Do wyborów parlamentarnych został zaledwie rok, a wydaje się, że scena polityczna jest w rozsypce.
Może nie tyle w rozsypce, ile w przebudowie. Przez lata przyzwyczailiśmy się do dwóch dominujących partii. Główną osią polskiej polityki stał się konflikt dwóch obozów, wykraczający poza rywalizację ich liderów. Dziś ten podział nie znika, ale nie wystarcza już do opisania całej sceny. PiS musi nie tylko konkurować z KO, lecz także bronić swojej pozycji po prawej stronie. Nie kwestionuję dominującej pozycji tych dwóch ugrupowań. Zmienia się jednak układ wokół nich. Pytanie nie brzmi tylko: ile mamy partii? Ważniejsze jest to, kto będzie organizował przyszły obóz władzy i na jakich zasadach.
Cztery partie na prawicy. Taka sytuacja miała miejsce ostatni raz w latach 90.
Ale czy to są cztery równorzędne ugrupowania? Nie. PiS ma struktury, rozpoznawalną markę i doświadczenie rządzenia. Konfederacja, Korona Grzegorza Brauna i środowisko Mateusza Morawieckiego odwołują się do różnych oczekiwań wyborców. Nie wracamy więc po prostu do lat dziewięćdziesiątych, kiedy system partyjny dopiero się kształtował. Istotne jest to, co dzieje się z granicami politycznej akceptacji. Pojawienie się Korony sprawia, że Konfederacja Wolność i Niepodległość może zacząć wyglądać na bardziej umiarkowaną, choć nie musi zmieniać poglądów. Ktoś bardziej radykalny przesuwa punkt odniesienia. Wszystko to dzieje się w warunkach nakładających się kryzysów. Wojna, koszty życia, niepewność przyszłości potęgują emocje i strach. W takich warunkach ci, którzy wskazują jednego winnego i podają proste recepty, stają się prorokami.
Czytaj więcej
Jeżeli powstanie ugrupowanie Morawieckiego, a w moim przekonaniu powstanie, może powstać rząd Mateusza Morawieckiego z Donaldem Tuskiem. Dzisiaj to...
Kto jest prorokiem?
Proste recepty na nasze lęki daje na przykład Grzegorz Braun. Sporo takich recept proponuje też Przemysław Czarnek. Chodzi nie tylko o konkretne postulaty, ale o obietnicę odzyskania kontroli: wiemy, kto jest winny, i wiemy, jak usunąć zagrożenie. Osobnym graczem jest prezydent Karol Nawrocki. Mam nieodparte wrażenie, że chętnie zorganizowałby wokół siebie szeroki obóz wspierający jego dążenia do zmiany ustrojowej. Jeśli nie udałoby się uzyskać większości potrzebnej do zmiany konstytucji, pozostaje pokusa przesuwania praktyki ustrojowej krok po kroku, bez formalnej zmiany jej tekstu. Warto obserwować, czy prezydent będzie przede wszystkim reprezentantem obozu, który pomógł mu wygrać, czy zacznie sam wyznaczać jego kierunek.
Uważa pani, że PiS otrząśnie się po kryzysie i wróci do dawnych notowań?
Uważam, że PiS może odbudować poparcie. Pogłoski o jego śmierci są na razie mocno przesadzone. Partia nadal ma struktury i silnie związanych z nią wyborców. Nie przywiązywałabym się jednak do konkretnej liczby procentów: wiele zależy od tego, jak poradzi sobie z konfliktem wewnętrznym i konkurencją na prawicy.
Morawiecki również musi określić, co chce dalej robić i w jakiej konfiguracji iść do wyborów. Rozpoznawalność byłego premiera i zaplecze parlamentarzystów są dużym zasobem, ale nie zastępują odpowiedzi na pytanie, po co wyborca ma poprzeć nowe środowisko.
Cechą sceny w przebudowie jest to, że otwierają się możliwości porozumień, które wcześniej wydawały się abstrakcyjne. Nie oznacza to, że wszystkie są równie prawdopodobne.
A jaka byłaby według pani najbardziej abstrakcyjna koalicja?
Partii Razem ze środowiskiem Morawieckiego. To przykład bardzo odległego scenariusza, nie moja prognoza. Można wskazać pewne punkty styczne wokół inwestycji publicznych czy roli państwa w gospodarce, ale od tego do wspólnej listy jest długa droga.
To w ogóle byłoby możliwe?
Nie wykluczałabym współpracy wokół konkretnych spraw. Wspólna lista byłaby znacznie trudniejsza. Prywatne relacje liderów mogą ułatwiać rozmowę, ale nie zastąpią programu ani zgody wyborców.
Widzieliśmy współpracę Pauliny Matysiak i Marcina Horały wokół dużych projektów infrastrukturalnych. To pokazuje, że w określonej sprawie można przekroczyć podziały. Nie jest jednak dowodem, że całe ugrupowania mogą bez przeszkód stworzyć koalicję. Współpraca tematyczna i wspólny start to dwie różne rzeczy.
Czytaj więcej
Partia Razem poinformowała za pośrednictwem mediów społecznościowych, że Paulina Matysiak została skreślona z listy członków ugrupowania. „Liczne p...
Partia Razem wyrzuciła Paulinę Matysiak za to stowarzyszenie.
To pokazuje, jak konfliktowa może być współpraca ponad podziałami. Nie przesądza jednak, że podobne porozumienia nigdy nie powstaną.
Uważam też, że Morawiecki może wrócić do współpracy z PiS. Ale im dłużej będzie narastał konflikt, tym trudniej będzie to zrobić. Z punktu widzenia arytmetyki wyborczej jest to najbardziej oczywiste rozwiązanie, ale w grę wchodzą osobowości liderów, ich ambicje i wzajemne urazy. Po personalnych atakach nawet korzystny ruch może okazać się niewykonalny.
Możliwa jest także próba porozumienia z PSL. Trzeba jednak pamiętać, że wyborcy nie są własnością liderów. Ich poparcia nie da się po prostu zsumować.
Dla rządu byłoby to superniekorzystne. Gdyby partia współrządząca zawiązała na wybory koalicję z partią opozycyjną, ostro krytykującą premiera, to dałaby do zrozumienia, że rząd jest do kitu.
Tak, dla obecnej koalicji byłby to poważny problem. PSL musiałoby wyjaśnić swoim wyborcom, dlaczego odpowiada za rząd, a zarazem szuka partnera wśród jego przeciwników.
Mówię o możliwości przebudowy układu partyjnego. Ugrupowania zagrożone utratą reprezentacji szukają nowych partnerów, czasem poza dotychczasowym obozem. Dla PSL byłby to jednak nie tylko rachunek wyborczy, lecz także pytanie o odpowiedzialność za własne decyzje w obecnej koalicji.
A czy wyobraża sobie pani koalicję przedwyborczą Nowej Lewicy z Partią Razem?
Teoretycznie to znacznie bardziej naturalny scenariusz programowo, choć trudny politycznie. Nowa Lewica odpowiada za udział w rządzie, Razem buduje pozycję przez krytykę jego polityki. Musiałyby wyjaśnić, co je łączy i jak zamierzają rozstrzygnąć tę różnicę.
Lepszy wynik kandydatki Razem niż kandydatki Lewicy w pierwszej turze w Krakowie może wzmacniać zwolenników samodzielnego startu. Nie przekładałabym jednak jednego lokalnego głosowania wprost na wybory parlamentarne. Jednocześnie w mojej ocenie ostatnie wypowiedzi liderek i liderów, zwłaszcza z mównicy sejmowej, raczej zamykają drogę do porozumienia, niż ją otwierają.
Rok 2015 powinien być przestrogą. Razem startowało osobno i nie przekroczyło progu dla partii, a Zjednoczona Lewica nie przekroczyła wyższego progu dla koalicji. W efekcie głosy oddane na oba komitety nie uczestniczyły w podziale mandatów, co zwiększyło udział pozostałych ugrupowań w tym podziale, w tym PiS. Dzisiejsza sytuacja nie jest identyczna, ale ryzyko utraty reprezentacji trzeba brać poważnie.
Czy partia antyrządowa może wejść przed wyborami w koalicję z partią współrządzącą i nie stracić twarzy?
Może, jeśli uczciwie wyjaśni, czego dotyczy porozumienie. Wspólna lista nie musi oznaczać akceptacji całego dorobku rządu, ale nie może być wyłącznie technicznym sposobem zdobycia mandatów. Wyborca powinien wiedzieć, czy te partie zamierzają po wyborach razem rządzić i na jakich warunkach. Poza tym te wybory będą inne niż w 2023 czy 2025 r.
Pod jakim względem?
W latach 2023–2025 mieliśmy kolejne kampanie: parlamentarną, samorządową, europejską i prezydencką. Taki rytm utrzymywał partie w niemal stałej mobilizacji. Teraz mają więcej czasu na zmianę strategii i budowanie nowych konfiguracji. To nie oznacza, że polaryzacja zniknęła albo emocje trwale opadły.
Zmienił się też punkt odniesienia. Rząd będzie oceniany za kilka lat sprawowania władzy, a nie tylko za obietnicę odsunięcia PiS. Prawica będzie musiała ustalić relacje między swoimi ugrupowaniami i prezydentem. Nie wiemy jeszcze, jaki temat zdominuje kampanię. Bezpieczeństwo może pozostawać kluczowe, ale jego znaczenie wyborcze będzie zależało od tego, kto wiarygodniej połączy je z codziennym doświadczeniem obywateli.
Zapewne obserwowała pani wybory na prezydenta Krakowa. Jakie wnioski się pani nasunęły?
Nie przekładałabym tych wyborów wprost na krajową scenę polityczną. Sukces Łukasza Gibały w pierwszej turze pokazuje znaczenie wieloletniej pracy i lokalnego zakorzenienia. Od lat ubiega się o stanowisko prezydenta miasta i pokazuje, jak można głównym graczom politycznym zagrać na nosie.
Czytaj więcej
Dlaczego władze największej partii koalicji rządzącej robią sobie i swoim zwolennikom kolejną krzywdę? Dlaczego ponownie czynią wiele, by ich kandy...
Wynik jest dla partii sygnałem ostrzegawczym. Sama rekomendacja centrali nie zastąpi związku z miastem ani wiarygodności kandydata. W przypadku senator Piątkowskiej mam wątpliwość, czy jej polityczna biografia czyni ją naturalną kandydatką KO. Ale druga tura jest jeszcze przed nami, więc nie ogłaszałabym rozstrzygnięcia.
Chodzi pani o to, że Piątkowska była w wielu partiach, a z KO związała się niedawno?
Tak, chodzi mi o wiarygodność i konsekwencję, choć sama liczba wcześniejszych afiliacji nie rozstrzyga o wartości kandydata. PiS również mogło sięgnąć po bardziej rozpoznawalną osobę, choćby Małgorzatę Wassermann. Spodziewałabym się po niej dobrego wyniku, ale nie można z góry zakładać, jak zachowaliby się wyborcy.
Szerszy wniosek jest taki, że deficyty kadrowe dotykają wszystkich partii. Powinny one reprezentować interesy społeczne, przygotowywać kadry i brać odpowiedzialność za władzę. Są niezbędnymi instytucjami demokracji, a wybory krakowskie pokazały ich słabość.
Kiedyś było takie powiedzenie, że polityk jest jak mucha, można go zabić gazetą. Czy właśnie rewelacji medialnych powinien się najbardziej obawiać Donald Tusk w drodze po drugą kadencję rządów? Bo informacje o Szpitalu Południowym mocno nadszarpnęły wiarygodność jego formacji i sondażowe poparcie.
Nie wyprowadzałabym prostego wniosku, że ta sprawa przesądza o notowaniach KO. Żeby ocenić jej wpływ, trzeba oddzielić go od innych wydarzeń. Zarzuty ujawniane przez dziennikarzy nie uniemożliwiły ani PiS utrzymywania władzy przez osiem lat, ani Karolowi Nawrockiemu wygrania wyborów prezydenckich. W naszych bańkach informacyjnych stajemy się bardziej odporni na zarzuty wobec „swoich” polityków. Nie oznacza to, że informacje nie mają znaczenia. Ich wpływ zależy także od tego, kto je podaje, do kogo docierają i jak są interpretowane.
Czytaj więcej
Sprawa szaleńca z Ukrainy, który doprowadził do śmierci księdza, to zbrodnia. Ale nie powinna zmieniać naszego wsparcia dla ofiar agresywnej Rosji....
Materiał powstaje w jednym medium, jego fragment trafia do mediów społecznościowych, komentuje go polityk, a potem krąży on w grupach i komunikatorach. Po drodze może stracić kontekst albo dostać fałszywy opis. Dlatego ważny jest cały obieg informacji, a nie tylko pojedyncza publikacja. Liczy się również zdolność uruchamiania tego obiegu i narzucania tematów.
Najbardziej obawiam się dezinformacji oraz wykorzystywania sztucznej inteligencji do jej produkcji i rozpowszechniania. Dezinformacja nie zawsze polega na zmyśleniu faktu. Jeśli o Ukraińcach mówimy wyłącznie jako o odbiorcach świadczeń, pomijając ich pracę i wpłaty do systemu, budujemy obraz jednostronnego obciążenia. Taki przekaz może służyć politykom podsycającym antyukraińskie nastroje, w tym radykalnej prawicy. Nie oznacza to, że każda dezinformacja pochodzi z jednego obozu.
Czyli internet może najbardziej wpłynąć na wynik przyszłorocznych wyborów?
Może mieć ogromne znaczenie. Nie oddzielałabym go jednak od rzeczywistości, w której żyją wyborcy. W internecie podsyca się istniejące niepokoje i nadaje im polityczną interpretację. To mam na myśli, mówiąc o wojnie o umysły: walkę o to, co uznamy za zagrożenie, kogo obwinimy i komu zaufamy. Nie chodzi tylko o jeden fałszywy materiał, ale o długotrwałe kształtowanie obrazu rzeczywistości. Ta walka toczy się globalnie. Trzeba odróżniać zwykły spór polityczny, manipulację i zorganizowane operacje wpływu. Nie każde ostre zdanie jest dezinformacją i nie każda dezinformacja pochodzi z zagranicy. Ale wzmacnianie poczucia chaosu może zwiększać atrakcyjność populistów, którzy obiecują prosty porządek. Skutki wykraczają poza jedną kampanię i dotyczą także zaufania do demokratycznych instytucji.
A może nasi wyborcy są impregnowani na informacje płynące z internetu? Bo jednak nie ma przepływu wyborców np. od obozu rządzącego do Korony Brauna, pod wpływem informacji czy dezinformacji.
Brak przepływu do Brauna nie jest dowodem odporności. Oddziaływanie może polegać na zniechęceniu wyborcy do udziału w wyborach. Ktoś nie zmienia poglądów ani partyjnych sympatii, ale dochodzi do wniosku, że wszyscy kłamią, nic się nie zmieni i nie warto głosować. Może też zmienić się hierarchia spraw. Wyborca zaczyna uznawać temat dotąd drugorzędny za najważniejszy albo akceptuje język, który wcześniej budził jego sprzeciw. To również polityczny skutek. Dlatego patrzenie wyłącznie na przepływy między partiami pomija demobilizację, spadek zaufania i przesuwanie granic debaty.
W Krakowie kandydat Brauna na prezydenta dostał 4 proc. poparcia, być może dlatego, że zaczął opowiadać, iż Rosja broni się przed Ukrainą, a przecież wiemy, że Rosja jest agresorem. Może to jest sposób na ludzi Brauna – pozwolić im mówić?
Czyli wierzy pani w rozum. Ja też jestem w tej drużynie. Ale nie zakładałabym, że kompromitujące słowa automatycznie odbierają poparcie. Warto konfrontować takie wypowiedzi z faktami i pokazywać ich konsekwencje. Dla części odbiorców to, co dla innych jest kompromitujące, bywa jednak dowodem, że polityk „mówi to, czego inni nie mają odwagi powiedzieć”. Jednego lokalnego wyniku nie można też uznać za dowód skuteczności uniwersalnej metody.
Czytaj więcej
W najnowszym badaniu CBOS liderem zaufania pozostaje prezydent Karol Nawrocki, który umocnił swoja pozycję na prowadzeniu. Wrzesień przyniósł jedna...
Problem zaczyna się wtedy, gdy język radykalnego ugrupowania przejmują większe partie. Hasło „po co nam ta wojna?” odwołuje się do zrozumiałego zmęczenia, ale może zacierać odpowiedzialność agresora i znaczenie bezpieczeństwa Ukrainy dla Polski. Trzeba odpowiedzieć na ten lęk, a zarazem wyjaśnić konsekwencje proponowanych rozwiązań. Na tym polega normalizacja radykalizmu: najpierw oswajamy język, potem przesuwamy granice dopuszczalnych działań. Nie każdy ostry zwrot oznacza autorytaryzm. Ale kiedy przeciwnik staje się wrogiem, pluralizm przeszkodą, a ograniczenia władzy zbędnym utrudnieniem, mamy powód do niepokoju.
Realne skutki rządzenia i realne kłopoty, które przeżywa władza w sferze finansów publicznych, służby zdrowia, edukacji, nie będą miały wpływu na wyborców?
Oczywiście będą miały wpływ. Do tej listy dodałabym wymiar sprawiedliwości. Obywatel ocenia nie tylko spór o instytucje, lecz również to, czy może skutecznie dochodzić swoich praw. Podobnie w ochronie zdrowia: interesuje go dostęp do leczenia, a nie wyłącznie to, kto wygrał polityczną wymianę zdań.
Rząd odpowiada za jakość rządzenia także wtedy, gdy działa w trudnych warunkach. Wojna, sytuacja międzynarodowa czy blokady instytucjonalne mogą wyjaśniać część ograniczeń, ale nie zastępują oceny decyzji i zaniechań. Wzrostu kosztów życia także nie należy sprowadzać do jednej przyczyny. Dla wyborcy zasadnicze jest jednak to, czy jego sytuacja się poprawia i czy widzi wiarygodny plan. Rozczarowanie nie musi prowadzić do głosowania na opozycję. Może prowadzić do pozostania w domu. W 2023 r. mobilizacja była jednym z kluczowych źródeł zwycięstwa obecnego obozu rządzącego. Jeżeli nie odzyska on zdolności przekonywania własnych wyborców, samo rozdrobnienie prawicy nie zabezpieczy go przed porażką.
Wyborca powinien widzieć, że rząd wie, dokąd zmierza, potrafi wskazać priorytety i bierze odpowiedzialność za ich realizację.
Niższa frekwencja nie zawsze działała na rzecz prawicy.
Tak. Liczy się to, kto przyjdzie do urn i które komitety przekroczą próg. Niższa frekwencja nie działa automatycznie na korzyść konkretnego obozu; istotne jest, w jakich grupach spada.
Wracamy więc do wojny o umysły. Podsycanie niepokojów może mobilizować jednych, a zniechęcać innych. Do udziału w wyborach skłania zarówno nadzieja na poprawę, jak i lęk przed przeciwnikiem. Ale obóz rządzący nie powinien zakładać, że wystarczy ponownie ostrzec swoich wyborców przed PiS. Po kilku latach sprawowania władzy musi również odpowiedzieć na pytanie: co zrobiliście z mandatem, który wam daliśmy?
A co mogłoby przekonać wyborców, żeby chcieli powierzyć władzę Donaldowi Tuskowi na kolejne 4 lata?
Połączenie sprawczości i przewidywalności. Wyborca powinien widzieć, że rząd wie, dokąd zmierza, potrafi wskazać priorytety i bierze odpowiedzialność za ich realizację. Nie wystarczy zapewnienie, że ten obóz jest bardziej racjonalny niż przeciwnicy. Racjonalność musi być widoczna w decyzjach. Potrzebne są konkretne odpowiedzi w sprawie usług publicznych i bezpieczeństwa, a także uczciwe wyjaśnienie, czego nie udało się zrobić i dlaczego. Rozliczenia również mają znaczenie, lecz ich miarą nie może być liczba zatrzymań. Powinny nią być rzetelne postępowania, dowody, odpowiedzialność i poszanowanie procedur. Demokracji nie naprawia się przez przyjęcie zasady, że właściwy cel usprawiedliwia dowolne środki.
Podzielam pogląd, że przyszłoroczne wybory będą najważniejsze od dekad – ze względu na rosnącą siłę Brauna, wojnę i skręt w stronę radykalnej prawicy. Ich stawką jest także kierunek ustrojowy państwa. Trzeba pokazywać konkretnie, co różne większości mogą oznaczać dla kontroli władzy, praw obywateli i miejsca Polski w Europie. Alarmistyczna etykieta nie zastąpi wyjaśnienia tych konsekwencji.
Czy opowieść o tym wystarczy? Bo np. obietnice wyborcze zostały skutecznie ośmieszone za sprawę 100 konkretów na 100 dni.
Sama opowieść nie wystarczy. Komunikacja jest potrzebna, ale nie zastępuje rządzenia. Hasło „100 konkretów na 100 dni” stworzyło oczekiwanie, z którego rząd jest rozliczany. Jeśli zobowiązań nie zrealizowano, trzeba to przyznać i wyjaśnić, zamiast przekonywać wyborców, że źle zrozumieli obietnicę.
Potrzebny jest wybór kilku najważniejszych celów, zrozumiały harmonogram i możliwość sprawdzenia postępów. Rząd powinien umieć pokazać osiągnięcia, ale także nazwać własne błędy. Gdy każdą trudność tłumaczy poprzednikami, prezydentem albo wojną, stopniowo podważa przekonanie, że sam potrafi działać.
Tak samo jest z bezpieczeństwem. Jeżeli zagrożenie jest realne, obywatel powinien usłyszeć, co państwo robi, żeby je ograniczyć. Nie można stale podnosić poziomu lęku i oczekiwać, że wyborcy odpowiedzą zaufaniem. Poczucie zagrożenia bez poczucia sprawczości może służyć właśnie tym, którzy obiecują radykalne rozwiązania.
Obóz rządzący musi więc połączyć dwie odpowiedzi: dlaczego warto bronić demokratycznych reguł i co dzięki skutecznemu rządzeniu poprawi się w życiu ludzi. Jedna bez drugiej nie wystarczy.