fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Diagnostyka i terapie

Prof Marcin Czech: Przenieśmy odczulanie poza szpital

prof Marcin Czech
Prof Marcin Czech, były wiceminister zdrowia
materiały prasowe
Uczulonym na jady owadów leki podaje się przez pięć lat – mówi prof. Marcin Czech, lekarz i farmakoekonomista.

Dla osób uczulonych na jady owadów nadchodząca wiosna kojarzy się ze strachem przed użądleniami. Jak wiele osób w Polsce uczulonych jest na ukąszenia owadów?

Szacunki mówią, że rocznie odczulanych jest 3 tys. osób. Natomiast takich, które mogłyby się temu poddać, jest więcej. Ile? To trudne do oszacowania. Zwykle jest tak, że dopóki kogoś nie użądli osa czy pszczoła, to nie wie on o alergii. Wrażliwych na jady owadów szuka się wśród tych, którzy mają podobne problemy w rodzinie albo są uczuleni na inne alergeny. Jeśli się odkryje taką alergię, to bez czekania na ugryzienie sięga się po immunoterapię.

Jak długo trwa takie odczulanie?

Dosyć długo, bo aż pięć lat, i polega na podawaniu leku co kilka tygodni. Obecnie w Polsce procedury takie prowadzi 30 szpitali, które na takie zabiegi mają podpisane kontrakty z NFZ. Pacjenci są przyjmowani do szpitala na kilka dni.

Dlaczego w takim trybie?

Idea odczulania w warunkach hospitalizacji jest taka, że jeśli dojdzie do wstrząsu anafilaktycznego, to łatwiej o pomoc. Tyle że dochodzi do niego bardzo rzadko, bo są to dojrzałe preparaty, więc aż taka ostrożność nie jest konieczna. Aż prosi się, żeby umożliwić pacjentom odczulanie w większej liczbie ośrodków w Polsce, np. w poradniach alergologicznych. W każdej z nich jest przecież zestaw antywstrząsowy, który mógłby być użyty w razie powikłań. To dawałoby oszczędności dla systemu i większy dostęp do terapii dla osób uczulonych na jady owadów.

Jak wygląda finansowanie tej procedury?

Obecnie leczenie jest rozliczane w ramach tzw. jednorodnych grup pacjentów (JGP). Koszty leku, zarówno roztworu wodnego lub postaci depot, jak i każdego jego podania, są rozliczane ryczałtowo po ok. 1000 zł. Ale leki typu depot mogą być podawane w ambulatoriach, bo nie wymaga to zaangażowania nadzwyczajnych środków szpitalnych. Kłopotem jest wycena procedury na poziomie 58 zł, bo nie przewiduje się używania w leczeniu leków będących własnością ośrodka, a tym samym nie finansuje kosztów leku. W takiej sytuacji pacjent sam musiałby w całości sfinansować zakup nierefundowanego leku w aptece. Dla chorych stanowiłoby to barierę finansową i ograniczało dostępność leczenia.

Czy wszystkich pacjentów należałoby przenieść do systemu ambulatoryjnego?

Jeśli można coś przenieść z lecznictwa szpitalnego do lecznictwa jednego dnia albo lecznictwa otwartego specjalistycznego, to należy to zrobić. Ale to nie oznacza, że zmiana powinna dotyczyć wszystkich. Odczulanie szpitalne może zostać dla tych, które reagują wstrząsowo na inne tego typu działania. Gdyby jednak założyć, że tylko tysiąc osób będziemy odczulać ambulatoryjnie, to oszczędności dla systemu ochrony zdrowia wyniosą 30–35 mln zł. Za te pieniądze można zrefundować nową innowacyjną cząsteczkę pomocną w leczeniu np. nowotworów.

System ambulatoryjny to też rzadszy kontakt ze służbą zdrowia – co jest szczególnie ważne w czasie pandemii koronawirusa.

To jest dodatkowy argument. Skupiska ludzkie, w tym szpitale, to obecnie najgorsze miejsca do przebywania. I należy stamtąd uciekać najszybciej jak się da. I być tam jak najkrócej, a najlepiej nie być wcale. Szpitale to nie tylko zagrożenie Covid-19, ale także innymi bakteriami czy wirusami. Są one w otoczeniu najbardziej sprzyjającym oporności na leczenie. I tam są najgorsze szczepy. Powstaje wiec pytanie, po co ryzykować i wchodzić do środowiska szpitalnego. Z punktu widzenia pacjenta to dobre rozwiązanie, bo jest większe bezpieczeństwo epidemiologiczne i większa dostępność.

Dlaczego dostępność?

Wiele osób się nie odczula, bo ma problem z tym, żeby znikać z pracy tak często i tak daleko – wszak wielu pacjentów musi dojeżdżać. Dlatego też rezygnuje z odczulania, co jest ryzykowne.

Dlaczego do tej pory odczulanie odbywało się w szpitalu, a nie w ambulatorium?

W Polsce jest niestety tak, że jak coś zostanie ustalone, to trwa. System zdecydował, że będzie odczulał w szpitalach. To nie jest odosobniony przypadek. Dużą część onkologii można przenieść do ambulatorium. Tak jak jest np. w Niemczech. Owszem, można pierwsze podanie przeprowadzić w szpitalu, bo nie wiadomo, jak pacjent zareaguje. Ale to wszystko powinno być elastyczne.

Przenosząc immunoterapię do ambulatorium, jesteśmy w stanie zaoszczędzić mnóstwo pieniędzy. Polska wydaje na leczenie szpitalne ponad połowę budżetu NFZ, Holandia – 21 proc. W resorcie zdrowia do tej pory nikt się nie zastanawiał, gdzie można racjonalizować wydatki. Dopiero teraz powstał zajmujący się tym zespół. On mógłby zdecydować o przesunięciu tego odczulania do trybu ambulatoryjnego.

Z kolei szpitale w ten sposób stracą część procedur do zrealizowania i tym samym pieniędzy. Nie do końca tak musi być, bo zostanie jakaś pula szpitalnego leczenia. Ale jeśli odczulanie stanie się popularne, to pewnie więcej pacjentów trafi do szpitali i wszystko się wyrówna.

Zwiększenie skali działania to też większa szansa na to, że producent nie wycofa się z kraju. Gdyby tak się stało, polscy pacjenci straciliby dostęp do nowoczesnych terapii. Pozostałoby im odczulanie preparatami starszej generacji.

Oszczędności dla systemu są szczególnie ważne w obecnej pandemii.

Pandemia kosztuje i te koszty będziemy musieli spłacić, więc w systemie ochrony zdrowia sytuacja będzie gorsza. Tym bardziej powinniśmy się zastanawiać, jak implementować technologie używane wcześniej na ścieżce terapeutycznej. Covid zabiera fragment części szpitalnej – łóżka i respiratory. I nie ma przestrzeni do pomocy ludziom z innymi schorzeniami. A pandemia będzie trwała co najmniej rok. Uwolnione łóżka trafią do pacjentów, którzy bardziej ich potrzebują – zarówno covidowych, jak i cierpiących na inne schorzenia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA