Jego kariera przypomina disnejowską bajkę – od chłopięcego boysbandu do szczytów muzyki pop, a w międzyczasie filmy (świetna rola w „The Social Network" Davida Finchera), reklamy, celebryckie związki (z Cameron Diaz czy Milą Kunis), ale też poważny biznes – ambitnie podjął się reanimacji dogorywającego portalu muzyczno-społecznościowego MySpace.
Od wydania albumu
upłynęło prawie siedem lat. Dla niektórych taka przerwa byłaby zabójcza. Stracił tytuł „złotego dziecka popu". Są młodsi (Justin Bieber) i bardziej wszechstronni (Frank Ocean). I zmienił się sam pop. R'n'b stracił wpływy na rzecz neosoulu. Gitary odeszły do lamusa. Hip-hop jest mocniejszy niż kiedyś, a w klubach rządzi ciężka elektronika.
Wizerunek roztańczonego sexy kochanka zamienił na sexy męża (w 2012 r. wziął ślub z aktorką Jessicą Biel). Trudno mu konkurować z kampową wyobraźnią Nicki Minaj i jej softpornograficznymi klipami. Nowa płyta „The 20/20 Experience" brzmi więc jak bezpieczne i mądre rozwiązanie. Rozsądek podpowiada: skoro już nie dyktujesz mody, zwróć się w stronę retro. Singiel „Suit & Tie" wypuszczony w styczniu był zwiastunem przemiany we Franka Sinatrę XXI wieku. Teledysk wyglądał niczym promocyjny klip do serialu „Mad Men". Zamiast białych adidasów i luźnych ciuchów – lakierki i smoking.
Każdy producent muzyczny wie, że dwa pierwsze utwory mogą przesądzić o całej płycie. Na „The 20/20 Experience" początkowe 15 minut zapowiada coś świetnego. Wielobarwne „Pusher Love Girl", zaśpiewane falsetem w stylu Prince'a, płynnie łączy się z „Suit & Tie", które w tym towarzystwie brzmi jeszcze lepiej i przywodzi na myśl kompozycje Marvina Gaye'a. Fantastycznie wypada również „That Girl".
Zdarzają się jednak bezbarwne partie i wpadki. Słabiej – co ciekawe – wypadają fragmenty, w których wokalista i odpowiedzialni za produkcję albumu Timbaland i J-Roc oglądają się w muzyczną przeszłość. Niewątpliwą pomyłką jest „Mirrors", brzmi jak zapowiedź reaktywacji 'N Sync, boys-bandu, w którym Justin zaczynał karierę. Salsoidalne „Let the Groove In" można by bez żalu oddać Shakirze. Z kolei „Tunnel Vision" puszcza oko do tych słuchaczy, którzy tęsknią za parkietowymi przebojami pokroju „My Love". Udało się tylko połowicznie.
powrotu na szczyt raczej nie zapewni. Może być jednak tego zwiastunem – odświeży pamięć fanów i krytyków, wybada nastroje. Teraz czas na prawdziwy hit. Taka sytuacja wydaje się możliwa, bo podobno nowa płyta to tylko połowa nagranego materiału. Druga część ma się pojawić jeszcze w listopadzie. Pytanie tylko, czy Timberlake postawi całkowicie na muzykę, czy może znowu zanurzy się w celebryckie życie. Trudno być królem na pół gwizdka.