Reklama

Pieniny, najpiękniejsze góry świata

Są Pieniny dla miłośników widoków, zabytków, spływów i rydzów – i te dla samotników.

Aktualizacja: 20.05.2016 15:59 Publikacja: 19.05.2016 14:16

Pieniny są maleńkie: Beskidy przy nich to cała prowincja, a Tatry to Himalaje. Ale jednak to one uchodzą za najbardziej przyjazne polskie góry. Są słoneczne i rodzinne. Stwórca cudownie wyważył w nich proporcje między grozą piętrzących się skał i sielanką jak z obrazka na ścianie. Raptem kilkanaście kilometrów wapiennych wzgórz. I cała ta przebogata przyroda, jakby ktoś zamknął u siebie w ogrodzie Półwysep Apeniński. Garść przyrody z Alp, trochę z toskańskich nizin, motyle i skrzące się barwami kwiatów łąki. Trudno zapomnieć te krajobrazy. Trudno tu nie wracać.

Czytaj także

Ja wracam już dobre czterdzieści kilka lat. Kiedyś, przed czterema dekadami, góry rozkładały się jak skrzydła ołtarza po dwóch stronach bajkowej doliny Dunajca. Była dość szeroka, z obu stron pokryte wapiennym kruszywem łąki, a pośrodku bystry potok, jakim była wtedy rzeka. Przepływała przez tradycyjne góralskie wioski z drewnianymi kościółkami, modrzewiowymi chatami i chutorami. Zawsze mnie fascynowało, że wiele z nich nosi poniemieckie nazwy. Dursztyn, Falsztyn, Frydman: ślady po niemieckim osadnictwie z XVI wieku. Nawet nazwa całego regionu nie brzmi całkiem z polska: Spisz. Po łacinie – Scepusium, po niemiecku – Zips. Kto wymyślił obecną nazwę? Węgrzy? Jest taka hipoteza. Przez wieki Spisz był granicą dwóch królestw. Polskiego i węgierskiego. Ale nie tylko one rościły sobie do niego prawo.

Granica była wybitnie urodziwa. To miejsce, gdzie dolina Dunajca zwężała się w wąski przesmyk. Trochę jak Gibraltar, tyle że w górach. Po obu brzegach przesmyku graniczne twierdze. Z jednej polski zamek Czorsztyn, z drugiej – węgierska Niedzica. Oba owiane tysiącem legend. W rycerskim zamku Czorsztyn rezydowali zbóje XVII-wiecznego buntownika Kostki-Napierskiego, którego w końcu wbito na pal w Krakowie, a potem konfederaci barscy. Pod koniec XVIII wieku twierdza zaczęła popadać w ruinę. Dziś w nieco lepszym stanie wciąż straszy wysadzonym w powietrze bastionem, ale przyciąga tysiące turystów.

Po drugiej stronie doliny Niedzica, niegdyś graniczny zamek węgierski. To jedna z najpiękniejszych średniowiecznych twierdz w tej części Europy. Niemal niezniszczona, opromieniona sławą legendy o schowanym gdzieś w jej zakamarkach inkaskim skarbie Tupaca Amaru. W istocie, historycy potwierdzają związki arystokratycznej rodziny właścicieli zamku Berzeviczych z inkaską dynastią panującą, a dodatkowym śladem wydaje się znalezione już w czasach współczesnych pod schodami zamku inkaskie kipu.

Niedzicki zamek to nie tylko perła architektury. To również zachowane bogactwo dawnych wnętrz i cudowna scenografia dla licznych filmów i seriali, do których zamek zawsze miał szczęście. Śmiało rzec można: Polska zna Niedzicę z seriali.

Reklama
Reklama

Nie ma już owego gibraltarskiego przesmyku między garbami Pienin. Dziś oba zamki oraz dwa pasma najpiękniejszych polskich gór oddziela sztuczne jezioro. Decyzję o jego budowie podjęto jeszcze w latach 60., ale dolinę ostatecznie zalano 30 lat później. Dekadę wcześniej jak perskie dywany zwinięto położone nad Dunajcem drewniane wioski. Ludzi wysiedlono, teren zniwelowano, choć nie całkiem dokładnie, bo do dziś czasem w przezroczystej toni jeziora widać resztki zagród, kamienne kuchnie i kominy. A wśród nich uwijają się liny i karasie.

Dziś brzegi jeziora łączą regularne rejsy tramwajów wodnych. U stóp Pienin od wiosny do jesieni połyskują jaskrawą bielą groty i foki żaglówek. Piekące słońce Pienin łudzi, że to nie są polskie góry, ale riwiera pięknej Prowansji czy Kampanii. Tylko widoki, nawet jeśli nie piękniejsze, to bardziej swojskie. Jezioro kończy się niemal u stóp niedzickiego zamku imponującą zaporą. Dalej, za kolejnym – położonym już nieco niżej – zbiornikiem, zaczyna się znów bystra rzeka i najsłynniejszy przełom polskich gór, przełom Dunajca.

Z pewnością gdyby nie szczególny bieg górskiej rzeki piękno tego jedynego w swoim rodzaju krajobrazu nigdy nie miałoby prawa zaistnieć. Podobnie jak Kolorado Grand Canyon Dunajec wyrzeźbił swój przełom w miękkiej wapiennej skale. Łagodne wzgórza Pienin urywają się więc stromo i spadają niemal pionowymi ścianami setki metrów w dół. Rzeka wije się u stóp skał, wybiega do przodu, cofa się, kluczy, zapętla. Wokół arcybogata przyroda, modrzewiowe i sosnowe lasy, tysiące ziół i nieznane nigdzie indziej kwiaty, do tego drapieżne ptaki czatujące na ukryte w spienionych falach Dunajca pstrągi, jelenie, sarny i lisy. Jenoty i rysie. Czasem nawet zagości tu tatrzański niedźwiedź. Pieniny są dla niego oddechem od ostrych tatrzańskich zboczy, jakby szukając odpoczynku, wybrał się do podgórskiego spa.

Przełom Dunajca to nie tylko piękno krajobrazu. To również, a może przede wszystkim, emocje spływu spienioną rzeką. Pienińscy flisacy oferują swoje tratwy już trzecie stulecie. Zaczynali w pierwszej połowie XIX wieku. Dziś to prawdziwy biznes. Setki tratw oraz przystanie po polskiej i słowackiej stronie rzeki. W sezonie niekończące się kolejki turystów i lokalni górale w niebieskich kaftanach. Ze swojską gadką, anegdotą i skrzącym się dowcipem.

To jedna strona Pienin. Park narodowy z wytyczonymi ściśle ścieżkami i legendarnym spływem. Takie Pieniny zna większość Polaków. Szlak wytyczony między Sromowcami i Szczawnicą. Pełno tu ludzi, krzyku i harmidru.

Ale są też inne Pieniny, które kocham znacznie bardziej. Pieniny dla koneserów przyrody i samotników. Nie tak oszałamiająco piękne jak te z okolic przełomu, ale jakże spokojne i bezludne. Nazywa się je spiskimi. Ciągną się w przeciwną stronę niż najbardziej turystyczne pasmo Trzech Koron. Zaczynają się u stóp niedzickiego zamku i wznoszą na zachód w kierunku doliny rzeki Białki. Trudno tu spotkać człowieka. Nawet oznaczenia górskich szlaków giną w przebogatej przyrodzie. Łagodne wzgórza, wilgotne lasy, pokryte Szmaragdową trawą łąki są królestwem ptaków i motyli.

Reklama
Reklama

Jesienią pełno tu pomarańczowego rydza, pewnie najsmaczniejszego z grzybów polskich lasów. Na halach stada owiec i pilnujący ich górale. Wychodzą z owcami wiosną, a wracają późną jesienią. Całe lato palą w górach ogniska, wyrabiają owczy ser i ów szczególny napój, owczą maślankę, która nosi miano żentycy. Autochtoni gór są ludźmi z innej planety. Cudownie się z nimi siada przy ogniu i słucha ich opowieści. A żentyca smakuje jak nic na świecie.

Mają jakiś magnes Pieniny, skoro wracam do nich co roku jak do domu. Wiem, że czekają na mnie moi bacowie ze świeżym serem. Zawsze pytam, czy aby nie przyszły na świat nowe szczenięta. Chwilę rozmawiamy. W rzeźbionym, drewnianym kubku głośno fermentuje maślanka. W lecie idę odwiedzić ukochaną modrzewiową bacówkę nad Falsztynem, a jesienią sprawdzam, czy aby od wiatru nie spadły dachówki w niedzickim zamku.

Znamy się tu już z mieszkańcami, pasterzami, dziewczynami z restauracji Hajduk. Czekają zawsze z węgierskimi plackami i jagnięciną. Wiatr przynosi zapachy jeziora i gór. Czasem wieczorem na dolinę schodzi mgła. Trzeba się wtedy wspiąć nieco wyżej, spojrzeć na ten krajobraz z góry. Wówczas Pieniny są najpiękniejsze. Jak wyspy dryfujące pośrodku oceanu chmur. Pod ich szczytami w schroniskach ludzie. Kładą się właśnie spać. Od stuleci tak samo. Będą śnić o Kostce-Napierskim i skarbie Tupaca Amaru. A nad nimi uroda gór.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Plus Minus
Ksiądz pedofil wykorzystywał Monikę jak tylko mógł. Zmowa milczenia i zaniedbania biskupów
Plus Minus
„Źródło czerni”: Polska w ciemnościach
Plus Minus
„Cartaventura: Lhasa”: Wyprawa po kartach
Plus Minus
„Jay Kelly”: Ostatnia gwiazda kina
Plus Minus
„Wysokie i niskie tony”: Bracia z różnych światów
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama