Marek Palczewski na portalu SDP próbuje oceniać sytuację na chłodno:
Sytuacja jest prosta: dziennikarz podchodzi z włączoną kamerą i próbuje zadać pytanie, rozmówca nie chce odpowiedzieć i słownie atakuje dziennikarza, dziennikarz się przedstawia i zadaje pytanie, rozmówca odmawia i ostrzega, że rozbije kamerę, dziennikarz ponownie zadaje pytanie, rozmówca atakuje kamerę (i być może dziennikarza, ale tego dokładnie nie widać).
Autor przytacza definicje niepodziewanego wywiadu:
Definicje skupiają się na natychmiastowości, działaniu nieuprzedzonym, nagłości, a czasem i prowokacyjnym stylu takiego wywiadu. Stosowany jest często, gdy politycy wychodzą z samolotu, samochodu, czy uciekają przed dziennikarzami.
Zatem w sytuacji powyżej opisanej ten rodzaj wywiadu zastosowała Ewa Stankiewicz. Abstrahuję od pytania, czy miała prawo filmować polityka w miejscu publicznym, w dodatku na terenie sejmowym, bo to nie podlega dyskusji.
Jak powinien zareagować polityk? Zawsze może powiedzieć: „bez komentarza”, może odwrócić się na pięcie i odejść, może zignorować pytanie, może wreszcie na nie błyskotliwie odpowiedzieć. Stefan Niesiołowski wybrał metodę najgorszą z możliwych: zaatakował.
Zaskakujące jest, że:
Niektóre media i dziennikarze uznali, że była to forma napaści, prowokacji, ataku i nie miała z wywiadem nic wspólnego.
Palczewski pointuje:
Dlaczego wielu dziennikarzy ryzykuje swoją reputację, broniąc jego zachowania? Cóż, czyżby im przeszkadzała osoba zadająca pytania?
Z kolei na portalu studioopinii.pl (utworzonym przez Stefana Bratkowskiego) w imieniu Towarzystwa Dziennikarskiego w Warszawie, jego prezes Seweryn Blumsztajn ("Gazeta Wyborcza"), oświadczył:
Gdyby był to incydent, byłby on tylko oburzający. W naszej ocenie traktowanie tego zajścia jako incydentu jest jednak fałszowaniem rzeczywistości i pomniejszaniem groźnego dla Polski zjawiska.
Zajście (…) było częścią trwającego od lat procesu dziczenia polskiej sfery publicznej. Zarówno Ewa Stankiewicz jak Stefan Niesiołowski mieli w ostatnich latach istotny udział w napędzaniu tego procesu. Z tego powodu nie stajemy po żadnej ze stron zajścia. Uważamy jednak, że zarówno polityczne środowisko Ewy Stankiewicz, jak partyjni koledzy Stefana Niesiołowskiego powinni się poważnie zastanowić nad możliwymi skutkami dalszego eskalowania różnych form przemocy symbolicznej i agresji werbalnej w sferze publicznej.
W naszej ocenie zajście przed gmachem sejmu pokazało, jak łatwo od pozornie niegroźnej przemocy symbolicznej i agresji werbalnej można w sferze publicznej przejść do agresji i przemocy fizycznej.
Zatem "koledzy z Towarzystwa" nie widzą różnicy między sprawcą a ofiarą - ważne, że oboje brali udział "w zajściu". Co za towarzystwo.