Dawniej sierpień był szczytem sezonu ogórkowego. Pogoda była bardziej stabilna niż w lipcu, mniej było dni burzowych, wszyscy wyjeżdżali na urlopy, media nie miały o czym mówić i pisać. Ale to wszystko przeszłość, bo zmiany klimatyczne widać już gołym okiem. Tegoroczny sierpień jest okresem gwałtownych zjawisk meteorologicznych, pogoda jest zmienna jak w kalejdoskopie. Wiedzieliśmy oczywiście o tym, że burze bardzo denerwują zwierzęta domowe, zwłaszcza psy i koty. Nowym odkryciem jest jednak to, że wywołują również stany lękowe i nerwowe reakcje wielu polityków, być może solidaryzujących się z kotami w ramach „pakietu dla zwierząt".

Trochę strach pisać ten felieton: robię to w środę rano, a zanim się ukaże, może wydarzyć się tyle nowych rzeczy! Premierzy i ministrowie mogą dowiedzieć się z TVN24, że podali się do dymisji (co pokazuje, jak ważne jest, by ta stacja znajdowała się w polskich rękach, bo premierzy nie powinni być powiadamiani o swojej dymisji przez zagraniczne media). Rosja i Chiny mogą podstępnie wstąpić do OECD i zalać Polskę pieniędzmi z handlu narkotykami (sądząc po wypowiedziach niektórych polityków, samo zalanie naszego kraju narkotykami już musiało mieć miejsce). Możemy też znienacka zaatakować znajdujące się w Polsce amerykańskie bazy i rozpocząć wojnę z USA. Nie byłoby to wcale działanie szaleńcze, jeśli tylko przypomnieć sobie poradę z czasów komunistycznych: w celu szybkiej poprawy sytuacji gospodarczej należy wypowiedzieć wojnę USA i następnego dnia się poddać.

Ekonomista nie może oprzeć się wrażeniu, że u podstaw całej tej nerwowości leżą kłopoty gospodarcze. Mimo rządowego optymizmu w gospodarce nie widać zdecydowanego przełomu, wyhamowanie programu szczepień powoduje, że realna staje się perspektywa kolejnego lockdownu, oczekiwane pieniądze z Unii nadal leżą zablokowane w Brukseli, sytuacja finansowa państwa pogarsza się (mimo humorystycznych komunikatów o rzekomej nadwyżce w budżecie), z miesiąca na miesiąc wzrasta inflacja.

Rządzący postanowili śmiało rzucić wyzwanie tym kłopotom i ogłosili Polski Ład, program na którym 90 proc. Polaków ma wiele zyskać, a straci tylko garstka bogaczy. Im bardziej jednak wczytywać się w ten program, tym bardziej widać, że zyski będą znacznie mniejsze, a straci pewnie około połowy podatników. Ale największym problemem jest i tak nowy, dotkliwy podatek, dotykający niemal wszystkich: podatek inflacyjny, który zabiera rocznie 5 proc. dochodów i oszczędności.

Inflacja? Prezes NBP twierdzi, że nie ma takiego problemu. A jeśli nawet jest, to bank centralny i tak nic nie może na to poradzić. Premier cierpliwie tłumaczy, że nie ma żadnego problemu inflacji, skoro płace rosną szybciej od cen. Ale problem jest. I jest głównie skutkiem prowadzonej od lat polityki gospodarczej: stymulowania popytu konsumpcyjnego, bardzo silnego wzrostu płacy minimalnej, ograniczania zachęt do pracy, niskich inwestycji, błędów w polityce energetycznej, dziwacznych komunikatów NBP, zerowych stóp procentowych.

Szczerze mówiąc, na miejscu rządzących bardziej bałbym się inflacji niż piorunów.