyjności prawa federalnego utrzymała się, stając się początkiem bezprecedensowej władzy SN w systemie konstytucyjnym Stanów Zjednoczonych, a z czasem, od pierwszej wojny światowej, w innych krajach liberalnej demokracji.

Ponownie unieważnienie ustawy Kongresu przez SN nastąpiło dopiero w 1857 r. W historii Stanów Zjednoczonych uznał on w sumie za niekonstytucyjne przeszło 150 ustaw. Do dzisiaj władza ta wzbudza szalone emocje, bo jej stosowanie, z głęboko podzielonymi decyzjami samych sędziów, staje się często przyczyną ideologicznej interpretacji konstytucji. Wywołuje kryzysy konstytucyjne, polityczne i kulturowe, dowodzi, że sędziowie nie są nieomylnymi demiurgami prawa. Jak zauważył sędzia SN Robert Jackson w 1951 r., „jesteśmy ostateczni nie dlatego, że jesteśmy prawdziwi, jesteśmy prawdziwi dlatego, że jesteśmy ostateczni". Dzisiaj to władza de facto absolutna. Jak ujął to w swoim ostatnim orzeczeniu przed śmiercią w 2016 r. sędzia SN Antonin Scalia: Ten sąd może absolutnie wszystko. Wobec rozpadu wspólnego antropologicznego kodu kulturowego w świecie liberalnym i zideologizowania praw człowieka Sąd Najwyższy i inne współczesne trybunały konstytucyjne jest uwikłany w różnorakie aksjologiczne priorytety sędziów jako twórców prawa prowadzących określoną politykę, często wbrew woli demokratycznie wybranych władz. To stan coraz częściej określany mianem sędziokracji, oligarchizacji władzy sądowej.

Autor jest profesorem na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA