Radziszewska opowiada o „przesądzonym” odwołaniu z funkcji:

Jak sięgam pamięcią, to na wylocie byłam, zanim zostałam powołana. Mojego odwołania bardzo chcą lewicowe środowiska feministyczne i niektóre dziennikarki „Gazety Wyborczej", więc próbują wywrzeć na premiera nacisk w tej sprawie. (...) A feministki od pierwszego dnia nie kryły, że oczekują, iż będę pełnomocnikiem do spraw aborcji, antykoncepcji czy wychowania seksualnego. Teraz na lewicy nośne są dwa hasła: zdjąć krzyż i odwołać Radziszewską.

Posłanka komentuje skręt PO w lewo:

PO zawsze była partią środka. I zawsze miała silne skrzydła prawe i lewe, ale największy miała środek. Być może dotychczas brakowało wyrazistej części lewej i ten brak wypełnił Arłukowicz. Ale Platforma to także partia chadecka, a chadeckość nie oznacza bycia podnóżkiem jakiegokolwiek Kościoła, lecz pewne spojrzenie, którego elementem jest cała chrześcijańska tradycja w Europie.

Na temat krzyża w sali sejmowej Radziszewska mówi:

Konstytucja mówi, że państwo powinno być świeckie, ale też gwarantuje każdemu wolność wyznawania i manifestowania swojej religii. Nie może być tak, że w przestrzeni publicznej nie ma miejsca dla ludzi wierzących manifestujących swoje wyznanie, dlatego że się to nie podoba tym, którzy nie wierzą.

Przestrzeń publiczna ma być i dla jednych, i dla drugich. Poza tym, jeśli dla kogoś, kto nie wierzy, krzyż to wyłącznie dwa skrzyżowane kawałki drewna, nie niosące żadnej wartości, to nie rozumiem, dlaczego one tak przeszkadzają.

Radziszewska komentuje słowa Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, która stwierdziła że urzędem pełnomocnika ds. równego traktowania powinna kierować mocna osobowość.

Skoro nie zwariowałam, nie uzależniłam się od psychotropów, nie palę marihuany, nie piję wódki i nie leczę depresji, skoro w polityce przetrzymałam 14 lat, nadal lubię ludzi i wciąż jestem osobą otwartą i wciąż zło mnie rani, to chyba mogę powiedzieć, że jestem mocną osobowością.