Z placu Zamkowego na plac Piłsudskiego. Podwalem, Nowomiejską, Freta, później przez plac Krasińskich i Miodową. Tę trasę każdego letniego dnia Władysław Kamiński przebywa kilkakrotnie. Zawsze elegancki – w białej koszuli i czarnych, prasowanych w kant spodniach. Wozi turystów konnym omnibusem.

Konie kocha od dziecka

Pracuje w ten sposób od dziesięciu lat. – Zaczynałem od powożenia bryczką. Kolega zaproponował mi, żebym razem z nim woził pary młode do ślubów – wspomina.

Po kilku latach musieli jednak zwinąć interes, bo konkurencja była zbyt silna. Trzeba było poszukać innego pomysłu na zarobek. – Wtedy znalazłem w gazecie ogłoszenie, że miasto szuka woźniców. Zgłosiłem się. Miałem przecież własne konie i doświadczenie – tłumaczy.

Przyznaje, że z jazdy omnibusem trudno się utrzymać.

– Poza sezonem muszę szukać innych zajęć – mówi.

W Jankach wynajmuje więc hale magazynowe. Czasami jeszcze obsługuje śluby. Lubi jednak pracę woźnicy i nie mógłby z niej zrezygnować.

Latem na brak klientów nie może jednak narzekać.

W gazecie znalazłem ogłoszenie, że miasto szuka woźniców. Miałem własne konie i doświadczenie - Władysław Kamiński, prowadzi konny omnibus

Autopromocja
CFO Strategy & Innovation Summit 2021

To już IV edycja kongresu dla liderów świata finansów

WEŹ UDZIAŁ

– Turystów jest dużo. Każdy chce się przejechać po Starym Mieście, szczególnie gdy jest z dziećmi – tłumaczy.

Władysław Kamiński  kocha konie od dziecka, pierwszego dostał na komunię. – Traktuję te zwierzaki jak członków rodziny – opowiada. Od karmienia i przygotowania ich do pracy zaczyna każdy swój dzień. A od maja do sierpnia musi wstawać bladym świtem, bo do Warszawy konie dowozi specjalną przyczepą z Raszyna.

Zwierzęta ma cztery. Siedmioletni Lider i 12-letni Cygan oraz 13-letnia Izolda i siedmioletni Klejnot wyjeżdżają na ulice na zmianę.

– Kiedy jedna para ciągnie omnibus, druga odpoczywa w stajni – wyjaśnia pan Władysław Kamiński.

Przejażdżka z Waldorffem

Podobnie jest z końmi pana Krzysztofa Szczepańskiego. Raz pracuje Walenty, raz Kuba. Tylko sam właściciel nie może sobie pozwolić na odpoczynek.

Nie tak, jak wtedy, kiedy  przez kilka lat pracował w Zakładach Budowy Maszyn Zremb jako technolog w maszynowni.

– To była praca biurowa. Wolne święta i niedziele, urlopy... – wspomina.

A zwierzętami trzeba się zajmować codziennie, świątek, piątek. – Nawet jak nie wyjeżdżam na miasto, to przecież trzeba dać im jeść, pić, oporządzić je – mówi. I dodaje, że konie są dla niego jak dzieci. Lubi je rozpieszczać. Oprócz owsa i siana serwuje im prawdziwe smakołyki: marchewki, jabłka, a nawet bułki.

– Nigdzie im nie będzie tak dobrze, jak u mnie – mówi.

W pewnym sensie właśnie koń zadecydował o tym, że pan Krzysztof 33 lata temu został dorożkarzem.

– Mój ojciec powoził bryczką, podobnie jak wcześniej dziadek – opowiada. – Kiedy zachorował, ktoś musiał zająć się jego zwierzęciem. To był Wojtek. Siwej maści. Posłuszny. Nigdy mnie nie zawiódł.

Mój ojciec powoził bryczką, podobnie jak dziadek. Kiedy zachorował, ktoś musiał zająć się jego zwierzęciem - Krzysztof Szczepański, dorożkarz

Do dziś ma dorożkę dziadka, którą jechali Ignacy Paderewski czy Jan Kiepura. Ale sam nią nie jeździ. Dysponuje nowszym egzemplarzem. Zasiadali w m.in. Jerzy Waldorff czy Mieczysław Fogg.

– Pierwszą znaną osobą, którą wiozłem, był Demis Russos. Miałem kurs z hotelu Victoria, gdzie mieszkał, do bazyliszka na Starym Mieście i z powrotem – opowiada.

Wciąż zdarzają mu się znani pasażerowie: popularni sportowcy czy politycy. Dwa lata temu wiózł panią premierową Małgorzatę Tusk z małżonką premiera Turcji. Ale inne rzeczy się zmieniły.

– Kiedyś warszawski dorożkarz ubrany był galowo, w piękną liberię, którą można było kupić od strażaków albo od kolejarzy – wspomina pan Krzysztof Szczepański z rozrzewnieniem. – Były kultura i styl, które z ojców przechodziły na synów. A teraz do pracy w tym zawodzie garną się zupełnie przypadkowi ludzie. Czasami w ogóle nie znają miasta.

Czy pan Krzysztof będzie miał komu przekazać dorożkarską pałeczkę, nie wiadomo.

– Mam syna, ale on nie widzi się na koźle. I nie ma mu się co dziwić. Nie każdy to wytrzyma – stwierdza.

Zakład z rikszarzem

Karol Ornarowicz jako pierwszy w swojej rodzinie zarabia na wożeniu turystów. Na ten pomysł wpadł dwa lata temu.

– Mój kolega pracował w Londynie jako rikszarz – opowiada. – Tam taka forma zwiedzania miasta jest bardzo popularna. Pomyślałem, że u nas też mogłaby się sprawdzić.

Kupił więc w Internecie kilkanaście pojazdów. Ale początki były trudne.

– Niektórzy patrzyli na nasze riksze ze zdumieniem. Pytali, czy jazda jest na pewno bezpieczna, czy nie wywrócimy się na zakręcie – wspomina pan Karol.

Teraz klientów ma całkiem  sporo, głównie latem.

– Przecież to doskonały sposób, by zwiedzić miasto, szczególnie w upalny dzień. Turyści wolą taką przejażdżkę niż jazdę w tłoku dusznym autobusem – uważa pan Karol.

Jego riksze jeżdżą Traktem Królewskim ze Starego Miasta do Łazienek. Firma ma filię w Zwierzyńcu i pracuje w niej kilkanaście osób, ale pan Karol – na co dzień analityk finansowy – sam także czasami zasiada za kierownicą roweru. Głównie w weekendy. – To odskocznia od codziennej pracy. Poza tym mam wtedy kontakt z klientami. Mogę wypytać ich o opinie – tłumaczy.

Ale z pasażerami bywają i zabawne sytuacje. – Kiedyś przyszło do mnie dwóch mężczyzn o solidnej posturze. Razem ważyli chyba ćwierć tony – opowiada Ornarowicz.

– Mówili, że nie dam rady ich przewieźć. Postanowiliśmy więc się założyć o podwójną stawkę za kurs.

Pan Karol zakład wygrał, czym wzbudził podziw klientów. – Od początku byłem pewien, że sobie poradzę – śmieje się. – Kiedyś ciągnąłem już 400-kilogramowy wózek. Żadne wyzwanie mnie nie przeraża.