Na długiej liście czynników zagrażających bezpieczeństwu Ameryki obok islamskich terrorystów, zbrojącego się Iranu czy atomowej Korei Północnej znalazła się otyła młodzież. Według szacunków armii aż 27 procent osób w wieku od 17 do 24 lat – a więc mniej więcej 10 milionów Amerykanów – jest bowiem tak spasionych frytkami, pizzą i hamburgerami, że kompletnie nie nadaje się do służby.
Problem bardzo nasilił się w ciągu ostatnich 20 lat. A obecnie otyłość wyprzedziła wszystkie inne przyczyny zdrowotne, z powodu których komisja rekrutacyjna odrzuca kandydatów. Od 1995 roku liczba kandydatów do służby, którzy nie przechodzą testów z powodu nadwagi, wzrosła o prawie 70 procent.
„Gdy ponad jedna czwarta młodych ludzi jest zbyt gruba, żeby walczyć, musimy zauważyć ten problem” – przekonuje na łamach „New York Timesa” James Barnett Jr., emerytowany admirał marynarki wojennej. Wraz ze 130 innymi emerytowanymi oficerami tworzącymi grupę „Misja: gotowość” wezwał w zeszłym tygodniu Kongres do usunięcia ze szkół tuczącego jedzenia, do zwiększenia nakładów na program zdrowych szkolnych obiadów i zachęcania do zdrowszego stylu życia.
Emerytowani oficerowie zwrócili uwagę kongresmenów na fakt, że wojskowi nie mogą przyjmować do służby osób, które dopuściły się przestępstw kryminalnych. Na dodatek duża część młodych zamiast do armii woli iść na studia. Jeśli więc utrzyma się rosnący trend otyłości wśród młodzieży, to w 2030 roku armia może mieć bardzo poważny problem ze znalezieniem kandydatów do służby.
Otyłość nie jest zresztą problemem tylko podczas rekrutacji. Z raportu grupy „Misja: gotowość” wynika bowiem, że amerykański rząd musi rocznie przeznaczać dziesiątki milionów dolarów na wyszkolenie zastępców tych żołnierzy, którzy zostali wyrzuceni z armii ze względu na kłopoty z wagą.