fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka

„Piątka” PiS bije w miasta

Adobe Stock
Samorządy stracą miliardy. Być może wróci pomysł zniesienia limitu składek na ZUS, a ze stanowiskiem ministra finansów pożegna się Teresa Czerwińska.

Ministerstwo Finansów pracuje nad znalezieniem odpowiedzialnych źródeł finansowania „piątki" PiS, ale staje się to przyczyną coraz poważniejszego konfliktu w rządzie. Minister Teresa Czerwińska, która przebywała na zwolnieniu lekarskim, być może wróci do pracy tylko na krótko. Z informacji „Rz" wynika, że złożenie przez Czerwińską dymisji może być kwestią bardzo krótkiego czasu, może nawet najbliższych dni. Politycy PiS, z którymi rozmawialiśmy, zdają sobie sprawę, jak dużym problemem dla partii byłaby taka decyzja, dlatego trwają intensywne zakulisowe wysiłki, by ją odwlec.

Minister Czerwińska, jak twierdzą eksperci i naukowcy znający jej poglądy, jest bardzo przywiązana do polityki ograniczania deficytu i na pewno nie zgodzi się firmować budżetu, w którym deficyt zbliża się do 3 proc. A to właśnie zadeklarował w sobotę premier Mateusz Morawiecki.

Ministerstwo Finansów ma przed sobą ogromne wyzwanie. Zdaniem ekonomistów, jeśli Polska chce zachować swoją wiarygodność państwa przestrzegającego zasad, trzeba będzie poszukać w finansach publicznych nowych dochodów lub sporych oszczędności. Być może – mówi się nieoficjalnie – trzeba będzie wrócić do zamrożonego pomysłu likwidacji limitu składek na ZUS czy zwiększenia ich wymiaru dla samozatrudnionych.

A kto poniesie największe koszty planów rządu? Na reformie obniżającej podatki, która jest elementem „piątki" PiS, samorządy stracą nawet 3–6 mld zł – wynika z analizy „Rzeczpospolitej – Życia Regionów". Bo zerowy PIT dla młodych, obniżka stawki z 18 do 17 proc. i podniesienie kosztów uzyskania przychodów oznaczają mniejsze wpływy nie tylko do budżetu centralnego, ale także do tych lokalnych.

Najbardziej „piątka" PiS uderzy w zamożne miasta, gdzie mieszka najwięcej bogatszych podatników. Warszawski magistrat alarmuje, że jego straty mogą przekroczyć 800 mln zł. Prezydent Krakowa Jacek Majchrowski mówi o 200 mln zł, skarbnik Gdańska – o 150 mln zł, a Poznania – o 100 mln zł.

Straty na poziomie 3–6 mld zł to poważny problem. Stanowić mogą 6–12 proc. dochodów z PIT uzyskanych w 2018 r. i 1,2–2,4 proc. dochodów ogółem. Takich ubytków nie da się uzupełnić inaczej, niż ograniczając wydatki na inne zadania – czy to inwestycyjne, czy z zakresu oświaty (a przecież rząd chce, by samorządy tu więcej dopłacały), transportu czy kultury. – Każdorazowa obniżka dochodów powoduje rezygnację z zadań oferowanych społeczności – przypomina Barbara Sajnaj, skarbnik Poznania. – Samorządy nie powinny partycypować w kosztach reform wprowadzanych na szczeblu centralnym, jeśli wcześniej nie było to z nimi ustalone – uważa Andrzej Nowakowski, prezydent Płocka.

Samorządowcy zgodnie zapowiadają więc, że będą się domagać zrekompensowania im ewentualnych ubytków. Szanse na to są jednak nikłe. Po pierwsze, dotychczas wszystkie rządy przerzucały część kosztów swoich reform na samorządy. Po drugie, znalezienie w finansach państwa dodatkowych 3–6 mld zł na rekompensaty wydaje się niemożliwe.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA