Gdyby urządzić konkurs na najbardziej modne słowo w biznesie, startup z pewnością miałby duże szanse na podium. Wygląda to tak, jakby z zasobu słów współczesnych menedżerów zniknęły takie sformułowania, jak mała firma czy nowy biznes. Tylko statystycy i osoby nieświadome cyfrowej rewolucji, odcięte od świata informacji, używają jeszcze zwrotów o małych i średnich przedsiębiorstwach. W końcu jeśli wart niemal 70 mld dol. i istniejący od dziewięciu lat Uber uważany jest za startup, może być nim każda firma.

Żyjemy w świecie, gdy nic nie sprzedaje się tak dobrze jak zmiana. Bo zmiana to nowa jakość. Dlatego jeśli przemysł – to tylko 4.0, a jeśli gospodarka – to tylko innowacyjna. Jak gdyby przez dekady gospodarki nie były innowacyjne, a w produkcji zaczęto nagle używać komputerów, oprogramowania i sieci.

Wszyscy chcą inwestować w startupy, a ścieżką kariery po ukończeniu edukacji lub nawet wcześniej jest nie założenie „firmy", ale właśnie „startupu". Ich twórcy liczą na sukces na miarę Marka Zuckerberga (Facebook) czy Travisa Kalanicka (Uber) albo na koncern, który dostrzeże ich geniusz i przejmie za grube miliony dolarów. Sukces odniosą nieliczni, ale nawet niewielka szansa bywa lepszą perspektywą niż żmudne poszukiwanie pracy na tych zachodnich rynkach, gdzie bezrobocie wśród młodych bije historyczne rekordy.

Do tego dochodzą marzenia o gigantycznych stopach zwrotu z inwestycji w małe, prężne firmy. W końcu któraś z nich może być drugim Google'em i nawet jeśli nie zmieni świata, to przynajmniej przestawi gospodarkę jakiegoś kraju na zupełnie nowe, bardziej cyfrowe tory. Polski rząd wycenił tę wiarę na 2,8 mld zł – tyle wart jest bowiem plan wsparcia małych firm Start in Poland ogłoszony w zeszłym roku.

Czy zatem moda na startupy to tylko marketingowy majstersztyk, powszechna wiara w finansowy cud, czy faktycznie rewolucja? —hubs

Plus Minus: Czy istnieje jakaś różnica między firmą założoną przez grupę utalentowanych ludzi, którzy mają świetny pomysł, a startupem?

Zawsze można mieć świetne pomysły. Ale trzeba też mieć jakiś plan i rynek, na którym chce się działać. I rzeczywiście być w stanie zrobić na nim pieniądze. Trzeba umieć przekuć pomysł na rzeczywistość.

Czyli trzeba być przygotowanym do działania na rynku. To wciąż nie jest coś, co różni startup od małej firmy sprzed 20–30 lat. Część z nich również była przygotowana.

To prawda. To, co je różni, to istnienie cyfrowej rzeczywistości. Dzięki niej bariery wejścia na rynek stały się niższe. Nie musisz mieć dużo pieniędzy, żeby założyć startup. Kiedyś było inaczej. Aby zaistnieć w klasycznych branżach – np. w przemyśle maszynowym – potrzebne było dużo pieniędzy. W latach 90., a pracowałem wtedy w małej firmie zajmującej się tworzeniem stron internetowych, stworzenie startupu wciąż kosztowało od 0,5 do 1 mln dolarów. Teraz możesz zacząć z kilkoma tysiącami euro. To wiele zmieniło. Dziś mniej zależy od pieniędzy, kiedyś były one niezbędne. Teraz liczą się wyobraźnia i pomysły. Jeśli je masz, możesz ruszyć do przodu, zakładając firmę świadczącą usługi w sieci lub wymyślając jakiś program.

Ale koniec końców i tak będzie potrzebny kapitał. Co się zmieniło między np. latami 70., gdy fundusze venture capital finansowały rozwój Doliny Krzemowej, a chwilą obecną?

Na początku nie potrzebujesz pieniędzy. Jeśli masz dobre pomysły, to zaczniesz szybko robić pieniądze.

Czym różni się więc Atari Nolana Bushnella z lat 70. od Ubera Travisa Kalanicka stworzonego ponad 40 lat później?

Teraz możesz łatwo sprawdzić swój model biznesowy, zarobić trochę pieniędzy, pokazać, że masz dobry pomysł, i dopiero wtedy pójść szukać pieniędzy na rynku, np. w funduszach venture capital.

Wtedy też można było tak zrobić.

Niekoniecznie. Dużo łatwiej zacząć działać na skalę globalną. W internecie już nie potrzebujesz tyle pieniędzy.

Czyli z definicji startup to przedsiębiorstwo, które musi działać w internecie?

Cóż, tam są niskie bariery wejścia. Łatwo zacząć. Na przykład jeden z naszych klientów z branży chemicznej potrzebował inwestycji w budowę laboratorium. W tej branży dużo trudniej zacząć, bo potrzebujesz pieniędzy od początku.

Jaka jest więc pańska definicja startupu?

To firma, która nie jest starsza niż dwa–trzy lata, wymyśla lub rozwija nowe produkty lub usługi.

Wiele ludzi uważa za startup Ubera. To trochę starsza firma, a po kilku latach warta była już ponad miliard dolarów.

W jej przypadku mamy do czynienia z rzucaniem wyzwania istniejącemu modelowi biznesowemu w branży taksówkowej.

Czyli startup musi być innowacyjny.

I musi działać w branży cyfrowej.

Czy istnieje więc jakaś różnica między firmą założoną przez grupę utalentowanych ludzi, którzy mają innowacyjny pomysł na przykład na nowatorskie opakowania, a więc nie są z branży cyfrowej, a start-upem?

To zależy, jak to zdefiniujemy.

Szczerze mówiąc, wszystko to brzmi dla mnie trochę jak próba definiowania przedsiębiorczości.

Myślę, że mamy teraz do czynienia z tym, że bycie przedsiębiorcą jest trendy. Każdy nazywa swój nowy biznes startupem. Sporo też jest osób, które chciałyby zostać przedsiębiorcami. Posiadanie startupu stało się modne.

W ostatnich latach pojawiło się też na rynku dużo pieniędzy. Trudniej trochę znaleźć dobre sposoby ich inwestowania. Bezpieczne inwestycje, jak lokaty bankowe, nie przynosiły wysokiej stopy zwrotu. Przybyło więc pieniędzy na finansowanie startupów.

Podobnie było na przełomie wieków z bańką na rynku internetowym.

Tak. Miałem wówczas własną firmę. Udało nam się pozyskać niezłe pieniądze.

Może więc sytuacja jest podobna?

Widzę dwa powody, dla których jest teraz tyle startupów. Wspomniane niska bariera wejścia na rynek oraz łatwy dostęp do kapitału, bo jest go mnóstwo.

Internet i przestrzeń cyfrowa sprawiły, że łatwiej wejść na rynek. Ale równocześnie łatwo kopiować cudze pomysły.

Wszystko co cyfrowe stało się częścią globalnego rynku. Łatwo więc skalować biznes – można być małym, ale też działać globalnie. Oznacza to ryzyko bycia skopiowanym, ale jednocześnie ludziom udaje się zarabiać pieniądze na kopiowaniu pomysłów. Przykładowo w Niemczech działa spółka, która w zasadzie kopiuje pomysły sprawdzone w Stanach i wprowadza je na rynek niemiecki.

Ale nie daje to takiego efektu skali, a ten jest ważny w prowadzeniu biznesu.

Nie, ale ujednolicenie rynku europejskiego to najlepsze, co można zrobić dla przedsiębiorczości w Europie. Jeśli chcę działać w innym kraju, to zaczynam napotykać problemy. Na przykład Niemcy mają inne reguły podatkowe niż Polacy, inne prawo pracy, inne zasady dotyczące bezpieczeństwa danych. Trzeba sporo wysiłku, by zacząć prowadzić biznes w innym kraju. W Stanach Zjednoczonych jest znacznie prościej – od razu ma się dostęp do rynku liczącego 250 mln osób.

Coraz częściej zdarza się, że duże koncerny, które z racji wielkości są mało innowacyjne, szukając nowych pomysłów, decydują się na przejęcie dynamicznych startupów. Czy jesteśmy świadkami nowego modelu biznesowego dużych firm?

Tak, jest to coraz częstsze. Pomagamy swoim klientom przeprowadzać takie transakcje. Korporacje mają tzw. strategie innowacyjne, w których określają miejsca na rynku istotne dla ich rozwoju. Nie można być dobrym we wszystkim, skupiasz więc swoją energię na konkretnym obszarze. I tylko tam szukasz innowacji. Widziałem firmy, które próbowały zupełnie różnych rozwiązań innowacyjnych, wyniosły naukę z porażek, ale nie mają jak tej wiedzy zastosować, bo dotyczyła szerokiego spektrum pomysłów. Gdy skupiasz się tylko na wybranych obszarach, każda innowacja staje się sukcesem, bo dzięki niej uczysz się czegoś, co możesz wykorzystać, by twój kolejny produkt był lepszy.

Jakich innowacji szukają korporacje?

Można w uproszczeniu zauważyć dwa ich typy. Jeden z nich to te zbliżone do twojego istniejącego biznesu, a drugi to innowacje, które zagrażają twojemu biznesowi. Jeśli spojrzymy na korporacje, to potrafią one wprowadzać innowacje bliskie ich podstawowej działalności, ale bardzo trudno im wymyślić takie, które stanowią zagrożenie dla ich obecnych źródeł przychodów. Jednym ze sposobów, by wymyślać takie innowacje, jest przejmowanie startupów. Nie ma wiele przykładów koncernów, które były w stanie stworzyć innowacje pożerające ich obecnie istniejący biznes. Jednym z takich przykładów jest Apple, który wprowadzając iPhone'a, zniszczył swój biznes związany z iPodem, bo iPhone oferował również jego funkcjonalności.

Dla wielu koncernów bycie innowacyjnym jest trudne. Między innymi dlatego, że innowacje wymagają zastosowania zupełnie innych zasad niż te, które firmy wykorzystują w swym obecnym biznesie. Zwykle muszą zarządzać na bieżąco biznesem, utrzymywać niskie koszty i jeszcze na tym zarabiać. Tworząc innowacje, trzeba eksperymentować, a nie możesz eksperymentować na swoim obecnym biznesie. Do obu tych działalności zastosowanie mają zupełnie różne zasady działania i niektóre firmy nie są w stanie tego pogodzić. Dużo łatwiej w ich przypadku przejmować startupy, które już eksperymentowały i sprawdziły swój pomysł.

Austriacki ekonomista Joseph Schumpeter zbudował model, w którym wyróżnił m.in. wynalazki – np. opracowanie w laboratorium nowego materiału, oraz innowacje, czyli stworzenie produktu na bazie wynalazku. Czyli wynalazek to np. nieprzemakalny materiał, a innowacja to płaszcz przeciwdeszczowy, który zrobiony jest z tego materiału. Trzecim krokiem w innowacjach jest połączenie obu tych elementów – masz już produkt, teraz musisz sprawić, by wszyscy, którzy mogliby go kupić, mieli taką możliwość. Potrzebujesz więc dystrybucji, logistyki, marketingu, działu sprzedaży itd.

Niewiele jest tak naprawdę firm, które odnoszą sukces na wszystkich tych trzech etapach rozwoju innowacji. Istnieje więc sens biznesowy w przejmowaniu startupów przez koncerny jako sposobie wprowadzania innowacji. To normalna praktyka np. w Dolinie Krzemowej. Innowacje to cały ekosystem – potrzebni są tu wynalazcy, potrzebne są startupy i niezbędne są koncerny.

Może powodem powstawania tylu startupów jest kłopot młodych ludzi w wielu krajach Zachodu ze znalezieniem pracy?

Rzeczywiście, studenci po skończeniu uczelni wyższych mają problem ze znalezieniem pracy w korporacjach. Nie ma już tylu miejsc co dawniej. Jako profesor uniwersytetu w Amsterdamie obserwuję, że od kilku lat coraz więcej studentów decyduje się na założenie własnej firmy. Dużo pieniędzy na rynku, coraz niższe bariery wejścia nań i coraz mniej pracy stawiają przed nimi pytanie, co mają dalej robić. Ale to się może zmienić, gdy firmy znowu zaczną więcej zatrudniać i więcej wydawać na innowacje.

W książce „Drugi wiek maszyn" Erik Brynjolfsson i Andrew McAfee z MIT zastanawiają się, czy wykorzystywanie IT do zwiększenia efektywności firm faktycznie przynosi skutki. Firmy bowiem się rozwijają, ale nie zatrudniają już więcej osób, bo zastępują ich pracę rozwiązaniami informatycznymi. Ale myślę, że kolejne zmiany przed nami. Firmy mogą być znacznie mniejsze, jeśli bardziej inteligentnie będą korzystały z rozwiązań IT. Możliwe więc, że koncerny będą się kurczyły, i możliwe, że będą wykorzystywały przejęte startupy do oferowania swoich usług na lokalnych rynkach, bo w dzisiejszych czasach dużo łatwiej współpracować w skali globalnej.

Możliwe, że właśnie rodzi się model, w którym łatwiej zlecać wykonanie niektóre zadań innym firmom, niż robić to samemu. Co oznaczałoby, że pojawiają się nowe możliwości dla startupów, które będą robiły wyspecjalizowane rzeczy.

W internecie wiele usług tworzonych jest np. przez dziesięć współpracujących ze sobą firm. Każda pełni inną rolę w łańcuchu wartości końcowej. Wykształcił się zupełnie nowy ekosystem, bo jesteśmy obecnie dużo lepiej ze sobą skomunikowani. Koncerny nie muszą być już wielkie, by działać globalnie. Można być globalnym graczem od początku.

Biorąc to wszystko pod uwagę, czy obecnie łatwiej czy trudniej być innowacyjnym? W końcu każdy chce być innowacyjny, dzięki internetowi jest to łatwiej osiągalne, ale równocześnie przybywa firm, które rywalizują na pomysły. Konkurencja rośnie.

Tak i nie. W branży komputerowej istnieje prawo Moore'a. Zakłada ono, że liczba tranzystorów w procesorach podwaja się co dwa lata. Z mniejszymi lub większymi zmianami obowiązuje ono od 1968 r. Inżynierowie stają więc ciągle przed tymi samymi wyzwaniami. Czy można coś zminiaturyzować? Zrobić taniej? Przyspieszyć? Możliwe, że coś, czego nie możemy zrobić obecnie, uda nam się zrobić jutro albo za rok. Wydaje się więc, że w przyszłości w przestrzeni cyfrowej będzie wystarczająco dużo miejsca na nowe pomysły. Kolejne innowacje będą możliwe, bo technologia będzie umożliwiała nam robienie rzeczy, których nie możemy zrobić teraz. Co więcej, trudno sobie obecnie wyobrazić, jakie to będą rzeczy. Tym bardziej że od pewnego czasu przestrzeń cyfrowa i realna stają się coraz bardziej splecione – np. druk 3D to przejście z formy cyfrowej do fizycznej, a w przypadku tzw. internetu rzeczy (łączenie się urządzeń – np. termostatów, lodówek, sygnalizatorów świetlnych – z siecią) na odwrót – przechodzimy ze świata fizycznego do cyfrowego. Jak widać, reguły się zmieniają, a zasady obowiązujące w świecie cyfrowym można już stosować w świecie rzeczywistym.

Wracając do grupy młodych utalentowanych ludzi, którzy mają innowacyjny pomysł i chcieliby rozwinąć globalny biznes. Gdzie czyhają pułapki, a co jest dla nich szansą?

Zagrożeniem może być to, że jak już masz pomysł, nagle odkrywasz, że wcale nie jest on najlepszy albo że trudno na nim zarobić. Trzeba bardziej myśleć w kategorii: to jest branża, w której chcę działać, a nie: to jest mój pomysł i on koniecznie musi wypalić.

Tyle że nie zawsze zwycięzca wymyśla innowację. Czasami ją kupuje albo ulepsza coś, co już istnieje.

Fakt, na przykład Apple nigdy nie wprowadzał na rynek produktu, którego by już na nim nie było. iPod mógł być setnym dostępnym odtwarzaczem MP3 na rynku, iPhone nie był wcale pierwszym smartfonem, ale to Apple jest świetny w tworzeniu interfejsu użytkownika i budowaniu wokół niego całego ekosystemu rozwiązań. Jakkolwiek by patrzeć, musi istnieć jakaś wewnętrzna jakość, którą trzeba osiągnąć, aby odnieść wielki sukces.

Ale Apple to korporacja, a w obecnych cyfrowych czasach to małe firmy są bardziej innowacyjne.

Innowacyjność to jedna z przewag startupów. Choćby dlatego, że nie wystarczy pomysł. Trzeba jeszcze eksperymentować w poszukiwaniu najlepszych rozwiązań. A każdy pomysł związany jest z założeniami – np. że jesteśmy w stanie zrobić produkt, że będzie atrakcyjny dla klienta, że będziemy w stanie go sprzedać. Jedynym sposobem sprawdzenia, że to, co wymyśliliśmy, będzie działać, jest testowanie. W efekcie innowacji nie tworzy się tylko przez myślenie, ale i przez działanie. Dlatego korporacjom trudniej być innowacyjnymi – nie mają wystarczającej przestrzeni do eksperymentowania. Stworzyły wiele zasad, które utrudniają takie działanie.

W życiu każdej małej firmy, która ma dobry, innowacyjny produkt, przychodzi taki moment, kiedy potrzebuje ona zastrzyku gotówki. Często zderza się z wyśrubowanymi wymaganiami potencjalnych inwestorów. Wymagają oni choćby wysokiej stopy zwrotu z inwestycji.

Tak naprawdę nikt do końca nie wie, która firma i jaki pomysł odniosą sukces. Zwykle inwestorzy budują portfolio potencjalnych interesujących inwestycji, czasami dotyczy ono określonego rynku. Na przykład szacuje się, że dana branża będzie się rozwijała w tempie 40 proc. rocznie, teoretycznie każdy startup będzie się rozwijał w tym tempie, a to całkiem szybko. Inwestor jednak nie ma na to gwarancji, wykupuje więc udziały w pięciu czy dziesięciu startupach, licząc, że jeden z nich okaże się zwycięzcą na tym rynku.

Dr Han Gerrits jest partnerem w KPMG w Holandii, wykłada na Uniwersytecie Vrije w Amsterdamie. W 2005 r. założył firmę Innovation Factory, przejętą później przez KPMG.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95