fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Magdalena Fularczyk-Kozłowska: Chcieli mi wybić wioślarstwo z głowy

DARIUSZ BLOCH/POLSKA PRESS
Przed igrzyskami miałam lekkie stany depresyjne, zaczynało się to wszystko ujawniać. Byłam na lekach, trochę pomagało. Bardzo źle zrobiło się po Rio, po złotym medalu – mówi Michałowi Kołodziejczykowi Magdalena Fularczyk-Kozłowska, mistrzyni olimpijska, Europy i świata w wioślarstwie

Plus Minus: Pięć miesięcy temu ogłosiła pani zakończenie kariery. I przyznała, że boi się normalnego życia.

Radzę sobie. Ale tak nie do końca. Kariera oficjalnie skończyła się w styczniu, dojrzałam i dorosłam do tej decyzji i jej nie żałuję, ale tak naprawdę życie po życiu dopiero mi się klaruje. Nie jest tak, że powstał plan i realizuję go punkt po punkcie, nic nie jest jeszcze idealnie poukładane. Teraz moja córka gra pierwsze skrzypce i decyduje o tym, co u mnie się dzieje. Chociaż na horyzoncie pojawiła się nowa praca i nowe cele – może będzie trochę siedzenia w biurze, ale zostanę przy sporcie. Od czegoś trzeba zacząć.

Dla sportowca po zakończeniu kariery najtrudniejszy jest brak celu?

Myślę, że tak. Przynajmniej dla mnie. Chociaż kiedy spotykam się z innym sportowcami, którzy zakończyli już starty, przyznają, że brak celu ich zabija. Mamy problemy z przystosowaniem się do nowej rzeczywistości, nie umiemy się odnaleźć na nowo. Chcemy czy nie – tyle lat spędzonych w sporcie przekłada się na normalne życie, jednak nie da się już żyć tak jak wcześniej. Nie da się robić tego samego, bo nie ma planu. Do perfekcyjnie zorganizowanego dnia można się przyzwyczaić i nagle to wszystko się kończy.

Powiedziała pani kiedyś, że w życiu potrafi tylko wiosłować.

No bo przez kilkanaście lat głównie wiosłowałam. I chyba zdobyte przeze mnie medale – olimpijskie, mistrzostw świata i Europy, świadczą o tym, że robiłam to dobrze. Dzisiaj widzę jednak również, że jestem na przykład dobrą mamą. Córeczka zaraz skończy roczek, jest fajną, wesołą, dosyć kontaktową osóbką. To jeden z moich największych sukcesów, nie wiem, czy nie większy niż te wszystkie wygrane w sporcie. Może mówiłam o tym wiosłowaniu, bo nigdy nie sprawdzałam się w innych rzeczach. Dobra jestem choćby w logistyce, sprawach organizacyjnych i może w tym kierunku będę się teraz rozwijać.

Maja Włoszczowska powiedziała mi, że nie wie, czy dojrzała do macierzyństwa, bo jako sportowiec to ona jest na pierwszym miejscu. Że jak ma drzemkę, to ma drzemkę, a jakby było dziecko, to drzemki by nie było. Dla pani koniec kariery sportowca i macierzyństwo w tym samym czasie było wielkim szokiem?

Zgadzam się z Mają, że trudno przestawić środek ciężkości. Kiedy trenowałam, wszystko kręciło się wokół mnie, wszystko było na mnie skupione. Teraz nie tyle trzeba się dzielić uwagą, ile właściwie całkowicie się poświęcić. Jest to trudne, ale bywam już nawet na siebie zła, że w tym byciu mamą i codziennym zabieganiu zapominam o sobie. Mała jest i będzie najważniejsza już na zawsze, ale trzeba znaleźć jakiś złoty środek. Nie jestem już pępkiem świata, ale przecież nadal się liczę. Trudność polega na tym, że macierzyństwo jest wymagające, bo nieprzewidywalne. Sport był dużo bardziej przewidywalny.

W rozmowie z Jackiem Kurowskim z TVP Sport przyznała się pani do depresji. To było trudne?

Myślę, że wiele osób wstydzi się swoich problemów, ale już jest łatwiej, bo stają się one coraz bardziej powszechne. To nie jest kwestia sportu, ale życia. Ludzie nie wytrzymują ciśnienia. Dni pędzą, tempo jest zawrotne i ciągle trzeba być we wszystkim „naj". Teraz też.

Jak to teraz?

Muszę być najlepszą mamą, dobrze, gdybym jeszcze pracowała, miała czas na ćwiczenia, świetnie gotowała i była „superżona, zawsze odstawiona". Nie da się tego zrobić. Media społecznościowe spotęgowały wymagania, wykreowały jakiś idealny wizerunek, wypromowały pseudoideały, ludzie nie wytrzymują porównania z tymi wszystkimi gwiazdami.

Depresja w sporcie to codzienność?

W sporcie jest jeszcze gorzej, bo trzeba się ukrywać ze słabościami. Nie wolno o nich mówić, bo mogą zepsuć wizerunek. Ludzie przyzwyczaili się do tego, że sportowcy to herosi, nie może im nic dolegać, zawsze są silni, na wszystko przygotowani i nie mają chwil zwątpienia. A presja jest codziennie, zawsze trzeba coś udowadniać. Kibice myślą, że sportowcy mają superżycie, a nikt nie traktuje nas jak normalnych ludzi. Też mamy swoje tęsknoty, swój ból, u mnie dochodziły jeszcze problemy prywatne. Rozstajemy się z najbliższymi na długi czas, zdarzało się, że nie było mnie w domu przez 310 dni w roku. W pewnym momencie wszystko się kumuluje, osiada w psychice i łatwo się zgubić. A kiedy dojdą do tego jeszcze kontuzje, robi się koszmarnie.

Miała pani stany lękowe?

Przede wszystkim unikałam ludzi, siedziałam w domu. Nic mi się nie chciało. Podważałam swoje sukcesy, złota olimpijskiego nie traktowałam jak czegoś wielkiego. Myślałam, że nic w życiu nie osiągnęłam. Stanów lękowych nie miałam, ale kiedy wchodziłam do galerii handlowych, to w konkretnym celu – do tego jednego sklepu, do którego potrzebowałam, a nie na jakiś shopping. Stawiałam sobie zadanie, żeby coś kupić, realizowałam je i koniec. Ale przede wszystkim czułam, że nikomu nie jestem już potrzebna, że zrobiłam swoje.

To było już po złocie na igrzyskach w Rio?

Po złocie było najgorzej. Przed igrzyskami przez półtora roku miałam lekkie stany depresyjne, zaczynało mi się to wszystko ujawniać. Byłam na lekach, trochę pomagało. Bardzo źle zrobiło się po Rio, po złotym medalu. Czułam, że wykonałam misję, i nie wiedziałam co dalej. Wioślarstwo nie sprawiało mi już takiej radości jak kiedyś. To już był obowiązek, a nie przyjemność.

Pomogła pani terapia?

Leki na mnie nie działały tak, jak powinny. Nie wiem, może miałam źle dobraną dawkę. Przeszłam terapię, przerobiłam swoje problemy na milion sposobów. Miałam fajną terapeutkę, z Poznania, bo nie chciałam, żeby to było tu, na miejscu, w Bydgoszczy. Pomogła mi się odbić. A to, że po roku zaszłam w ciążę, było wielkim darem. Ciąża to był jeden z najlepszych okresów w moim życiu.

Jest lepiej?

To nie jest tak, że wyjdzie się i zamknie za sobą drzwi.

Radzi sobie pani?

Macierzyństwo też trochę rozczarowuje – miało być tak piękne, jednak bubu jest wymagające. Do tego często bywam sama, nie mam już rodziców, mąż często wyjeżdża. Bywało ciężko, jest ciężko, ale tak, na pewno jest lepiej niż kiedyś.

Podobno najgorsze myśli miała pani, będąc sama. Dziecko sprawia, że jest inaczej?

Tak, oczywiście, ale czasami brakuje jednak dorosłej osoby do pogadania, do wyżalenia. Mała jeszcze nie mówi. Na moim benefisie wiele osób pytało o motywacje, o sukcesy, aż w końcu jeden z gości powiedział, że wie, skąd brałam siłę. „Czerpała ją pani z ludzi, na których pani trafiała" – powiedział, a ja się pod tym podpisuję obiema rękami. Mnie do życia ludzie są niezbędni.

Czuje pani, że opowiadając o swoich problemach, daje teraz siłę innym?

Na początku tego tak nie odbierałam. Przyznanie się do swoich słabości traktowałam jako wielką porażkę. Nie planowałam o tym opowiadać, ale jakoś się otworzyłam. Bardzo się bałam po pierwszym wywiadzie, ale pozytywna reakcja przerosła moje oczekiwania. Tak wielu ludzi powiedziało mi, że im pomogłam, pokazując ludzką twarz, iż zdałam sobie sprawę, że to może się komuś przydać. Sama świadomość, że mistrz i złoty medalista też ma problemy, jest cenna. Niby oczywiste, a jednak okazało się, że nie do końca.

Czy teraz presja jest już mniejsza?

Znowu mi się wydaje, że największą mam przed sobą. Bo to jest tak, że jak się żyje z nią przez cały czas, to ciągle się jej oczekuje i wymaga od siebie jak najwięcej. Chciałabym pokazać sobie, ale pewnie także ludziom dookoła, że jednak umiem coś więcej, niż tylko wiosłować. Że jestem dobra jeszcze w czymś innym. Albo że będę dobra.

Może pani liczyć na wsparcie rodziny?

Poza mężem i córką mam jeszcze brata. Jest sześć lat starszy. Niestety, moich rodziców nie ma już na świecie, nie mogę liczyć na rady mojej mamy. Jak coś, to proszę teściową, na szczęście mamy bardzo dobry kontakt. Ale brak rodziców – ich pomocy, ale też zwyczajnej obecności – bardzo boli. Kiedy pomyślę, że moja córka nigdy ich nie pozna, to jakoś się tak na sercu ciężko robi.

Co najważniejszego im pani zawdzięcza?

Z domu wyniosłam przede wszystkim pracowitość. Świadomość, że do wszystkiego trzeba dojść samemu, własną ciężką pracą. I że nie wolno się poddawać. Wyniosłam też szczerość. Nie umiem udawać, w relacjach między ludźmi najważniejsza jest prawda. Rodzice powtarzali mi, że nie wolno kłamać, że warto być sobą, nawet jeśli nie wszystkim się to podoba. Nie można tylko nikogo krzywdzić, ale szczerość popłaca. Chociaż u mnie specjalnie nie popłacała.

Cały czas się pani śmieje, a w środowisku mówią o pani, że ma trudny charakter. Z czego się to bierze?

Jestem wesoła i pogodna, ale jak mi się nadepnie na odcisk, to potrafię być bardzo nieprzyjemna. Może jestem zbyt bezpośrednia. Nie kalkuluję, potrafię powiedzieć zbyt dosadnie. Umiem walczyć o swoje, tupnąć i odezwać się, jeśli dzieje mi się krzywda. Za to chyba wiele osób mnie nie znosi. Wiem, że nigdy nie byłabym dobrym politykiem, bo nie potrafię owijać w bawełnę. To pewnie dla ludzi jest jakiś problem, ale dla mnie białe jest białe, a czarne – czarne. Poza tym ta zła opinia o moim charakterze bierze się z tego, że źle wyglądam. Śmieję się, że ludzie odbierają mnie po mimice, która, nazwijmy to, jest nieprzyjemna. Kłóci się z moim charakterem, zostawia złe wrażenie. W wywiadach parę razy za miła nie byłam, ale tylko wtedy, gdy raziła mnie niekompetencja. Gdy ktoś pytał o kajaki. To tak, jakbym ja na dzień dobry nazwała pana pismakiem.

Anita Włodarczyk mówiła mi, że podziwia panią za igrzyska w Londynie, kiedy potrafiła pani wywalczyć brązowy medal, chociaż w trakcie przygotowań dowiedziała się pani o śmierci ojca. To było najtrudniejsze zadanie w karierze sportowej?

Tak, piekielnie trudne. Oczywiście dla nikogo odejście taty nie jest łatwe, ale dla mnie to był podwójnie mocny cios. Tata był wielkim fanem sportu i jego marzeniem było zobaczyć mnie na igrzyskach. Niewiele zabrakło. Nie wiedziałam, co robić. Na początku miałam w sobie olbrzymią złość, dwa, trzy dni trenowałam jak szalona, z podwójną mocą. Chyba musiałam wyrzucić z siebie wszystkie emocje. Przez następne pięć dni nie robiłam za to nic. Nie byłam w stanie, nie mogłam do siebie dojść. Dostałam tydzień wolnego, żeby uporać się z nową sytuacją. Najgorsze było poczucie, że nie mogę się z niczego cieszyć, że nie mogę być radosna, bo mi nie wypada. Myślałam, że jeśli założę jakąś bardziej kolorową bluzkę, to ktoś pomyśli, że jesteś nienormalna, bo zmarł mi tata, a chodzę tak ubrana. Przełamywanie się nie było łatwe. Nie mogłam spać, chodziłam jak robot – na treningu przestawiałam się na pracę, a kiedy się kończył, wracałam do domu smutna i ryczałam do poduszki. Długo nie mogłam się pozbierać.

Jak do tego podszedł trener Marcin Witkowski?

Wtedy miałam do niego olbrzymi żal o to, jak się zachował, ale teraz wiem, że musiało tak być. Później zresztą trener sam mnie przeprosił, ale na ostatniej prostej przed igrzyskami nie mogłam liczyć na taryfę ulgową. Kiedy wróciłam do treningu, narzucił wielki rygor. Nie pozwolił na pokazywanie słabości, dużo wymagał. Miał twardą rękę i wiedziałam, że chociaż zmarł mi tata, nikt tu ze mną nie będzie się cackał. Ale to mnie zebrało do kupy, wiedziałam, że nie trenuję tylko dla siebie, że razem z trenerem i Julią Michalską tworzymy zespół i że za nich także jestem odpowiedzialna. Miałam też taką chęć, pewnie wyda się to panu głupie, żeby tata mnie z góry zobaczył i żeby był ze mnie dumny.

Myślała pani o nim, płynąc?

Przed samym startem z nim „rozmawiałam", prosiłam, żeby dał mi siłę, żebym mimo kontuzji pleców mogła wrócić i popłynąć ten finał. W samym biegu to już było inne skupienie, znowu włączył się tryb „praca", musiałam zrobić to, co umiałam najlepiej, i dobrze wyszło. Spełniło się moje marzenie: po pierwsze, w ogóle wystartowałam na igrzyskach, po drugie, wywalczyłam brązowy medal, który wtedy był dla mnie jak złoty.

Pamięta pani w ogóle finisz?

Nie, oglądałam tylko powtórki. Wiem, co się działo, bo opowiadała mi Julia i ludzie, którzy oglądali naszą walkę do końca. Ostatnich 200, 300 metrów nie jestem w stanie sobie przypomnieć, mam tylko jakieś przebłyski. Odcięło mnie zupełnie, wszystko mnie bolało, doszłam do siebie dopiero na dekoracji. Ale także podium bardziej świadome było dopiero cztery lata później w Rio de Janeiro.

Medal z Londynu jest cenniejszy, mimo że brązowy? Kosztował więcej sił?

Przed Londynem nie byłam świadoma, w jakich zawodach będę uczestniczyć. To znaczy, oczywiście wiedziałam, że są to igrzyska, ale chyba do końca nie zdawałam sobie sprawy z rangi tej imprezy. Byłam już na tym torze, znałam też rywalki, właściwie wszystko różniło się od wcześniejszych zawodów tylko kółkami olimpijskimi. Znajdowałam się w jakiejś euforii, czułam radość sportowego święta, jednak dopiero w Rio wiedziałam, o co chodzi. Tam znałam swoją wartość, wiedziałam, po co przyjechałam. W 2016 roku było trudniej, bo nie mogłam już być anonimowa. Byłyśmy z Natalią Madaj pod ostrzałem.

Mistrzostwo olimpijskie, Europy i świata. Zdarza się pani odfrunąć z dumy przed lustrem?

Odfrunąć to nie, ale myślę, że dokonałam niemożliwego. Nigdy nie zakładałam, że będę aż tak związana ze sportem. Poza tym miałam wiele do udowodnienia ludziom, którzy we mnie nie wierzyli i chcieli mi wybić wioślarstwo z głowy. Chciałam im pokazać, że nie zawsze liczy się wzrost, ale ważna jest przede wszystkim praca, serce i pasja do tego, co się robi.

Pani kariera jest taka trochę na przekór?

Nawet nie trochę. Mam 172 centymetry wzrostu, według wielu o przynajmniej osiem za mało, by w wioślarstwie odnosić sukcesy. Ale to nie ja byłam za mała. Zdobyłam złote medale na przekór niedowiarkom, jak ja to mówię – tym wszystkim małym ludkom, którzy skreślali mnie tylko ze względu na centymetry. Czuję olbrzymią satysfakcję, udowodniłam im, jak się mylili. Przetarłam drogę w wiosłach wielu kolejnym dziewczynom. Nieważne, że ktoś będzie ci mówił, że się nie nadajesz, ważne jest to, co czujesz sama.

Nie było chwil, kiedy chciała pani rzucić to wszystko i zrezygnować?

Oczywiście, że były. Raz nawet wysadzono mnie z łódki na pomost i powiedziano, że do niczego się nie nadaję. Bywało, że jak zdobywałam z kimś medal w dwójce, to słyszałam, że to zasługa tylko tej drugiej osoby, a ja byłam zaledwie tłem. Krytyka spadała na mnie nawet wtedy, gdy zostawałam mistrzynią świata. Nie wierzyłam w to, co słyszę, ale to były takie momenty, kiedy wszystkiego mi się odechciewało. Najmniej wierzyłam w siebie przed Rio, po paskudnej kontuzji, której doznałam trzy miesiące przed igrzyskami. Odpadnięcie z tej imprezy w taki sposób byłoby dla mnie upokarzające. Wolałabym dopłynąć jako ostatnia, niż przegrać swoje marzenia w taki sposób.

Dlaczego?

Bo zniszczyłabym cztery lata nie tylko swojej pracy, ale też pracy Natalii i trenera. Wszystkich ludzi, którzy na mnie stawiali, mojego męża, który musiał mnie znosić. To byłby zbyt błahy powód, by się poddać, wiedziałam, że bym sobie z tym nie poradziła. To nie byłaby zwykła porażka.

Wyglądało to bardzo poważnie, bo straciła pani czucie w nogach podczas treningu.

To był normalny przejazd treningowy na 1500 metrów, na maksa. Ścigaliśmy się z inną osadą, bo trener zawsze lubił rywalizację. Po kilometrze tak mnie coś zakłuło w plecach, że byłam w stanie tylko krzyknąć z bólu i zostać w pozycji, w której siedziałam. Natalia nie wiedziała, co się stało, bo siedziała za mną. Powiedziałam tylko, że to już koniec. Nie mogłam się wyprostować ani poruszyć nogami. Katastrofa. Kiedy wyciągnęli mnie z łódki, nie byłam w stanie pokonać choćby jednego schodka, spodziewałam się prawdziwego dramatu, widziałam bezsilność mojego męża, który nie wiedział, czy ma mnie podnieść, przytrzymać, czy łapać. To było straszne.

Jak się fachowo nazywa to, co panią spotkało?

Na miejscu miałam konsultację fizjoterapeuty i lekarza, ale dzwoniłam też do lekarzy, którzy prowadzili mnie poza kadrą. Na drugi dzień byłam już w Warszawie, zrobiono mi rezonans, USG i wiedzieliśmy, co mi jest. Przerażenie było ogromne, bo naprawdę czułam, że to już jest koniec. Miałam blokadę i przeciążenie stawu krzyżowego, poszły tak zwane spazmy, mięśnie mi się zaklinowały. Bardziej obrazowo – zrobił się taki obrzęk, że na plecach miałam bochenek chleba.

Wygrała pani z tym urazem siłą woli? Znowu trzeba było się sprawdzić z bólem?

Do tej kontuzji pleców przebyłyśmy okres przygotowawczy jak nigdy do tej pory. Wiedziałyśmy, że już wtedy jesteśmy w życiowej formie, którą do igrzysk trzeba tylko podtrzymać. Nasz wynik w Rio został wypracowany wcześniej, a paradoksalnie doszła świeżość. Komuś może się wydawać dziwne, że nie trenowałam przez osiem tygodni i pokazałam taką moc, ale wcześniej mój organizm był zwyczajnie tak wyeksploatowany, że należał mu się odpoczynek. Mąż powtarzał mi, że jak wypocznę, będę mocniejsza. Miał rację.

Jakie uczucie było w pani najsilniejsze, kiedy okazało się, że zdobyłyście złoty medal?

Pomyślałam: „w końcu".

Ulga?

Tak. Zejście ciśnienia. Nareszcie udało się, niczego nie brakowało, byłam zdrowa, przygotowana i wszystko zagrało tak, jak miało zagrać. Zrobiłam to, co chciałam. A wszyscy, którzy w to nie wierzyli, powinni sami sobie zinterpretować to, co osiągnęłam.

A jak interpretować to, iż nawet po złocie w Rio mówiła pani, że brakuje pani pewności siebie?

Nadal tak jest, bo to się nie wyklucza. Można spytać mojego męża, trenera, koleżanek – zawsze byłam czarnowidzem i myślałam, że się nie uda. Może to kolejny dowód kariery na przekór – nie tylko innym, ale także sobie. Być może było mi to niezbędne do odniesienia sukcesu. Chyba wolę, żeby coś mnie pozytywnie zaskoczyło, niż rozczarowało. Rozczarowania są zbyt bolesne.

Ten brak wiary w siebie przekłada się na życie prywatne?

O matko, oczywiście! Jestem skrajną pesymistką, nikt nie marudzi tak jak ja. Na przykład marzyliśmy o domu, a jak mieliśmy zacząć budowę, mówiłam, że nigdy nam się nie uda. Teraz wychodzi na to, że za dwa miesiące będziemy się przeprowadzać. Mój Michał mi powtarzał, że im więcej przed zawodami marudziłam, tym później miałam lepszy wynik.

Michał – także mistrz Polski w wioślarstwie – to najlepsze, co pani dał sport?

Wiosła dały mi męża, a z tego wszystkiego córkę. Z Michałem znamy się długo, zaczęłam chodzić na treningi w listopadzie, a już w czerwcu byliśmy parą. Za miesiąc będziemy obchodzić 18. rocznicę znajomości. Dużo razem przeszliśmy. Kiedy wyjeżdżałam do szkoły sportowej, mówił mi, że nie wiadomo, co z tego wyjdzie. A wyszło. To moja bratnia dusza, ale też potwierdzamy tę teorię o przeciwieństwach, które się przyciągają. Mój mąż jest opanowany, a ja jestem furiatką i raptusem.

Po tych latach rozjazdów poznajecie się teraz na nowo?

Nie, bo teraz to on wyjeżdża. Właśnie wraca z Pucharu Świata w Bułgarii. Znów nie jest łatwo, ale inaczej, bo kiedy kobieta zostaje sama w domu z dzieckiem, potrzebuje bliskości w inny sposób. Mamy córkę, która rośnie z dnia na dzień, a Michał tego nie obserwuje. Staramy się być z nim jak najwięcej, na tyle, na ile pozwalają mu na to zgrupowania, ale to trudny temat. Kiedy Michał był w domu, jak to facet, myślał innymi kategoriami. Był chyba bardziej zaradny.

Zapomniała już pani o tych walizkach, których przez kilkanaście lat kariery nie wynosiła pani nawet z przedpokoju?

Kiedy mamy jechać z mężem na jego obóz, to wkurza mnie strasznie, że znowu muszę się pakować. Mimo tylu lat w sporcie nadal nie potrafię wybrać rzeczy, które będą mi potrzebne. Moje walizki są w garażu, straszą, bo tak ich dużo. Nigdy nie myślałam, że w sporcie tyle osiągnę, a teraz uczę się, jak to jest w ogóle bez sportu. Do wioseł trafiłam przecież przez przypadek, a ułożyły mi całe życie.

Jak wyglądał ten przypadek?

Moja nauczycielka wychowania fizycznego była wioślarką. Cały czas powtarzała mi, że widzi we mnie „to coś". Mimo mojego niskiego wzrostu doceniała pracę i zaangażowanie na lekcjach i namawiała na treningi, ale przekonanie mnie zajęło jej ze trzy miesiące. To były czasy, kiedy na WF się czekało, a kiedy zapomniało się stroju albo kobiece sprawy nie pozwalały ćwiczyć, była rozpacz. Ja i wiosła to nie była miłość od pierwszego wejrzenia, ale już taka jestem, że jak mi się coś spodoba, to wchodzę na sto procent. Byłam silna jak na swój wiek i kategorię, ale nikt nie wiedział, w którą stronę to pójdzie, bo zaczynałam ćwiczenia zimą, czyli na ergometrze. Na wodzie jednak nie zawiodłam.

Podobno czuje pani wodę.

Nieskromnie powiem, że tak. Techniki nie mam wzorowej, nie można mnie pokazywać dzieciom, bo nie wiosłuję idealnie, ale czuję wodę doskonale.

Tyle że ja nie wiem, co to znaczy „czuć wodę".

To trudne do wytłumaczenia. Wiem, kiedy łódka płynie, a kiedy nie. Wiem, jak rozłożyć siłę, którą wkłada się na początku przeciągnięcia, tak by łódka płynęła jeszcze szybciej, a nie żeby zaczynała hamować. Płyniemy razem, ja jej nie przeszkadzam. Kiedyś jeden z trenerów powiedział mi, że w wioślarstwie chodzi o to, by jak najmniej się męczyć. Chyba potrafiłam to robić.

—rozmawiał Michał Kołodziejczyk

redaktor naczelny WP SportoweFakty

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA