Panią Ewę znają wszyscy psiarze w okolicy, rozpoznać ją można z daleka: niewysoka blondynka i towarzyszący jej duży czarny pies. Sznaucer olbrzymi, jej ulubiona rasa, wychowała i pożegnała kilka pokoleń, w czerwcu zeszłego roku choroba położyła jej sześcioletnią Dziunię. Przykro było później patrzeć, jak nieraz smutno snuła się po „naszym" psim skwerku.

Gdy rozmawiamy, pod nogami plącze się nam półroczna Vivianne. Poszukiwanie jej pani Ewa zaczęła parę tygodni po śmierci Dziuni. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej wystarczyłby telefon do hodowli, w której właśnie urodziły się szczeniaki, oraz wizyta na miejscu. Później podpisanie papierów i kilka, maksymalnie kilkanaście tygodni oczekiwania. – A teraz? Gdziekolwiek nie zadzwoniłam, wszystkie szczeniaki porezerwowane. Od czerwca do października non stop dzwoniłam po całej Polsce, od Wrocławia po Mazury. I non stop słyszałam to samo: nie ma, proszę się dowiadywać za parę miesięcy – opowiada pani Ewa.