fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Puchar Narodów Afryki. Wiara w magów słabnie

Finał poprzedniego turnieju o Puchar Narodów Afryki. Kamerun pokonał Egipt 2:1. Na zdjęciu największa gwiazda afrykańskiego futbolu Mohamed Salah (z przodu) i Ambroise Oyongo
AFP, Gabriel Bouys Gabriel Bouys
W Egipcie zaczyna się najbardziej kolorowy i nieprzewidywalny turniej piłkarski na świecie.

Mistrzostwa świata w RPA w 2010 roku miały być skokiem cywilizacyjnym dla Afryki, przynieść wymierne korzyści nie tylko gospodarzom, ale całemu kontynentowi. Od tamtego czasu odbyły się cztery turnieje o Puchar Narodów Afryki i tylko jedną edycję rozegrano tam, gdzie pierwotnie planowano (w 2012 roku w Gabonie i Gwinei Równikowej). Pozostałe trzeba było przenosić.

W 2013 roku organizatorem miała być Libia, jednak trwająca w tym kraju wojna domowa sprawiła, że rywalizację przeniesiono do RPA. Gospodarzem następnych mistrzostw miało być Maroko, ale strach przed szalejącą w Afryce Zachodniej epidemią wirusa Ebola okazał się silniejszy i Puchar Narodów trafił ponownie do Gwinei Równikowej. A kolejny do Gabonu, który zastąpił Libię, gdzie na przeszkodzie stanął przedłużający się konflikt wewnętrzny.

Kiedy więc w listopadzie ubiegłego roku prawo organizacji turnieju odebrano Kamerunowi, nikogo to już nie dziwiło. Opóźnienia w przygotowaniach pewnie by jakoś przełknięto, ale toczące kraj konflikty (powstanie Boko Haram na północy i spór z separatystami na południu) to było jednak za dużo i PNA trafił na północ.

Stadion pułapka

Wybór nowego gospodarza wzbudził jednak spore obawy. Egipt kocha futbol, ale ta miłość przybiera często niebezpieczne szaty. Pamięć o wydarzeniach z 2012 roku – tragedii na stadionie w Port Saidzie, największej w historii tamtejszej piłki – jest nadal świeża.

Doszło do niej niemal dokładnie rok po rewolucji. Po meczu miejscowego Al-Masry z Al-Ahly Kair wybuchły zamieszki, w których zginęły 74 osoby, a prawie tysiąc zostało rannych. Liczba ofiar byłaby pewnie mniejsza, gdyby przerażeni ludzie mieli szansę ucieczki. Tymczasem kierowali się oni w stronę tunelu, który okazał się pułapką – napotkali zamkniętą bramę. W panice zaczęli się tratować, inni ponieśli śmierć, spadając z wyżej położonych części trybun.

Kontrowersje budziła postawa policjantów i ochroniarzy. Winni nie zostali osądzeni. Przez kraj przelała się fala protestów antyrządowych. W Port Saidzie demonstranci usiłowali zakłócić ruch na Kanale Sueskim. W Kairze podpalili siedzibę egipskiego związku. Latem 2013 roku w wyniku zamachu stanu obalono znienawidzonego prezydenta Muhammada Mursiego, władzę przejęła junta wojskowa, a rządzące Egiptem Bractwo Muzułmańskie uznano za organizację terrorystyczną.

Najsilniejsza liga na kontynencie została zawieszona na dwa lata. To właśnie wtedy do Europy wyjechał Mohamed Salah – największy talent od czasów Mido, od dwóch sezonów najlepszy strzelec Liverpoolu i Premier League.

Destabilizacja rozgrywek odbiła się na wynikach reprezentacji. Egipt, który potrafił zdobyć Puchar Narodów Afryki trzy razy z rzędu (2006, 2008, 2010), do kolejnych turniejów nawet się nie zakwalifikował. Na mistrzostwa wrócił dopiero przed dwoma laty. Dotarł aż do finału.

Automatycznie więc i teraz musi być uznawany za faworyta. Nie może być inaczej, przecież mowa o rekordziście, który tytuł wywalczył siedmiokrotnie, a w 25 domowych meczach z rzędu przeciw rywalom z Afryki poniósł tylko dwie porażki. Kiedy organizował PNA, zawsze stawał na podium: trzy razy wygrał, raz był trzeci.

Dyplomacja stadionowa

Ostatni raz gościł mistrzostwa w 2006 roku. Od tego czasu stadiony zmodernizowano, trybuny wyremontowano, wybudowano nowe drogi i rozwinięto transport. Dla przyjezdnych kibiców stworzono specjalne pakiety – by ich podróż nie skończyła się między lotniskiem, hotelem i stadionem, by mogli zobaczyć piękno kraju faraonów i aby kiedyś do niego wrócili, już jako turyści.

Egipt po latach izolacji ma ambicje stać się liderem kontynentu – nie tylko w wymiarze sportowym, ale przede wszystkim politycznym i gospodarczym. Organizuje ważne wydarzenia, międzynarodowe konferencje i spotkania, a prezydent Abdel Fattah al-Sisi skrupulatnie nawiązuje relacje z sąsiadami. Nawet maskotka turnieju – mały faraon – ma symbolizować nowe, ambitne pokolenie Egipcjan.

Afryka przechodzi właśnie drugą kolonizację. Kiedyś wpływami dzielili się przybysze z Europy: Brytyjczycy, Francuzi, Niemcy czy Portugalczycy. Dziś kontynent zawłaszczają Chińczycy. W zamian za dostęp do cennych surowców udzielają kolejnym państwom pożyczek, budują szkoły, drogi, lotniska i połączenia kolejowe, stawiają na potęgę biurowce i przede wszystkim stadiony.

Istnieje już nawet pojęcie „dyplomacja stadionowa", a jej najbardziej jaskrawym przykładem był Puchar Narodów Afryki z 2010 roku organizowany w Angoli. Chińskie firmy państwowe wybudowały wszystkie cztery stadiony, w czterech miastach, a kredytu na budowę udzieliły chińskie banki. Angola ma znaczne zasoby ropy naftowej, jest trzecim największym – po Rosji i Arabii Saudyjskiej – dostarczycielem ropy do Chin.

Miejscowi, pamiętający brutalne metody europejskich mocarstw, obecność Chińczyków oceniają z reguły bardzo pozytywnie. Nowi kolonizatorzy nie ingerują w ich sprawy wewnętrzne, nie traktują jak ciemnego ludu, który trzeba wychowywać, uczyć demokracji, przestrzegania praw człowieka i zwalczania korupcji, interesuje ich tylko i wyłącznie biznes. Dokąd zaprowadzi Afrykę ten romans z Chinami? Czy pozwoli jej uporać się z ogromnym zadłużeniem i długą listą kłopotów pozagospodarczych?

Krew owcy i tajemniczy eliksir

W ostatnim finale Pucharu Narodów Afryki – w 2017 roku – Egipt przegrał z Kamerunem, osieroconym przez Samuela Eto'o i Alexa Songa, a także kilku innych zawodników, którzy odmówili przyjazdu do Gabonu. Wśród nich byli m.in. obrońca Liverpoolu Joel Matip i bramkarz Ajaxu Andre Onana. Paradoksalnie zespół pozbawiony gwiazd osiągnął największy sukces w ostatnich latach.

Kameruńczycy nigdy nie różnili się bardzo od innych afrykańskich ekip, które od środka rozbijały często kłótnie i walka o pieniądze. Tak jak reszta Czarnej Afryki wierzyli też w siły nadprzyrodzone. W 2002 roku pomóc im miały czary odprawione przez asystenta selekcjonera Winfrieda Schaefera. Thomas N'Kono został aresztowany za palenie zwierzęcych kości i rozpylanie tajemniczego eliksiru w pobliżu murawy przed wygranym półfinałem z Mali.

Takie praktyki jeszcze kilkanaście lat temu były stałym punktem krajobrazu mistrzostw. Podobnie jak obecność w sztabach szkoleniowych szamanów. Marabu, bo tak ich się nazywa, widnieli na liście płac, jeździli z drużyną na mecze, siadali nawet na ławkach rezerwowych. Nierzadko traktowano ich z większym szacunkiem niż lekarzy czy fizjoterapeutów. Lepiej było z nimi nie zadzierać.

Przekonała się o tym reprezentacja Wybrzeża Kości Słoniowej. Dzięki wsparciu szamanów miała w 1992 roku po raz pierwszy sięgnąć po mistrzostwo kontynentu. Jej bramkarz nie puścił ani jednego gola, w półfinale i finale bronił rzuty karne. Problem w tym, że minister sportu nie dotrzymał obietnicy i nie podzielił się z czarownikami premią. Słabe występy w kolejnych dziesięciu latach – trzykrotne odpadnięcie w fazie grupowej i brak awansu na mundial – tłumaczono rzuconą przez marabu klątwą. Rząd poprosił o przebaczenie, zapłacił 2 tys. dol., dołożył butelkę wódki, piłkarski związek dorzucił whisky oraz krowę i... drużyna znów zaczęła wygrywać. Zakwalifikowała się nawet po raz pierwszy na mundial.

Afrykańska federacja zatrudniania magów zakazała dopiero w 2003 roku, wiara w ich skuteczność słabnie, ale w niektórych krajach kult czarów jest wciąż mocny. Dwa lata temu w finale PNA do lat 20 Senegal przegrywał z Zambią 0:2, gdy jego napastnik postanowił wrzucić jakiś przedmiot do bramki rywali. Doszło do awantury, ale odprawione przez chłopaka zaklęcie losów meczu nie odwróciło. Gwinei szczęście miał przynosić kiedyś 9-letni albinos. Osoby te w wielu rejonach Czarnego Lądu uważane są za ludzi o nadprzyrodzonych mocach.

Henryk Kasperczak, który zespoły z Afryki prowadził w siedmiu turniejach, tak wspominał swoje doświadczenia z marabu podczas pracy w Senegalu. – Smażą żywego kurczaka, zbierają z niego popiół, a później robią z tego maść, którą zawodnicy wcierają sobie w nogi przed meczem. Bywało również, że szaman zabił owcę, a krew ofiary dostali piłkarze, aby dzień przed spotkaniem pójść na stadion i wlać ją w wykopany przed jedną z bramek dół. Na tę bramkę następnego dnia miał paść gol – opowiadał francuskiej gazecie „Les Echos".

Tygrys w bloku

Kasperczak trzy razy wprowadzał swoje drużyny do półfinałów PNA. W 1994 roku zdobył brąz z Wybrzeżem Kości Słoniowej, dwa lata później – srebro z Tunezją. W 2002 roku zajął czwarte miejsce z Mali. Gdy odnosił sukces, był wielbiony. Kiedy nie osiągał postawionego celu, bywało, że pozbywano się go jeszcze w trakcie turnieju. Dwa lata temu stracił posadę selekcjonera Tunezji, mimo że awansował z nią do ćwierćfinału.

Pracując w Mali, poznał też ciemną stronę życia w Afryce. Kilkaset metrów od restauracji, w której chwilę wcześniej jadł posiłek, doszło do ataku terrorystycznego. Zginęło pięć osób. Z kolei w hotelu, w którym zdarzało mu się bywać, wzięto zakładników i zabito 19 osób.

Bogusław Baniak, który w Burkina Faso został dyrektorem sportowym i selekcjonerem kadry do lat 15, przeżył nie tylko chwile grozy (zamach niedaleko jego domu i obalenie władzy), ale także malarię. Żaden z nich jednak nie znalazł się w centrum zagrożenia, jak reprezentacja Togo. Jej autokar ostrzelano w trakcie podróży z Konga do Angoli na PNA w 2010 roku. Zginęły trzy osoby: kierowca, asystent trenera i rzecznik prasowy. Dziewięć innych, w tym dwóch piłkarzy, odniosło rany. Do ataku przyznała się separatystyczna grupa o nazwie Front Wyzwolenia Enklawy Kabindy. Togo wycofało się z turnieju.

Praca w Afryce, mimo wszystkich zagrożeń cywilizacyjnych i problemów z okiełznaniem zawodników, to jednak niezapomniana przygoda. Zwłaszcza dla trenerów z Europy, traktowanych nierzadko po królewsku i mogących liczyć na nietypowe wyrazy wdzięczności. Wojciech Łazarek, trenując Sudan (2002–2004), dostał na imieniny małego tygrysa. – Trzymałem go przez dwa miesiące na piątym piętrze bloku bez windy. Wyprowadzałem go na spacery, spał ze mną, ale wypychał mnie z łóżka, rósł niebezpiecznie, więc oddałem go polskim pilotom, którzy opylali pola, chroniąc uprawy przed szarańczą. Podobno wypuścili go gdzieś w buszu i wolę nie wiedzieć, co się z nim stało – mówił „Rzeczpospolitej" Łazarek.

Piłkarze Tanzanii za ostatni awans dostali... działki budowlane.

Afrykańska Liga Mistrzów

Tegoroczne mistrzostwa pod kilkoma względami już są wyjątkowe. Po raz pierwszy odbędą się na przełomie czerwca i lipca, niczym inne wielkie imprezy – mundial, Euro czy Copa America. Walka o trofeum w styczniu i lutym, czyli samym środku ligowego sezonu, krzyżowała plany europejskim klubom, które na kilka tygodni musiały zwalniać zawodników, zwykle kluczowych dla swoich drużyn. Cierpiały zwłaszcza zespoły z Anglii i Francji.

Ale zmiana terminu zrodziła nowe problemy. Na południu Afryki w tym czasie trwa zima, co mogłoby spowodować pustki na trybunach, z kolei bliżej równika – pora deszczowa, co wymaga od gospodarza lepiej przygotowanych boisk z zaawansowanym systemem odprowadzania wody. Ze względu na zakończony niedawno ramadan początek rywalizacji przełożono jeszcze o tydzień.

Po raz pierwszy od dawna Puchar Narodów Afryki będzie też imprezą, w której zagra aż tyle gwiazd europejskiego futbolu. W Liverpoolu czołowe role odgrywają Mohamed Salah z Egiptu, Sadio Mane z Senegalu, Joel Matip z Kamerunu i Naby Keita z Gwinei. W linii pomocy Tottenhamu, drugiego z finalistów Ligi Mistrzów, jest Victor Wanyama z Kenii. A po skrzydle Manchesteru City, który stoczył pasjonujący wyścig z Liverpoolem o tytuł w Anglii, biega Riyad Mahrez z Algierii. Jedną z czołowych postaci Ajaxu, rewelacji ostatniego sezonu Champions League, jest natomiast Hakim Ziyech z Maroka. W klubie i reprezentacji występuje z nim Noussair Mazraoui. A w bramce zespołu z Amsterdamu stoi Kameruńczyk Andre Onana. Wszystkich ich zobaczymy na boiskach w Egipcie, co gwarantuje duże emocje.

Pierwszy raz w mistrzostwach weźmie udział aż 24 uczestników. I pomyśleć, że w 1957 roku było ich zaledwie trzech (RPA zostało zdyskwalifikowane z powodu apartheidu), a do zdobycia pucharu wystarczyły dwa zwycięstwa. Dekadę później o trofeum rywalizowało już osiem ekip, a kolejna ekspansja nastąpiła dopiero w latach 90. – najpierw do 12, a potem do 16 drużyn. Z turnieju, który interesował nielicznych nawet w Afryce, PNA stał się widowiskiem przyciągającym przed ekrany kibiców z całego świata. Według raportu przygotowanego przez Nielsen Sports Afryka jest jednym z najbardziej zaangażowanych futbolowo rynków – przebija Europę i Amerykę Południową. Skoro o mistrzostwo Europy gra już prawie pół Starego Kontynentu, to dlaczego Afryka miałaby być gorsza. – Zobaczymy, czy nie będzie to ze szkodą dla poziomu – mówi Frederic Kanoute, były napastnik reprezentacji Mali, najlepszy piłkarz Czarnego Lądu roku 2007.

Od ćwierćfinałów sędziom pomagać będzie system wideoweryfikacji (VAR). Pod warunkiem, że się nie zepsuje – jak w zakończonym skandalem finale afrykańskiej Ligi Mistrzów.

Doświadczony sędzia z Gambii, Bakary Gassama, prowadzący mecze podczas mundiali w Brazylii i Rosji, w rewanżowym spotkaniu w Tunisie nie uznał wyrównującego gola dla piłkarzy Wydad Casablanca. Dopatrzył się spalonego, mimo protestów gości nie skorzystał z powtórek. Nie z powodu złej woli, ale... niesprawnego systemu, o czym nie poinformował zawodników.

Na boisku zapanował chaos, wściekli piłkarze z Maroka zeszli do szatni, po godzinie bezskutecznych negocjacji arbiter zdecydował się zakończyć mecz. Ma on zostać powtórzony po Pucharze Narodów Afryki – już na neutralnym terenie. Przypomina się ostatni finał Copa Libertadores, którego rewanż zorganizowano na Santiago Bernabeu w Madrycie po tym, jak autokar Boca Juniors został zaatakowany przez chuliganów River Plate.

Osiem dodatkowych miejsc w mistrzostwach Czarnego Lądu otworzyło wrota do finałów zespołom ze wschodu kontynentu. Po raz pierwszy ten region będzie miał aż czterech reprezentantów: Ugandę, Kenię (po 15 latach przerwy), Tanzanię (po latach 39) i debiutujące Burundi.

Do debiutu szykują się także Mauretania, która awansowała kosztem Burkina Faso – brązowych medalistów sprzed dwóch lat, oraz Madagaskar. Drużyna z wyspy rozsławionej przez film animowany o tym samym tytule i kojarzącej się raczej z wakacjami niż z futbolem, zakwalifikowała się jako jedna z pierwszych, choć w eliminacjach losowana była z piątego koszyka, a w grupie musiała się mierzyć z Senegalem, który na ubiegłorocznym mundialu pokonał Polskę.

Władze afrykańskiej piłki rozważają w przyszłości zaproszenie do gry drużyn z innych federacji. Nie wykluczają także przeniesienia turnieju na inny kontynent. Ze względów organizacyjnych dałoby się to uzasadnić. Ale czy taka zabawa będzie miała jeszcze jakikolwiek sens?

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA