fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Chrabota: Ewolucja maczugi

Fotorzepa, Maciej Zienkiewicz
Międzynarodowa opinia publiczna ma kolejny problem z ISIS. Tym razem wiele wskazuje na to, że dżihadyści dysponują bronią chemiczną.

Kilka dni temu taką możliwość oficjalnie potwierdził szef Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej (OPCW) Ahmet Uzumcu. W wywiadzie dla AFP powiedział jednak coś więcej i coś dużo bardziej groźnego. „Jest możliwe, że sami ją wytworzyli (...) Dysponują technologią, wiedzą i dostępem do substancji, które mogą zostać wykorzystane do produkcji broni chemicznej".

Co prawda śledczy OPCW wielokrotnie potwierdzali już użycie sarinu, gazu musztardowego czy chloru w wojnie syryjskiej, jednak dotychczas nie precyzowano ani konkretnych ataków, ani sprawstwa. Nie było też do końca wiadomo, z jakiego arsenału mogą pochodzić. Mogły to być równie dobrze obrabowane magazyny armii Asada, jak i rozproszone przed laty uzbrojenie armii irackiej. Mogły to być w końcu, choć to mało prawdopodobne, jakieś resztówki po sowieckich magazynach broni w dawnych republikach azjatyckich.

Samodzielnej produkcji broni chemicznej przez ekspertów ISIS nikt jednak nie brał poważnie pod uwagę. Słowa Uzumcu wywołały więc sensację i przetoczyły się przez wszystkie serwisy informacyjne świata. Oraz sprowokowały do zadania jeszcze jednego, wyjątkowo zatrważającego pytania: kiedy atom? Kiedy w ręce tej czy kolejnej armii terrorystów wpadnie ładunek nuklearny? I czy zostanie użyty?

O skutki nikt nie pyta, bo wiadomo, że mogą być wyłącznie apokaliptyczne. Przykład ISIS i uzasadnione podejrzenie, że może wytworzyć broń chemiczną, to dobry przyczynek do rozważań o współczesnej wojnie. Wojnie, która nie zna ani granic, ani reguł. Która angażuje wszystko i wszystkich przeciw wszystkim i wszystkiemu. Czy ktoś jeszcze pamięta, że wojna mogła być kiedyś honorową konfrontacją stosujących kodeks rycerski wojowników na ubitej ziemi?

A przecież dawne wojny w większości były obwarowane setkami reguł chroniących przed degradacją „substancji ludzkiej". Wojny starożytności i średniowiecza były bitwami uzbrojonych mężczyzn. W wojnach prowadzonych przez tzw. ludy prymitywne więcej było krzyku i kurzu niż realnych ofiar. Życie ludzkie było zbyt cenne, by nim nadmiernie szafować. W wielu kulturach, nawet przy angażowaniu (dla postrachu!) wielkich armii, konflikt rozstrzygano pojedynkiem dwóch wypchniętych przed szeregi osiłków. Spór miał zwycięzcę, a reszta wygrażających sobie pięściami wojowników szła spokojnie do domu. Bywali destruktorzy totalni, jak Aleksander Macedoński czy Mongołowie, wyrzynanie całych miast czy narodów należało jednak do rzadkości.

Wszystko zmienił XX wiek, który słusznie można nazwać wiekiem ludobójstwa. Zaczęło się od Ormian. Potem przyszły pierwsze ataki przy użyciu gazów bojowych w kampaniach I wojny światowej. Wojny prowadzone przez młode totalitaryzmy były już walką na całkowite wyniszczenie. W przeciwieństwie do historycznych wojen ofiarami była głównie ludność cywilna, a milionowe liczby pomordowanych tylko to potwierdzają.

A dzisiejsze wojny? Na przykład hybrydowa, prowadzona bez wypowiedzenia i przez niemożliwych do zidentyfikowania napastników? Wojna, której istnieniu politycznie się zaprzecza, by później oficjalnie potwierdzić jej wyniki? Tak było na Krymie. Rezydent Kremla do dewastowania Krymu przez tzw. zielone ludziki najpierw się nie przyznawał, by potem wielkodusznie potwierdzić przeprowadzoną agresję.

A wojny za pomocą hakerskich serwerów? Wojny robotów, bo czymże innym są prowadzone z powietrza (może też z ziemi) śmiertelne ataki dronów? Wreszcie wojna totalna, jak ta, którą wypowiedziało ludzkości ISIS, czyli tzw. Państwo Islamskie? Wojna prowadzona siłami konwencjonalnymi w Iraku i Syrii, wojna propagandowa w światowej sieci i na dodatek terroryzm skierowany przeciw ludności cywilnej w skali planety. Im dalej od baz wypadowych w Syrii, tym straszniejszy.

Jest się czego bać, że powrócę do słów Ahmeta Uzumcu z Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej. Posiadając broń chemiczną, dżihadyści z ISIS nie zawahają się jej użyć w paryskim czy warszawskim metrze. Co więcej, sprawca takiego armagedonu zostanie w swoim chorym świecie uświęcony i stanie się wzorcem dla kolejnych morderców, którzy pójdą w jego ślady. Trzeba się bać, ale przede wszystkim podjąć tę walkę, by zapobiec najgorszemu, bo mało kto wierzy, że ktokolwiek czy cokolwiek powstrzyma sprawców dzisiejszych wojen przed wykorzystaniem broni ostatecznej. Czy to strachy? Niestety, to logiczna konsekwencja ewolucji świata wojen.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":

tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA