[b]Rz: Nie mylę się, że płyta brzmi ostrzej i bardziej rockowo od poprzednich?[/b]
[b]Wojciech Waglewski:[/b] Otrąbiłem już koniec rock and rolla, tymczasem pojawia się coraz więcej płyt rockowych nagrywanych w tradycyjny sposób na taśmach analogowych. Mnie też dopadła taka tęsknota.
[b]Czy nagranie nowej płyty jest również konsekwencją albumu firmowanego wspólnie z Fiszem i Emade, którzy stworzyli potem gitarowe trio Kim Novak?[/b]
Płyta Kim Novak mnie zdopingowała. To pierwszy rockowy album od kilkunastu lat. Zgadaliśmy się z Emade i Voo Voo nagrało płytę pod jego pieczą. Namówił nas na studio Maćka Cieślaka, w którym jest tylko analogowy sprzęt. Po raz pierwszy od lat usłyszałem dźwięk cofanej taśmy. Wszystko było tak jak w latach 60., gdy zaczynałem. To najuczciwsza sytuacja: taśma nagrała tylko to, co potrafiliśmy sami zagrać.
[b]W „Zbroi” śpiewa pan o draniach wtryniających nos w nie swoje sprawy. To piosenka polityczna czy obyczajowa?[/b]
Znowu żyjemy w czasach, kiedy w każdym tekście można się doszukać podtekstów. Ale nie dajmy się zwariować! „Zbroja” to credo dotyczące ochrony prywatności. Dbam o nią, a było kilka medialnych prób jej naruszenia.
[b]Krytycznie ocenia pan media, które eksponują to, co w naszym życiu negatywne, i osłabiają wiarę w człowieka.[/b]
Bardzo mi media podpadły. Zbyt często posiłkują się konfliktem politycznym w kraju. Przebiegałby łagodniej, gdyby nie stał się pożywką publikatorów. Kiedy przed krzyżem było kilkanaście, a może kilkadziesiąt osób, od rana do wieczora stały tam wozy transmisyjne wszystkich liczących się telewizji. Czekały, aż coś się wydarzy. I się wydarzyło. To żenujące. W naszym kraju, tak mocno skonfliktowanym, bazowanie na nienawiści, to coś najgorszego.
[b]W dwóch piosenkach – „Język, gęba, strój” oraz „Złom” – odbija się spór o to, ile w naszym życiu powinno być wzięte z przeszłości, a ile myślenia o przyszłości.[/b]
To prawda. W jednej śpiewam, że trzeba kultywować korzenie, bo bez tego nie możemy istnieć. W drugim zauważam, że ciągłe odwoływanie się do źródeł i siedzenie w historii hamuje nasz rozwój. To jest tylko pozorna sprzeczność. Wołam o zachowanie złotego środka. Z jednym wyjątkiem.
[b]Jakim?[/b]
Na marginesie mojej działalności radiowej muszę zauważać, że „nowoczesny” pomysł śpiewania po angielsku się nie sprawdził. No, może poza piosenką „Son of the Blue Sky” Wilków. Generalnie jednak mówienie o tym, że się śpiewa po angielsku, żeby móc zrobić karierę na Zachodzie – to oczywista bzdura. Jak ktoś chce zrobić karierę, musi wyjechać. Śpiewanie po angielsku w Polsce nic nie da. To łatwizna, bo to język samogłoskowy. Polski wymaga poważnego traktowania i dużej pracy. Wtedy brzmi przepięknie.
[b]Co pan na to, że nie ma polskich piosenek w radiu?[/b]
To znakomicie. Ale mówiąc serio, gdyby przeciętny Polak był taki, jak myślą komercyjne media, odebrałbym sobie życie albo wybrał wolność w Rumunii. Na szczęście mamy do czynienia z sytuacją przypominającą stan wojenny. Anglicy nakręcili wtedy film pokazujący Polskę z dwóch różnych perspektyw – festiwalu w Kołobrzegu i w Jarocinie. Dzisiejszym odpowiednikiem Kołobrzegu jest telewizja, ze szczególnym uwzględnieniem publicznej, Jarocina zaś – niezliczona liczba imprez muzycznych ze znakomitą frekwencją. Na mój objazdowy festiwal „Męskie granie”, który zgromadził wyłącznie polskich artystów, w tym wielu alternatywnych, bilety kosztowały u koników po 500 zł. To pokazuje prawdę o gustach Polaków. Fonografia też nie jest zafałszowana. Większości wykonawców z pierwszej dziesiątki najczęściej kupowanych albumów nie można się wstydzić.
[b]Skąd bierze się fałsz medialnego świata?[/b]
To proste. W telewizji i w radiu zapomina się o misyjności. Korzystają z nich głównie ludzie z mniejszych ośrodków, którzy są pozbawieni dostępu do kultury niezależnej. Jako główni odbiorcy komercji stanowią punkt odniesienia tego, co widać w słupkach oglądalności. Koło się zamyka. Ale jeszcze będzie przepięknie.
[b]Tytuł nowej płyty mówi, że wszyscy muzycy to wojownicy. Czy uważa pan, że to prawda?[/b]
Ironia. Tytuł wziął się stąd, że dziś prawie każdy muzyk mówi, że z czymś walczy. A ja nie wiem, czym się różni w tej walce od listonosza. Kiedy zaczynałem grać, było takie zabawne określenie: artysta estradowy. Teraz prawie wszyscy uważają się za artystów. Dla mnie to nieporozumienie – artysta tworzy sztukę, co zweryfikuje dopiero czas. Zauważyłem też, że tak zwani artyści nadużywają słowa „zajebiście”. Dlatego podtytuł płyty brzmi „Wszyscy artyści są zajebiści”. W moim przekonaniu artystów estradowych zastąpili artyści zajebiści.
[b]Jak to się stało, że pan – ikona muzyki niezależnej – wziął udział w kampanii reklamowej Żywca?[/b]
Słyszałem: Waglewski to alternatywa, a sprzedał się Żywcowi. Mamy do czynienia z brakiem zrozumienia słowa „alternatywa”. Chodzi o oryginalność artystyczną. Co w tym złego, że dostaje się za nią pieniądze od browaru? Ważny jest efekt końcowy. Nie sprzeniewierzyłem się swoim wartościom. Dzięki „Męskiemu graniu” w Trójce po raz pierwszy pojawił się hip-hop Abradabu. Mój festiwal nie miał nic wspólnego z chałturą, za którą uważam udział w projektach chopinowskich finansowanych z rządowych pieniędzy. To jest dopiero obciach. Nie było większego od czasu Vanessy Mae, niskiej Azjatki na wysokich obcasach.
[b]Maciej Maleńczuk dziwi się, że reklamuje pan piwo, a woli wino.[/b]
Mógłby się lepiej zorientować: Żywiec dystrybuuje również wina. Wszystko się zgadza.
[i]—rozmawiał Jacek Cieślak[/i]