Dostęp do globalnej sieci jest w Korei Północnej ściśle ograniczony. Szacuje się, że poza Koreę może sięgnąć zaledwie około procenta populacji. Jednak do wewnętrznej sieci dostęp ma już znacznie więcej osób. Niezależnie od tego, Korea pewne punkty styku z światową siecią ma i pozwalają one nie tylko na dostęp, ale także na obserwację tego, co w północnokoreańskiej sieci piszczy.

Wygląda na to, że w czwartek 17 listopada sieć Korei Północnej nawiedziły co najmniej dwie fale awarii osiągając szczyt w odcięciu tego kraju od globalnej sieci i zawieszając też jej działanie wewnątrz kraju. Tak przynajmniej twierdzi Junade Ali, zajmujący się badaniem sieci i serwerów pocztowych.

- To nie jest tak, że wyłączony jest pojedynczy serwer WWW. Obciążenie sieci jest tak duże, że ich serwery DNS zostały wyłączone, a to ostatecznie kluczowe routery całkowicie zezwalające na ruch do i z kraju – powiedział Reutersowi badacz.

Czytaj więcej

Kto mieczem wojuje... Amerykański haker zemścił się na Korei Północnej

Zauważył, że strony MSZ i oficjalnego portalu Naenara wydawały się dostrzegać ciężar ataku nim zostały całkowicie wyłączone. W skutek awarii zostały wyłączone strony północnokoreańskich linii lotniczych czy dostawcy poczty e-mail.

Awaria internetu zbiegła się z wystrzeleniem przez Koreę Północną kolejnej próbnej rakiety balistycznej, co jak zwykle zaostrzyło sytuację polityczno-militarną w regionie. W przypadku takich prób w Korei Północnej bywają normalne przerwy w dostawach prądu, co oczywiście nie pozostaje bez wpływu na działanie internetu i dostępie do sieci komórkowej (z telefonów komórkowych korzysta już nawet 7 mln mieszkańców Korei Północnej). Jednak Junade Ali sądzi raczej, że obecne awarie są efektem ataku DDoS.

- Z mojego doświadczenia i tego, co widziałem wcześniej podczas monitorowania ich sieci, byłbym zaskoczony, gdyby to nie był atak – stwierdził Ali.