W finale przedstawienia na kurtynie Opery Narodowej pojawia się napis przypominający, że ponad 20 tys. ukraińskich dzieci odebranych rodzicom przez rosyjskiego okupanta nadal nie wróciło do swoich rodzin. „Matki Chersonia” opowiadają zaś o losie kilku kobiet, które niczym Odyseusz wyruszyły z Ukrainy przez Polskę, Białoruś i Rosję na Krym, by odzyskać swoje dzieci. Nie dla wszystkich ta podróż przyniosła szczęśliwe zakończenie.

Reklama
Reklama

Reporterska dokładność „Matek Chersonia”. Jak mówić o wojnie bez operowej poezji

„Matki Chersonia” powstałe z inicjatywy Opery Narodowej i nowojorskiej Metropolitan są zaskakujące nie tylko z racji wtargnięcia do świata opery z tematem wprost zaczerpniętym z dzisiejszych mediów. Współczesna opera jednak od tego nie ucieka, by przypomnieć choćby głośną i wstrząsającą operę znakomitej fińskiej kompozytorki Kaiji Saariaho „Innocence”, rekonstruującą strzelaninę, jaka wydarzyła się w jednej ze szkół.

W „Matkach Chersonia” mamy coś więcej niż samą reporterską dokumentację zdarzeń. Libretto amerykańskiego dramatopisarza George’a Branta jest precyzyjną konstrukcją teatralną. Tu jedna z dziewcząt przetrzymywana w obozie potrafi powiedzieć do Rosjanina: „pie…l się”, bo tekst pozbawiony jest napuszonej operowej poezji nie najwyższych lotów. Brant posługuje się codziennym językiem, bo pokazuje proste kobiety, które zanim rozpoczęły swoją odyseję nigdy wcześniej nie opuszczały Chersonia. A on bazował na ich autentycznych relacjach. Precyzyjna jest też konstrukcja obu aktów opery. Pierwszy pokazuje życie w okupowanym Chersoniu – walkę o przetrwanie, gdy trzeba chronić się przed bombami i ostrzałem, ale też podtrzymywanie nadziei, że przyjdą lepsze dni. Gdy Chersoń został odbity przez ukraińskie wojsko, rozpoczyna się akt wędrówki.  O ile pierwszy był realistyczny, drugi nabiera cech symbolicznej tułaczki, bo trudno na scenie pokazać kilka tysięcy kilometrów podróży.

„Matki Chersonia”. Tradycyjna muzyka i kołysanka jako klamra

Zaskakująca jest partytura ukraińskiego kompozytora Maksyma Kołomijeca. Dla odbiorców oczekujących od oper tworzonych w XXI wieku oryginalnych poszukiwań formalnych, muzyka „Matek Chersonia” będzie zbyt tradycyjna. Dla widzów obawiających się kontaktu z operą współczesną, może przynieść zaskoczenie.

Maksym Kołomijec spiął utwór klamrą – prostą kołysanką częściowo opartą na znanej ukraińskiej melodii. Od niej opera się zaczyna i nią się kończy, pojawia się też w trakcie akcji, za każdym razem niosąc określone znaczenia. Cała zaś muzyka jest bardzo wokalna, oparta na brzmieniach tonalnych, ale z użyciem bardziej współczesnego, rozbudowanego instrumentarium, co umiejętnie prowadzi  dyrygentka Keri-Lynn Wilson.

Kompozytor umiejętnie różnicuje przy tym muzykę wyłącznie orkiestrową, potrzebną choćby jako łącznik między ciągle zmieniającymi się miejscami akcji a partiami wokalnymi, w których głos solistów czy chóru musi być najważniejszy. Zarówno autora tekstu, jak i kompozytora połączyła zaś troska o to, by opowiedziana historia nie zabrzmiała fałszywie.

Warszawska opera pisana pod gust Ameryki

Dla widza europejskiego, zarówno obeznanego z muzyką współczesną, jak i bardziej konserwatywnego bywalca operowego, „Matki Chersonia” mogą brzmieć zaskakująco jeszcze z innego względu. Opera opowiada o wojnie w Ukrainie, ale została skrojona pod gust amerykańskiej publiczności.

Z Warszawy „Matki Chersonia” pojadą bowiem na scenę Metropolitan, która uchodzi za teatr bardzo tradycyjny, a od kilku sezonów odświeża repertuar nowymi utworami często pisanymi na jej zamówienie. I to one cieszą się szczególnym zainteresowaniem publiczności, sporo tych inscenizacji nie znika po jednosezonowej prezentacji.

Czytaj więcej

Opera o molestowaniu chłopca przebojem Nowego Jorku

Nowojorskie opery współczesne mają atrakcyjną fabułę, często bazującą na autentycznych postaciach i wydarzeniach lub popularnych filmach czy powieściach. A kompozytorzy chętnie inspirują się popularnymi gatunkami muzycznymi. Takie są i „Matki Chersonia” również dlatego, by z racji swego tematu poruszyły jak największą liczbę widzów.

„Matki Chersonia”. Obsada bez słabych punktów

Siłę i prawdę tej opowieści wzmocniła inscenizacją Barbara Wysocka. Obniżywszy ogromną przestrzeń Opery Narodowej pierwszy akt rozegrała w klaustrofobicznym wnętrzu (scenografia Barbary Halickiej), które niezależnie od tego, czy pełniło rolę schronu, mieszkania czy szwalni przypominało, że życie w Chersoniu toczy się w zamknięciu.  Nad nimi zaś wizualizacje przypominały, że na zewnątrz jest świat – ponury i niszczony przez wojnę.

W akcie drugim centralnym punktem stał się stary autobus, którym kobiety zdecydowały się wyruszyć w podróż. Na tle filmowanej, bezkresnej drogi stał się on raczej współczesną łodzią, po której bohaterki płyną ku odległemu celowi. Mimo realistycznej dokładności także w kostiumach zaprojektowanych przez Julię Kornacką „Matki Chersonia” nabrały cech niemal mitologicznej opowieści o matkach i utraconych dzieciach, o losie jak z antycznej tragedii z poruszającym finałem.

Siłę spektaklu wzmacniają wykonawcy. W rozbudowanej obsadzie „Matek Chersonia” nie ma słabych punktów, a każdy nawet w drobnych rolach białoruskich czy rosyjskich pograniczników (Wojciech Parchem i Paweł Trojak) jest prawdziwy. Najważniejsze są jednak one – matki, obie znakomite: Izabela Matuła (Kateryna) i Kamila Dutkowska (Dasza). Wspaniałą pełnokrwistą postać schorowanej Olhy, która wyrusza po wnuczkę tworzy Małgorzata Walewska. Partneruje im w roli nastoletniej Lilii Hanna Sosnowska-Bill.

Hanna Sosnowska-Bil (Lilia) w „Matkach Chersonia”

Matki Chersonia

Hanna Sosnowska-Bil (Lilia) w „Matkach Chersonia”

Foto: Krzysztof Bieliński

Po drugiej stronie są mężczyźni, zwłaszcza islandzki baryton Ólafur Sigurdarson jako zaradny, prosty, ale pełen ciepłych uczuć kierowca autobusu. Mocną postać kierownika rosyjskiego obozu nakreślił Tadeusz Szlenkier, pozostają w pamięci Andriej Bondarenko (wracający z frontu ojciec Lilli) i Adrian Domarecki (Kostia, który uwierzył w rosyjską propagandę).

Po ubiegłorocznym sukcesie „Najlepszego miasta na świecie”, które na życzenie widzów Opera Narodowa po raz kolejny wstawiła do repertuaru, znów otrzymaliśmy dzieło współczesne, w którym waga tematu splata się z atrakcyjną formą muzyczną i teatralną. Poprzednia opowiadała o Warszawie, obecna o Chersoniu, który leży od nas dalej, a także powinien nam być bliski.

Od 24 października warszawska inscenizacja „Matek Chersonia” będzie dostępna na bezpłatnej, europejskiej platformie arte tv wraz z filmem dokumentalnym o powstaniu tej opery.