Planowana przez PiS dobra zmiana w sądownictwie może znaleźć nieoczekiwaną przeszkodę. Są nią, a na pewno mogą się stać, sami prawnicy.
Sanacyjne porządki
Idea wymiany elit prawniczych nie jest w Polsce zupełnie nowa. Na niezależność sędziów narzekano nie tylko w PRL, ale również z II Rzeczpospolitej. Zamach majowy i późniejsze rządy sanacji domagały się sprawnego, a przede wszystkim podległego władzy wymiaru sprawiedliwości. Wykształceni w akademiach państw zaborczych prawnicy nie zawsze chcieli to zrozumieć. Właśnie dlatego pod koniec lat 20. zeszłego stulecia dyspozycyjni wobec marszałka Józefa Piłsudskiego politycy zabrali się do „porządków" w sądownictwie. Fatalną rolę odegrał w tej sprawie minister sprawiedliwości Stanisław Car, ale twarzą zmian został Ignacy Mościcki. Na mocy dekretu prezydenta o ustroju sądów powszechnych z 6 lutego 1928 roku głowa państwa przyznała sobie prawo do przenoszenia sędziów w stan spoczynku. Prawo weszło w życie w styczniu 1929 roku i nie trzeba było więcej niż czterech miesięcy, by trzech prezesów SN zastąpili bardziej przychylni władzy „zmiennicy".
Zawłaszczanie sądów na wszystkich szczeblach trwało przez kolejnych kilka lat, zaś władza posługiwała się nowym instrumentem wybiórczo. Do spraw istotnych dla rządzących dobierano sędziów znanych z sympatii dla sanacji. Właśnie w ten sposób na trzy lata więzienia (obniżone później do półtora roku przez SN) został skazany prof. Stanisław Cywiński, którego zbrodnią – kwalifikowaną jako obraza Narodu Polskiego – były krytyczne uwagi o zmarłym Marszałku. Skutkiem publicystyki Cywińskiego była również fala pobić samego autora i członków redakcji „Dziennika Wileńskiego", w którym ukazał się tekst. Dobrą puentą dla tej historii był fakt, że generalny inspektor Sił Zbrojnych E. Rydz-Śmigły oficjalnie zabronił prowadzenia postępowania sądowego wobec oficerów odpowiedzialnych za pobicia członków redakcji dziennika.
System stworzony przez sanację – paradoksalnie – przetrwał czasy II wojny światowej i został przejęty przez komunistów. Najlepszym tego dowodem była ciągłość sądzenia w SN przez sędziów „zmienników" powołanych tam przez Mościckiego. I tak oto sędzia Emil Stanisław Rapaport czy też prezes Leon Supiński pozostali po wojnie sędziami Sądu Najwyższego i orzekali w nim przez wiele lat. Leon Supiński zajmował nawet urząd zastępcy pierwszego prezesa SN. Co logiczne, w powojennym sądownictwie zabrakło miejsca dla sędziów niezależnych, odwołanych przez prezydenta. PRL zresztą błyskawicznie wyhodował całe zastępy sędziów „z awansu", którzy nie mieli skrupułów, by dokonywać na zamówienie reżimu regularnych „zbrodni sądowych". Nie wszyscy byli janczarami systemu. Znaczna część to ludzie niepredestynowani intelektualnie czy moralnie do sprawowania roli sędziego.
Rodowody PRL
A jednak 45 lat Polski Ludowej (w której prawniczą karierę zaczynali swoją drogą Jarosław i Lech Kaczyńscy, Wojciech Jasiński, Zbigniew Wasserman czy Stanisław Piotrowicz) to nie tylko epoka sądowej deprawacji. W tamtych czasach sądzili tacy ludzie, jak Adam Strzembosz, Mieczysław Szerer czy Aleksander Wolter, ludzie nie tylko zasłużeni dla polskiej kultury prawnej, ale także wybitni. Czy można więc, jak chce Zbigniew Ziobro, przeprowadzić konsekwentną linię podziału w kadrze sądzącej, eliminując z niej ludzi o rodowodach z PRL? Trzeba by było do nich zaliczyć także takich ludzi, jak Ewa Łętowska czy Andrzej Zoll, Jerzy Stępień czy Stanisław Biernat. To ludzie najczęściej bez zarzutu, autorytety środowiskowe i pedagodzy – wychowawcy całych pokoleń prawników.