fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Hołownia: Mogłem wygrać z Dudą w II turze

Fotorzepa, Robert Gardziński
Kaczyński otworzył PO furtkę do zmiany kandydata, bo się mnie wystraszył – zapewnia Szymon Hołownia, Polska 2050.

Czy Polska powinna wypowiedzieć konwencję stambulską?

Wypowiedzenie konwencji to jakiś absurd i czysto PR-owski zabieg. To nic innego jak kolejne rzucenie flary po to, aby ktoś za nią pobiegł i żeby Zjednoczona Prawica mogła zaprezentować się jako obrońcy tradycyjnego modelu rodziny, wśród ludzi, którzy mają mniejsze pojęcie, o co w ogóle w konwencji stambulskiej chodzi. To jest kolejna próba znalezienia ogniska, wokół którego można spolaryzować Polaków. Konwencja nie zawiera w sobie niczego, czym straszą nas ci, którzy chcą ją wypowiadać. Tworzy ramy do jeszcze pilniejszego zwrócenia uwagi na dramatyczne problemy, które dzisiaj dotykają rodzin i ofiar przemocy w rodzinie. Nie twierdzę, że w jakiś radykalny sposób zmieniła polskie prawo czy sytuację w Polsce, bo my też to prawo „po drodze" zmieniamy. Natomiast z całą pewnością nikomu nie szkodzi i jest ważnym memento, które pozwoliliśmy zainstalować w naszym systemie. Nie widzę żadnego powodu, by ją wypowiadać.

Przedstawiciele Solidarnej Polski twierdzą, że są tam przepisy dotyczące trzeciej płci, uderzające w Kościół i tradycyjny model rodziny.

To bzdury. Konwencja niczego deklaratywnie nie stwierdza i bardzo oględnie obchodzi się z tym tematem, bo to też nie jest treścią tego dokumentu. Konwencja chce zabezpieczać prawa osób, które mają inną tożsamość psychoseksualną, mają prawo czuć się bezpiecznie i normalnie funkcjonować w świecie.

To jest temat zastępczy i wyciągnięty po to, aby wystroić się w piórka husarzy, którzy teraz będą bronili polskiej rodziny znowu przed wyimaginowanym smokiem. Zjednoczona Prawica wymyśla zagrożenia, przed którymi później bohatersko chce bronić Polaków. Nie potrafią za bardzo rządzić, więc muszą uzasadnić elektoratowi swoje istnienie.

Do wypowiedzenia konwencji nie dojdzie?

Zakładam, że raczej nie. Ale tych kilka intensywnych miesięcy w polskiej polityce nauczyło mnie, że liczba pistoletów, które wykłada się na stół, jest tak obłędna, że czasami wypalają te, które zakładaliśmy, że nie mają racjonalnych podstaw, żeby wypalić. To teatr polityczny i ideologiczny. Skończyły się wybory i trzeba ludzi znowu pokłócić, a jeżeli Kaczyński zrobi wybory samorządowe na jesieni, to znowu będzie powód, żeby ich szczuć na siebie. Tak PiS uprawia politykę, a ja mam nadzieję, że kiedyś minie czas właśnie tak uprawianej polityki.

Jak po przegranych przez pana wyborach prezydenckich wygląda tworzenie ruchu Polska 2050?

Dobrze, choć to jest trudne zadanie, dlatego że formowaliśmy nasze zastępy w warunkach konfliktu. Kampania się skończyła, więc mamy czas na organizację i ułożenie wszystkiego tak, żebyśmy byli gotowi na następne wybory i każde kolejne, a w międzyczasie tworzyli społeczeństwo obywatelskie. Jesteśmy na etapie kończenia organizowania think tanku, jednego z trzech filarów naszej działalności. Ruch obywatelski jest na etapie rejestracji. W tym tygodniu przedstawimy nasze plany. Dołączają do nas kolejni ludzie i to jest fenomen, że po kampanii ludzie przychodzą. Rośniemy w siłę. Za tydzień ruszam znowu w Polskę na spotkania do Olsztyna, Mrągowa, Bolesławca i na Podlasie.

Czy zapowiedź powstania nowego ruchu Rafała Trzaskowskiego to dla Polski 2050 konkurencja?

Trzaskowski przeżył w kampanii to, co wielu z nas. Wybrał się w Polskę, porozmawiał z ludźmi, zobaczył, jakie są emocje i pragnienia ludzi. Ja o ruchu obywatelskim i o tym, że partie polityczne nie wystarczą, mówiłem cztery miesiące przed nim. Nie sądzę, żeby była to dla nas konkurencja. Bardzo trudno będzie Trzaskowskiemu stworzyć ruch obywatelski, a nie tylko face lifting PO. Jeżeli zdecyduje się robić face lifting Platformy i dodawać tam jakieś narzędzia, to będą szli swoją drogą i my będziemy szli swoją. My w żadnej formule nie wybieramy się do PO. Co innego gdyby Trzaskowski powiedział: „Słuchaj, przejechałem Polskę, rozmawiałem z ludźmi, widziałem rzeczy, których nie widziałem do tego pory i teraz naprawdę trzeba zacząć od nowa. Zostawiam PO, zakładamy obywatelskie porozumienie ponad podziałami, zależy mi na ludziach, a nie na politycznym środowisku, z którego wychodzę". Wtedy może otworzyłoby się pole do rozmowy, ale na razie go nie ma.

Mógłby pan współtworzyć wspólnie z Trzaskowskim nowy ruch polityczny?

Nie na tym etapie wiedzy, którą mam dzisiaj. Jeżeli Trzaskowski zdecydowałby się nie być jednym w trzech osobach, czyli prezydentem Warszawy, wiceprzewodniczącym PO i szefem bliżej nieokreślonej struktury, tylko rzeczywiście wyjść z miejsca, w którym jest i stworzyć coś nowego, to bardzo chętnie będę z nim rozmawiać.

Czy ewentualne wspólne listy z Koalicja Polską czy PO służyłyby Polsce 2050?

Nie służyłyby Polsce 2050 ani PO czy komukolwiek, kto chciałby budować te listy, ani też Polsce. Takie konglomeraty rzadko się udają. Każda ze stron traci wtedy tożsamość. To powinny być jasne porozumienia programowe, dotyczące konkretnych rozwiązań. Nam jest dużo bliżej do koalicji lokalnych, samorządowych. Zależy, jakie to będą wybory, bo jeśli to będą wybory jesienne do sejmików, to próg wejścia będzie tam bardzo wysoki, na poziomie mniej więcej 10 proc. Jeżeli już mielibyśmy z kimś coś budować, a nie sami, to pewnie najpierw budowalibyśmy z dobrymi, mądrymi lokalnymi komitetami samorządowymi, niż z namaszczonymi przez partyjne centrale działaczami, którzy znowu przeniosą spór polityki centralnej na poziom lokalny.

Ma pan poczucie, że PiS przegrałby wybory prezydenckie, gdyby to jednak pan wszedł do II tury, a nie Rafał Trzaskowski?

Tak.

Uważa pan, że wygrałby pan z Andrzejem Dudą, gdyby PO postawiła na kandydata ponadpartyjnego, a nie na swojego przedstawiciela?

Tak, oczywiście. Kładliśmy na stole taką propozycję wraz z wynikami badań, które w dobitny sposób to pokazywały. Wiem z dobrych źródeł, że Jarosław Kaczyński otworzył PO furtkę do wymiany kandydata nie po tym, jak usłyszał któreś moje płomienne przemówienie, tylko jak zobaczył, że mamy biura w 17 miastach. Jako stary partyjny działacz wiedział, że to znaczy, że tworzy się tu coś poważnego i łatwiej pójść w 2005 rok, czyli to, co zrobili między Lechem Kaczyńskim a Donaldem Tuskiem, czyli w polaryzację z wiadomym finałem. Miałbym większe szanse na wygranie z Andrzejem Dudą w II turze. Zabrakło wyobraźni politycznej i obywatelskiej, jaką nagle wszystkie partie zaczęły prezentować po kampanii.

—współpraca Karol Ikonowicz

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA