fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Sławomir Sowiński: Samotność kapitalizmu

Kongres Liberalno-Demokratyczny symbolizował kiedyś „ducha młodego kapitalizmu”
Jacek Domiński
Na sztandarach kampanii trudno dziś dostrzec pochwałę zaradności, kreatywności i przedsiębiorczości.

Kampania wyborcza nabiera powoli tempa i barw. Obok definiowania korzystnych dla siebie osi wyborczego sporu, a także budzenia wyborczych emocji, rywalizujące obozy powoli rozwijają też swe wyborcze sztandary. Pełna ich prezentacja nastąpi zapewne dopiero w oku kampanijnego cyklonu, we wrześniu. Już teraz jednak trudno oprzeć się wrażeniu, w wyborczym pejzażu, który przed nami rozpościerają, znaczącym nieobecnym wydaje się – mówiąc językiem Maxa Webera – duch młodego polskiego kapitalizmu.

Niewidoczny na sztandarach

Nieobecność taka nie polega tylko na tym, że nie ma dziś w Polsce znaczącej, stricte liberalnej z nazwy lub programu partii, która koncentrowałaby się na wolnym rynku. Taki już urok współczesnej masowej polityki, że w większości demokratycznych państw jego obrońcy swej politycznej drogi szukać muszą, tworząc wolnorynkowe skrzydła w większych, na ogół konserwatywnych lub chadeckich, formacjach. Rzecz także nie w tym, że w kampanii nie mówi się i nie będzie się mówić o ekonomii. Obóz władzy słusznie chwali się i chwalił będzie zapewne koniunkturą gospodarczą, malejącym bezrobociem, wpływami z VAT, wysokim PKB, a ostatnio nawet ambitnym planem zrównoważonego budżetu. Opozycja, także nie bez racji, pyta i pytać będzie, czy dobra zmiana dobrze przygotowuje państwo na czas dekoniunktury, który prędzej czy później musi nadejść.

Przeczytaj też: Pytania do prezesa PiS po aferze z hejtem

Problem, o którym mówimy, polega na czymś innym. Chodzi o to, że na sztandarach rozpoczynającej się właśnie kampanii trudno dziś dostrzec pochwałę życiowej zaradności, kreatywności, przedsiębiorczości i odwagi brania swego losu we własne ręce. Przez feerie wyborczych obietnic nie przebija się też podstawowa prawda, że wolność zaczyna się od samodzielności i odpowiedzialności za siebie i najbliższych. A w kampanijnych licytacjach na patriotyzm bardzo rzadko słychać, że ważnym jego wymiarem jest codzienna praca czy solidność w biznesie.

Tym samym możemy chyba mówić o wyborczym osieroceniu wielu pracowitych i przedsiębiorczych Polaków, którzy od roku 1989 tworzą polski cud gospodarczy i zręby młodego polskiego kapitalizmu. Nie wyimaginowanych biznesmenów w ich drogich limuzynach, ale zwykłych kupców czy usługodawców, którzy swój dzień zaczynają często bladym świtem, zmęczeni kończą go późnym wieczorem, myśląc z troską po nocach o swych usługach, pracownikach, klientach czy czekających ich możliwych kontrolach.

Nie milionerów z kolorowych gazet, ale tych wszystkich, którzy ciężką codzienną pracą, wyrzeczeniami i oszczędzaniem sami starają się budować przyszłość własnych rodzin.

Tych wszystkich, którzy od państwa oczekują nie kolejnych bonusów, ale nowoczesnych instytucji, sprawnych i niezależnych sądów oraz przejrzystych, stabilnych reguł.

Wichry kampanii

By ten obraz nieco doprecyzować, zauważmy, że na różnych politycznych sztandarach sprawy i wartości, o których mówimy, czasem próbuje się podnosić. W obozie dobrej zmiany upomina się o nie i sam premier, i środowisko polityczne Jarosława Gowina. Po stronie opozycji słychać o nich i w różnych kręgach Platformy, i w PSL, i w środowisku Janusza Korwin-Mikkego.

Rzecz jednak w tym, że u progu kampanii nad naszymi głowami mocno wieje etatystyczny wiatr polskiej polityki, który potrzebne i dobre programy społeczne, takie jak dłuższe urlopy macierzyńskie czy 500+ dla rodzin wielodzietnych, a także sensowną refleksję nad społecznymi skutkami transformacji zmienił niepostrzeżenie w powszechną polityczną licytację na kolejne socjalne transfery, roztaczając przy tym lewicową z ducha obietnicę wszechodpowiedzialnego socjalnego państwa.

Do tego dochodzi jeszcze ofensywa środowisk LGBT i związany z nią – wygodny i dla rządzącej prawicy, i dla lewicy – ostry spór światopoglądowy, który codzienne troski polskich kupców, przedsiębiorców czy usługodawców pozwala w czasie kampanii skryć w jego głębokim cieniu.

W efekcie takiej przedwyborczej atmosfery główne polityczne sztandary łomocą dziś w taki sposób, że haseł samodzielności, przedsiębiorczości i pracowitości nie sposób na nich dostrzec.

Zwolennicy wolności gospodarczej

Zastanawiając się nad możliwymi skutkami tego wyborczego osamotnienia polskiego kapitalizmu, wskazać można perspektywę bliższą i dalszą.

W tej pierwszej, bezpośrednio wyborczej, istotne wydaje się to, że przynajmniej część wyborców, o których tu mówimy, ciągle może poszukiwać swej reprezentacji. Można się oczywiście spierać, jak duża jest to grupa. Niemniej, zważywszy na to, ok. 3 mln Polaków prowadzi formalnie działalność gospodarczą, ok. 2,5 mln zademonstrowało swą ekonomiczną samodzielność, wybierając w roku 2014 OFE, a nie ZUS, a grubo ponad milion w roku 2015 zaufało prorynkowej retoryce Ryszarda Petru, ostrożnie zakładać możemy, że mówimy tu co najmniej o kilkuset tysiącach głosów, które oddane mogą być zarówno na obóz dobrej zmiany, jak i opozycję.

I w tym sensie mogą się okazać języczkiem u wyborczej wagi. Dlatego dobrym – i ciągle chyba jeszcze możliwym – politycznym pomysłem wydaje się odważniejsze wyjście wyborczych konkurentów na spotkanie polskiemu kapitalizmowi, naturalnie bez nuty wyższości i buty wobec tych, którzy potrzebują wsparcia ze strony państwa.

Niezależnie jednak od tego, kto wygra wybory, w interesie każdej władzy, w interesie nas wszystkich i w interesie całego państwa jest to, by pracowitość, przedsiębiorczość i samodzielność Polaków znalazły swą wyraźniejszą polityczną reprezentację. One to bowiem, a nie geniusz polityków, stanowić będą skuteczny bastion przed gospodarczą recesją, gdy ta kiedyś przyjdzie.

Autor jest dr. habilitowanym politologii w Instytucie Politologii UKSW

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA