Zalewski przypomina, co rozpętało aferę:
Poszło o wywiad, którego dla tygodnika „Wprost” udzieliła była żona Palikota. Powiedziała tam o nim kilka dość oczywistych oraz kilka dość ciekawych rzeczy. A nasz mistrz marketingu szokującego się oburzył, nadął, nabzdyczył i uznał, że dziennikarze „Wprost” zachowali się podle.
I stwierdza, że reakcja Palikota była zaskakująca:
Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o jego własną osobę to poziom odporności Palikota jest zadziwiająco niski. Gość, który bez najmniejszych przesłanek zarzucał Lechowi Kaczyńskiemu alkoholizm, który zaraz po tragedii smoleńskiej rzucał dowcipy o zimnym Lechu i kaczce po smoleńsku, który na prawo i lewo przylepiał etykietki „chamów”, po kilku zdaniach dawnej małżonki wręcz napęczniał od świętego oburzenia.
Po czym porównuje lidera Ruchu Palikota do… zbrodniarzy wojennych:
Przypomina w tym dawnych bonzów III Rzeszy, którzy po kapitulacji długo rozpamiętywali w swych pamiętnikach, jak to brutalnie obchodzili się z nimi zwycięzcy. A to zwędzili butelkę zachomikowanego koniaku, a to niegrzecznie się odzywali, a to kazali spać w zimnej celi. Nieszczęsne, niewinne i bezbronne ofiary straszliwych sadystów. Takie jęki zawsze budziły moją pogardę, a te Palikotowe brzmią prawie identycznie. To takie niemęskie!