Kraj

Doradca PFN: Kusznierewicz dolewał oliwy do ognia

materiały prasowe
Zarząd Fundacji Navigare wypłacał w pierwszej kolejności pieniądze sobie, ale już nie chłopakom, pracujących na łódce – mówi w rozmowie z rp.pl Darek Pękala, doradca Polskiej Fundacji Narodowej w zakresie projektów żeglarskich.

Czy jest jeszcze szansa, że na stulecie odzyskania niepodległości w rejs dookoła świata ruszy supernowoczesny jacht pomalowany w biało-czerwone barwy?

Darek Pękala, żeglarz i menadżer koordynujący rejsy na najwyższej klasy jednostkach pływających, doradca Polskiej Fundacji Narodowej: Polska Fundacja Narodowa prowadzi obecnie dwa projekty żeglarskie. Pierwszym jest rejs „Daru Młodzieży” dookoła świata, do którego trwają ostatnie przygotowania. Drugi projekt ma charakter sportowy z wykorzystaniem superszybkiej jednostki. I będzie kontynuowany. Choć jeszcze nie wiemy, czy będzie to rejs dookoła świata, czy może tylko start w poszczególnych regatach.

 Czy ten projekt może jeszcze odbyć się z udziałem Mateusza Kusznierewicza?

Odbędzie się bez jego udziału.

Informacja o zakończeniu współpracy z Mateuszem Kusznierewiczem wyszła na jaw przed kilkoma dniami. I od początku mieliśmy do czynienia z festiwalem wzajemnych oskarżeń. Polska Fundacja Narodowa oskarżyła fundację Navigare Kusznierewicza, że nie płaciła załodze. Fundacja Navigare odpowiadała, że nie dostawała pieniędzy, więc nie miała z czego płacić. Jak było w rzeczywistości?

Od strony formalnej sprawa wygląda tak, że zgodnie z umową z fundacją Navigare wygasa ona, jeżeli do 30 kwietnia nie będzie zakupiony jacht. A do finalizacji zakupu jeszcze nie doszło, więc umowa wygasła.

A od strony nieformalnej?

Nie rozmawia pan z biznesmenem, lecz z żeglarzem i menadżerem żeglarstwa. Mam dziesięcioletnie doświadczenie w projektach z najszybszymi jachtami świata w kategorii maxi i supermaxi. Osoby z podobnymi doświadczeniami do moich są w polskim dużym żeglarstwie może trzy albo cztery. I każda z tych osób dobrze wie, że jeśli projekt ma zakończyć się sukcesem, trzeba zadbać o czynnik ludzki. Jeśli czynnik ludzki nie zostanie opłacony, projekt runie. I z tym mieliśmy do czynienia właśnie w tym przypadku. Mówimy o sytuacji, gdzie ludzie po kilkanaście godzin dziennie pracują w stoczni we Francji, czyli poza krajem ojczystym. Oddają całą swoją energię łódce, na której będą chcieli walczyć o laury w największych regatach. I nie dostają za to wynagrodzenia.

Z jakiego powodu?

Navigare dostała od PFN pierwsza transzę na pokrycie finansowe pierwszych miesięcy pracy. Według umowy poprosili nas o kolejne pieniądze. Nie było z tym żadnego problemu, bo chcieliśmy zapewnić im płynność. Niestety okazało się, że zarząd wypłacał w pierwszej kolejności pieniądze sobie, ale już nie chłopakom, pracujących na łódce. Wyszło to na jaw dzięki dokumentom, które otrzymaliśmy 23 kwietnia. Jednak to tylko dolało oliwy do ognia, a wzajemne relacje zaczęły psuć się już wcześniej.

O co chodzi?

M.in. o to, że fundacja Navigare, nie konsultując tego z nami, sama opublikowała informację o łódce. W dodatku pokazała jej zdjęcia w stanie stoczniowym, czego nie robi się w żadnym liczącym się projekcie! Navigare ogłosiła całemu światu, że jacht jest w fazie zakupu, rozpoczynając medialną burzę, która szybko przeistoczyła się w nagonkę na Mateusza Kusznierewicza i PFN, a nawet wicepremiera Piotra Glińskiego. Niestety tego pożaru nie udało się ugasić do dziś. Poza tym do Polskiej Fundacji Narodowej trafiło pismo komornicze, dotyczące podmiotów zaangażowanych w projekt, które mogło w istotny sposób zagrozić jego realizacji.

 Do nagonki zaraz wrócimy, a wcześniej chciałbym spytać o zakup jachtu. Mateusz Kusznierewicz twierdzi, że transakcja przesadnie się przeciągała. Co więcej, narzeka, że jego fundacja nie była informowana o tym, co dzieje się z zakupem.

 Rzekomy brak informacji przekazywanych przez PFN do Navigare jest totalnym kłamstwem. Przedstawiciel fundacji Navigare osobiście uczestniczył w spotkaniach, telekonferencjach związanych z procesem negocjacji zakupu jachtu. A jeśli chodzi o jacht, nadal nie jest w naszych rękach, jednak nie ma tu żadnego błędu Polskiej Fundacji Narodowej. Problem wziął się stąd, że jacht należący do Luksemburczyków został sprowadzony z USA, a następnie zarejestrowany w Gibraltarze. Polska Fundacja Narodowa i jej prawnicy uznali, że nie kupimy jachtu, który nie ma zapłaconego unijnego podatku VAT. Dlatego poprosiliśmy właścicieli, by wprowadzili tę jednostkę do Unii Europejskiej i uiścili podatek.

 I co na to właściciel, firma SFS?

Zaczęła dość niespiesznie wykonywać tę procedurę. Wspólnie z przedstawicielem Navigare włożyliśmy dużo energii w przyspieszenie tego procesu. Chcieliśmy, aby przed 30 kwietnia łódka była w naszych rękach. Po drodze pojawił się dość uciążliwy biurokratyczny problem związany ze zmianą nazwy firmy przez właściciela. Musiało to znaleźć odzwierciedlenie w certyfikacie jachtowym. Dodatkowo wpłynęło to na opóźnienie. Na szczęście ostatecznie odbyła się wycena przez francuskich celników, a VAT został zapłacony. Czekamy na kolejny ruch ze strony Luksemburczyków.

 Czy to normalne, że toczyły się prace stoczniowe na jednostce, która wciąż nie była w polskich rękach?

Pozwolił nam na to właściciel, bo jego wolą było to, by nam ten jacht sprzedać. A nasza wolą było i jest to, by ten jacht kupić.

 A dlaczego w ogóle PFN zdecydowała się na tę konkretnie jednostkę?

Firma SFS posiadała wcześniej inną superszybką  łódkę o nazwie Abu Dhabi, której kadłub  niestety spłonął w stoczni, ale pozostał najnowocześniejszy osprzęt tej łódki, który postanowiliśmy wykorzystać na potrzeby naszego jachtu. Kupiliśmy więc coś na kształt półtorej jednostki. Ich nową łódkę  oraz osprzęt po Abu Dhabi. W cenie 4,5 mln zł na jacht zawierają się też w rzeczywistości żagle i osprzęt za kolejne 2 mln. Nie są wliczone w cenę, ale fizycznie istnieją. Jeszcze w grudniu mieliśmy na oku inną jednostkę, o pięć stóp mniejszą, ale gdy pojawiła się oferta firmy SFS, zmieniliśmy zdanie. Jest szybsza, większa i daje zdecydowanie lepsze szanse na osiągnięcie przyzwoitych wyników w światowych regatach.

 A teraz wróćmy do medialnej burzy, o której wspomniał pan wcześniej. Gdy informacje o projekcie Polska100 wyszła na jaw, pojawiły się komentarze, że jest to za drogie i niepotrzebne. Często komentowano, że to sponsorowanie przygody życia Mateusza Kusznierewicza i niewielkiej załogi. Pan w przeszłości zajmował się podobnymi jachtami, sponsorowanymi przez firmę Bols. Czy rzeczywiście 20 mln zł to wyśrubowany budżet?

20 mln zł kosztowało wybudowanie drugiej łódki Bols, a w przypadku Polska100 to był budżet dwuipółletniego projektu. Ten budżet naprawdę jest skromny. To wycieczka i przygoda życia, a może jednak ogromny wysiłek i sportowa rywalizacja? Niech każdy odpowie sobie sam.

 Dlaczego Bols i inne koncerny decydują się na sponsorowanie załóg regatowych?

Akurat tamta firma chciała wypromować swoje logo na nowych rynkach. To nie tylko regaty, ale też cały anturaż związany z promocją. Taka łódka jest czymś, co Anglicy określają mianem „headturner”, czyli „odwracaczem głowy”. Gdy wpływa do portu, jego prestiż rośnie. Promocję przez żagle wymyślili już milionerzy w XIX wieku. Wtedy pojawiły się regaty o puchar Ameryki, a oni zaczęli promować w ten sposób swoje przedsiębiorstwa. To doskonały sposób na marketing. Zapewniam, że w przypadku tego projektu grubość tzw. książki PR-owej, mówiącej o pokryciu medialnym, będzie grubsza niż pokój, w którym obecnie siedzę.

 Jednak czy ten projekt ma szanse udać się bez takiej gwiazdy żeglarstwa, jak Mateusz Kusznierewicz?

Mateusza można uplasować w światowej czołówce, jeśli chodzi o dwuosobową łódkę star, na której pływa z Dominikiem Życkim. Duża łódka to zupełnie inny projekt. Nie wygrywa się regat tylko dlatego, że potrafi się dobrze sterować albo czytać wiatr. Potrzeba kilkunastu profesjonalistów, z których jeden ma silne mięśnie, drugi dobrze nawiguje, a trzeci jest na tyle lekki, że można go podnieść na wysokość 35 metrów, by coś naprawił. To duża maszyna, pływające przedsiębiorstwo, gdzie najważniejszy jest dobry zespół, a nie jego pojedynczy członek.

 I ten team jest już skompletowany?

Na razie mamy bardzo fajny team stoczniowy. Szkoda tylko, że nie został odpowiednio opłacony.
 
Rozmawiał Wiktor Ferfecki

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL