Zakończona właśnie księżycowa misja Artemis 2 to dobra okazja, by porozmawiać o polskim sektorze kosmicznym. Jak bardzo jesteśmy zaangażowani w program księżycowy?
Europa jest bardzo mocno zaangażowana. Jeśli chodzi o Polskę, to najlepiej powiedzieć, że występujemy w roli obserwatora. Oczywiście jest polska firma VIGO Photonics, która dostarczyła detektory podczerwieni dla misji Artemis 1 i 2. Są to detektory będące częścią większego instrumentu (LAMS), który ma za zadanie monitorowanie atmosfery w kapsule Orion. Są to małe urządzenia, ale jest to ważny polski akcent w misji. I to w zasadzie wszystko, jeżeli chodzi o krajowy udział. Reszta to nazwiska polskich inżynierów, którzy zetknęli się z programem.
Jednak nasz udział – jako Europejczyków – już jest znaczny. Europejska Agencja Kosmiczna (ESA), a w zasadzie firma Airbus wraz z konsorcjum, dostarczyła moduł serwisowy dla statku Orion. Airbus odpowiada za zaprojektowanie i wyprodukowanie tego modułu. Firmy europejskie wspierają misję także w inny sposób, na przykład wchodzą w skład zespołu odpowiedzialnego za kontrolę naziemną misji – w Europie mamy centrum zajmujące się zarządzaniem europejskim modułem Columbus na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej i te kompetencje wykorzystano w programie Artemis.
Kto jeszcze wiedzie prym w Europie przy Artemis, misji, która zakłada powtórne lądowanie człowieka na Księżycu w 2028 roku?
Moduł serwisowy był dostarczony przez niemiecki oddział firmy Airbus w Bremie, która była odpowiedzialna za zaprojektowanie i wyprodukowanie modułu. Pamiętajmy, że to są misje załogowe obarczone bardzo dużym ryzykiem i odpowiedzialnością za jakość rozwiązań. W tej konkretnej misji bazowano na dostawcach z odpowiednim doświadczeniem w lotach załogowych. To kilkanaście firm z dużych krajów europejskich.
A czy udział w programie Artemis może dać „kopa” polskiej branży kosmicznej? Czy z nisz możemy wejść w rolę dostawców większych elementów, partnera budującego całe systemy?
Zadałbym pytanie inaczej: czy gdyby Polska przystąpiła z budżetem do programu Artemis, to czy pozwoliłoby to na rozwój sektora w kraju? Na pewno tak. Pieniądze wpłacone na program wróciłyby w postaci konkretnych zamówień, systemów czy podzespołów, tak jak dzieje się to w programach ESA. Jednak w tym przypadku samo wpłacenie pieniędzy nie wystarcza – trzeba mieć kompetencje i technologie spełniające wymogi misji załogowych. Takie kompetencje w niektórych obszarach już mamy, jak chociażby wspomniana firma VIGO. Jest też kilkadziesiąt innych podmiotów sektora kosmicznego, realizujących obecnie kontrakty dla ESA czy bezpośrednio dla NASA. Know-how również posiadamy. Odpowiedni budżet na pewno dałby impuls, tak jak dają go programy ESA.
O jakich kwotach mówimy? Ile Polska musiałaby wyłożyć?
Ciężko powiedzieć. Budżet programu Artemis szacuje się na dziesiątki, jeśli nie setki miliardów dolarów. Żadnego kraju w Europie nie stać samodzielnie na tego typu wydatki Warto zacząć nawet od najmniejszych kwot, żeby przystąpić do programu, ale zawsze trzeba zadać pytanie: gdzie te środki ulokować? Czy w lotach załogowych, jak program Artemis, czy w programach ESA, Unii Europejskiej czy programie krajowym, gdzie mówimy o rozwoju branży w różnych obszarach, takich jak łączność satelitarna, nawigacja czy obserwacja Ziemi. Nie zawsze alokacja budżetu w loty załogowe realizowane przez NASA jest najlepszą drogą rozwoju sektora, ale nie wykluczam, że w przyszłości powinniśmy w jakimś zakresie uczestniczyć w programie.
Cały czas przekonujemy polską administrację, by zaczęła kupować produkty od rodzimych firm. Mówimy tu o danych satelitarnych dla rolnictwa, planowania przestrzennego czy reagowania kryzysowego
Należy również pamiętać, że Polska uczestniczy już w programie lotów załogowych poprzez programy ESA lub realizację misji IGNIS – lot Sławosza Uznańskiego-Wiśniewskiego na Międzynarodową Stację Kosmiczną.
Jak byśmy określili dzisiaj siłę tego sektora w Polsce?
Najlepiej pokazać to poprzez liczby. Kiedy powstawał Związek Pracodawców Sektora Kosmicznego, mieliśmy 19 zrzeszonych firm i instytutów. Obecnie w Związku jest już 65 podmiotów. W całej Polsce znajdziemy kilkanaście firm, które naprawdę wiążą swoją przyszłość z kosmosem.
Których?
Mamy firmy małe i średnie, jak PIAP Space, KP Labs, Scanway, który ostatnio wszedł na giełdę, czy Creotech również obecny na giełdzie. Jest też CloudFerro i ICEYE. Mamy instytucje badawcze: Centrum Badań Kosmicznych, Instytut Lotnictwa czy Instytut Łączności. Do tego dochodzą zagraniczne firmy z kilkudziesięcioletnim doświadczeniem w sektorze, które ulokowały u nas swoje oddziały, jak GMV czy Sener. Te firmy są obecne na polskim rynku od kilkunastu lat. One zdecydowały się na inwestycję w Polsce, widząc nasz potencjał i zdolną kadrę inżynierską.
Czy możemy mówić o „kosmicznym boomie”?
Nazwałbym to raczej intensywnym rozwojem. W ostatnich trzech latach poziom zakupów Ministerstwa Obrony Narodowej czy Polskiej Agencji Kosmicznej był spory. W listopadzie zeszłego roku Polska przystąpiła do programów ESA z bardzo dużą kwotą, ponad 550 mln euro. To wyraźny sygnał dla biznesu płynący z administracji, że sektor kosmiczny jest ważny, krytyczny dla funkcjonowania państwa i warto w niego inwestować.
Czy kosmos przestał być domeną naukowców i stał się rynkiem komercyjnym?
Zdecydowanie. Instytuty naukowe są naturalnymi aktorami tego sektora, budują instrumenty badawcze, ale to przemysł przejmuje stery w rozwoju technologii.
Gdzie są dzisiaj największe „konfitury”? Łączność satelitarna, wynoszenie satelitów czy może ten wyścig na Księżyc, który może stać się surowcowym Eldorado dla Ziemi?
Sektor kosmiczny napędzany jest przez popyt na dane. Dane z obserwacji Ziemi, łączność satelitarna i nawigacja Wiele dziedzin gospodarki zwiększa swoją efektywność dzięki tym technologiom. Dostarczanie danych satelitarnych i usługi oparte na tych danych generują największe obroty sektora kosmicznego. A jeśli chodzi o misje załogowe i Księżyc – to wciąż jest to faza eksploracji, czyli badań, a nie eksploatacji. Kolejne lądowanie na Księżycu jest bardzo trudne i drogie. To wciąż misje naukowe, choć agencje już teraz planują budowę infrastruktury, która w przyszłości pozwoli na stałą obecność człowieka na Księżycu.
Z jakimi największymi barierami mierzą się polskie firmy z tego sektora? Czy państwo należycie je wspiera?
Dla sektora kosmicznego kluczowa jest stabilność i ciągłość inwestycji. Ważne jest, aby Polska pozostała członkiem programów ESA na co najmniej takim poziomie finansowania jak obecnie, a najlepiej wyższym. To pozwala polskim firmom wejść w łańcuchy dostaw i uczestniczyć w dużych projektach. Kolejna rzecz to udział w programach unijnych, takich jak IRIS² (łączność), Copernicus (obserwacja) czy Galileo (nawigacja). Tu potrzebujemy silnego wsparcia i promocji polskiej technologii ze strony administracji na forum Komisji Europejskiej.
A na naszym podwórku?
Cały czas przekonujemy polską administrację, by zaczęła kupować produkty od rodzimych firm. Mówimy tu o danych satelitarnych dla rolnictwa, planowania przestrzennego czy reagowania kryzysowego. Wyjątkiem jest MON, który w ostatnich trzech latach dokonał dużych zakupów, m.in. konstelacji satelitów obserwacyjnych i satelitów radarowych.
Wspomniał pan o technologiach dual-use (podwójnego zastosowania). To teraz kluczowy trend?
Wojna w Ukrainie dobitnie to pokazała. Łączność satelitarna, zobrazowania satelitarne i nawigacja są niezbędne na nowoczesnym froncie. Algorytmy sztucznej inteligencji (AI) i uczenia maszynowego, które pomagają analizować dane czy sterować autonomicznymi robotami w kosmosie, mają bezpośrednie przełożenie na technologie wojskowe. Jest cały wachlarz technologii kosmicznych, które mogą być wykorzystane przez przemysł obronny.
A polska rakieta? Dużo mówiło się o projekcie Perun. Czy to też może być technologia dual-use, np. w postaci wykorzystania jej także jako rakiety balistycznej?
Chociaż mówimy o technologii dual-use, to należy pamiętać, że rozwój technologii rakietowych w obecnym kształcie w Polsce ma bardziej charakter cywilny. Technologie rakietowe rozwijane przez firmę SpaceForest czy Sieć Badawczą Łukasiewicz – Instytut Lotnictwa budują nasz potencjał w obszarze systemów wynoszenia. Choć rakieta to bardzo skomplikowane urządzenie, to kompetencje zdobyte przy budowie rakiet suborbitalnych są kluczowe. Raczej nie będziemy mieć własnego portu kosmicznego na terenie kraju do seryjnego wynoszenia satelitów na orbitę, ze względu na położenie geograficzne, ale nasze rakiety mogłyby startować z innych europejskich portów w Szkocji, Portugalii czy Szwecji.
Czy za 10 lat możemy być regionalnym liderem? I czy w ogóle da się współpracować z takimi gigantami jak SpaceX, czy oni nas po prostu zjedzą?
Myślę, że za 10 lat Polska powinna stać się liderem w regionie w obszarze sektora kosmicznego. Mamy ku temu potencjał, wiedzę oraz środki. Za 10 lat Polska będzie już miała własną, dosyć dobrze rozwiniętą infrastrukturę na orbicie, a nasze satelity będą zdolne zaspokajać krajowe potrzeby na dane. Być może staniemy się również jednym z większych dostawców oprogramowania i szeroko rozumianych usług IT dla sektora – od przetwarzania danych po oprogramowanie pokładowe. Można współpracować z dużymi firmami, takimi jak SpaceX, jednak jest to bardzo trudne, można je też nazwać samowystarczalnymi – w tym sensie, że mogą same rozwijać różne technologie. Poza tym rynek amerykański jest hermetyczny przez bariery prawne dotyczące eksportu technologii. Dlatego naszym naturalnym kierunkiem jest Europa, a być może rynki wschodzące w Azji i Ameryce Południowej. Europa w wielu obszarach nie zamierza oddać pola USA czy Chinom i rozwija własne, niezależne systemy i usługi. Polskie firmy już dzisiaj uczestniczą w ich budowie, przykładem mogą być programy Copernicus, Galileo czy Celeste.