Bar Rybny u Basi istnieje od wielu lat. Mąż pani Basi Dziuby jest rybakiem. Co wyłowi, żona gotuje. Nigdzie nie jadłam takiego rosołu z młodych węgorzy – to esencjonalna zupa z makaronem i pierścionkami młodych, tłustych ryb. Jadłam tu świetne dania garmażeryjne – sandacza w occie, ryby w galarecie i w warzywach. A na obiad dorsz, sandacz i okoń.

Słodkowodne ryby jadłam też w Młynie w Klekotkach na Warmii. Luksusowy obiekt na odludziu poza spa i centrum konferencyjnym, gdzie pod jedną z sal płynie rzeka, którą można oglądać przez szybę w podłodze, oferuje dobrą lokalną kuchnię, domowy chleb i na miejscu wędzone jeziorne ryby.

Wędzenie to gotowanie ryb na parze. Do ognia dodaje się wiórki różnych drzew, np. do pstrąga drewno śliwy i gałązki jałowca, a do karpia gruszę i olchę oraz gałązki świeżego świerku.

Szef kuchni Mirosław Andrzejewski dba nie tylko o smak, ale i odpowiedni efekt. Pod kieliszek przykrywający tatara z pstrąga wtłacza dym z jałowca. Taki tatar to rzadkość.

Jadłam tu także jędrne i odpowiednio kwaśne śledzie z sałatką z jabłka, ogórka i liści kolendry oraz najlepszą w życiu zupę szczawiową ze szczawiu łąkowego.

Z ryb podawane są tu karp, szczupak i sandacz. Zaprzyjaźnione gospodarstwo rybne dostarcza m.in. sieje, sielawy, liny i leszcze oraz węgorze. Na miejscu pieczony jest też chleb. Próbowałam połączeń – chleba z lawendą i grahama z orientalnymi dodatkami (m.in. kardamonem i cynamonem), a także pierogów z ciasta chlebowego z kaszą gryczaną i serem.To jednak ryby najbardziej utkwiły mi w pamięci..