fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Banki

Jeszcze więcej państwa w sektorze bankowym

Fotorzepa, Marta Bogacz
Wiele wskazuje na to, że nowym właścicielem mBanku może zostać któraś z kontrolowanych przez rząd grup: PKO BP albo Pekao. Udział państwa w aktywach sektora wzrósłby wtedy do 48 proc. z prawie 41 proc.

Kilka czynników wskazuje, że to któryś z państwowych banków będzie kupującym. Ważne będą te polityczne, a można odnieść wrażenie, że urzędnicy państwowi i politycy partii rządzącej chcą kontynuować „repolonizację".

Parę dni temu minister finansów Tadeusz Kościński w rozmowie z Bloombergiem mówił, że „dobrze byłoby mieć czwarty co do wielkości bank w naszym kraju w polskich rękach". W grudniu wicepremier i minister aktywów państwowych Jacek Sasin wypowiadał się w podobnym tonie. Cel zwiększenia udziału polskiego kapitału w sektorze finansowym został wprost zapisany w programie PiS.

PKO BP i Pekao przyznały, że przyglądają się mBankowi. W połowie stycznia niewiążącą ofertę złożyło już prawdopodobnie Pekao (prócz niego zrobił to amerykański fundusz Apollo Global Management, zainteresowany miał być też Crédit Agricole, Erste się wycofało). PKO BP zaś, jak wynika z naszych nieoficjalnych informacji, też szykowało ofertę, ale miało się wstrzymać z jej złożeniem do posiedzenia rady nadzorczej, które odbyć się miało w ubiegłym tygodniu. Tych informacji nie udało nam się potwierdzić, ale dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, że PKO BP zleciło prawnikom przygotowanie umowy dotyczącej potencjalnej transakcji mBanku. Czy chodzi o złożenie oferty? PKO BP nie komentuje.

Kontrolowane przez państwo banki mają 40,5 proc. udziału w aktywach sektora bankowego. Polski kapitał prywatny ma 13,6 proc., a zagraniczni inwestorzy 45,9 proc. Gdyby mBank trafił do państwowej grupy, udział skarbu podskoczyłby do 47,5 proc. (zakładając wydzielenie hipotek walutowych). To wartość niespotykana w krajach UE.

Agencja ratingowa S&P zwracała już uwagę na ryzyka związane z dużym udziałem państwa w bankach, ale do tej pory nie zaobserwowała jego negatywnego wpływu na sektor. Analitycy S&P zaznaczyli jednak, że kluczowe organy nadzoru jak Komisja Nadzoru Finansowego i Bankowy Fundusz Gwarancyjny, w przeciwieństwie do banku centralnego, są pod potencjalnym wpływem rządu. Wcześniej ostrzegali, że duży udział państwa w bankach niesie wyzwania dla dynamiki konkurencyjności i dla zysków kredytodawców. Dodali, że kontrolowane przez państwo instytucje i ich strategie mogą wpisywać się w cykle wyborcze, podlegać dłuższym i bardziej złożonym procesom decyzyjnym lub kierować się innymi celami strategicznymi, w porównaniu z w pełni prywatnymi bankami. W pewnym momencie mogłoby to wywrzeć presję na standardy kredytowania, politykę pożyczkową lub restrukturyzację przeterminowanych zobowiązań.

Krytycznie zwiększenie udziału państwa w bankowości ocenia Marcin Materna, dyrektor działu analiz Millennium DM. – Błąd jednego właściciela, np. niewłaściwie szacowane ryzyko, zła strategia czy nawet celowe działanie na szkodę spółki, nie powinien mieć wpływu na gospodarkę. A tak się może stać, gdy jeden właściciel będzie miał zbyt duży udział w rynku – mówi Materna. – Jeden właściciel kilku podmiotów naturalnie w długim terminie ogranicza też konkurencję na rynku, co samo w sobie nie jest korzystne dla klientów ani gospodarki. Ochronę przeciw takim przypadkom zapewniają regulacje antymonopolowe, które, niestety, w tym przypadku zdają się nie mieć zastosowania – dodaje.

Problemem byłoby, gdyby okazało się, że banki są pełne kredytów udzielonych na nie do końca sensowne ekonomicznie projekty czy finansują inne państwowe podmioty czy wręcz całe branże, które przestają sobie radzić. Dochodzą do tego ryzyka wynikające ze zbyt bliskiej styczności polityki i funkcjonowania firm, co może się objawiać naciskami na prowadzenie np. zbyt ryzykownej działalności kredytowej.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA