fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Brexit

Nawet książę Westminster nie przewidział Brexitu

123RF
Dla brytyjskiej stolicy wynik czwartkowego głosowania będzie wart dziesiątki, jeśli nie setki miliardów funtów.

Korespondencja z Londynu

Nie ma droższej metropolii w Europie, nie ma droższej metropolii na świecie. Pod koniec zeszłego roku łączna wartość nieruchomości w najlepszych dzielnicach Londynu przekroczyła półtora biliona funtów – to więcej niż wynosi dochód narodowy Hiszpanii. Ale od kilku miesięcy rynek, który tak wspaniale rósł, stanął w miejscu.

– Zaczęło się to od momentu, gdy David Cameron ogłosił datę referendum. Wkradła się niepewność, a inwestorzy tego nie lubią – mówi „Rz" Simon Tollit, dyrektor ds. sprzedaży nieruchomości w słynnym domu aukcyjnym Sotheby's.

Siedzimy w biurze w centrum Belgravii, jednej z najdroższych dzielnic stolicy. Przez okno widok na Chester Square, gdzie metr kwadratowy w XIX-wiecznych eleganckich posiadłościach zbudowanych przez rodzinę Grosvenor kosztuje około 30 tys. funtów.

– Bogaci kupują takie domy jako inwestycje, a nie żeby w nich mieszkać. Wierzą w Londyn, bo tu jest stabilność, jasne przepisy prawne, sprawny rząd, dużo zamożnych ludzi gotowych zapłacić sporo za wynajem – wylicza Tollit.

W ostatnich latach na te atuty Londynu skusiło się wielu inwestorów z Chin i Hongkongu. Tu nieruchomości kupują także Rosjanie, którzy mają koneksje z Kremlem, oraz biznesmeni z Bliskiego Wschodu. Wszyscy ci z wielkimi, ale „gorącymi", pieniędzmi, które chcą wyprowadzić z niepewnego, rodzimego rynku i ulokować w czymś „stabilnym".

I wbrew temu, co mówi Tollit, wykorzystują do tego może stałe, ale na pewno nie przejrzyste reguły brytyjskiego prawa: ocenia się, że 1/10 nieruchomości w Westminster i 1/12 w Kensington została kupiona poprzez anonimowe fundusze off-shore.

Ale w nocy z czwartku na piątek ta budowana od dziesięcioleci konstrukcja może, jeśli nie zawalić się, to przynajmniej zachwiać. Bo w razie Brexitu wiele atutów Londynu nagle stanie pod znakiem zapytania, przyszłość miasta będzie niepewna.

– Ceny spadły w ostatnich tygodniach o jakieś 5 proc. To są miliardy – mówi Tollit.

Na razie średnia stawka w Londynie to 10 tys. funtów za metr kwadratowy, o jedną ósmą więcej niż w Paryżu i dziesięć razy drożej niż w Warszawie. O stabilność notowań dbają wielcy właściciele nieruchomości, w tym Gerald Grosvenor, szósty książę Westminster, do którego należy ogromna część Belgravii i Mayfair. Jego rywal, Earl Cadogan, pan na Chelsea i Knightsbridge, innej, luksusowej części Londynu. I inne magnackie rodziny jak Bedford czy Portman, które z pokolenia na pokolenia dziedziczą najdroższe grunty nad Tamizą. Wszyscy oni starannie ograniczają pozwolenia na budowę, aby nie przekroczyły spodziewanego popytu, przez co ceny wynajmu i zakupu nieruchomości są w Londynie tak szaleńczo wysokie. Tygodnik „The Economist" niedawno oszacował, że z tego powodu stawki nad Tamizą są ośmiokrotnie wyższe, niż gdyby obowiązywała tu swobodna gra popytu i podaży. To haracz, który oddają pracownicy i firmy, które zdecydowały się przenieść do Londynu, bo mimo wszystko jest to dla nich opłacalne.

Ale nawet książę Westminster nie mógł przewidzieć populistycznej fali, która może doprowadzić do wyjścia kraju z Unii, spowodować, że nie będzie już tylu chętnych do płacenia średnio 3,5 tys. funtów miesięcznie za wynajem dwóch pokoi w przyzwoitym miejscu stolicy.

– Widzisz tę ulicę – Tollit wskazuje w przeciwną do Chester Square stronę, gdzie przez Buckingham Palace Road sunie rząd autobusów i samochodów. – Tam metr kwadratowy kosztuje już tylko 9 tys. funtów, choć to ledwie kilkaset metrów stąd. Na tym rynku stawki są bardzo różne, wszystko zależy od gotowości superbogatych do zakupu, a oni mogą w każdej chwili przenieść swoje pieniądze gdzie indziej. Dlatego my tu wszyscy jesteśmy zdecydowanie za „remain" (pozostaniem – red.) – wskazuje na kolegów z Sotheby's.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA