Z pewnej perspektywy to całkiem rozsądna strategia biznesowa: otóż klient jest nieawanturujący się, pomimo braku krawata, gdyż zrelaksowany urlopowo. Najpewniej nie wróci więcej w ten zakątek, więc po co budować przywiązanie i lojalność. Napiwków chętnie nie daje (po co szarpać portfelem, skoro i tak tu nie wrócę?), więc trudno z obsługi wykrzesać jakikolwiek entuzjazm do pracy w upale. Letnicy wyboru wielkiego nie mają, zatem sala w porach posiłków i tak zawsze się zapełnia. Sytuacja wydaje się patowa. Żadna ze stron nie wykazuje woli przełamania impasu. Chciałoby się powtórzyć: „premierze, jak żyć?!".

Na szczęście, zgodnie z powiedzeniem, że „tylko zdechłe ryby płyną z prądem", coraz częściej pojawiają się miejsca zaprzeczające ogólnym trendom. I jakimś cudem okazuje się, że „świeża rybka" nie musi być mrożona, towarzyszące jej frytki niekoniecznie przesypywane z oszronionego plastikowego worka wprost do zmęczonej frytury, a repertuar dodatków pochodzić z najmodniejszych obecnie formatów handlowych zwanych dyskontami. I o ile w przypadku nadmorskich smażalni i karczm góralskich dostosowujących zazwyczaj skromnie poziom cen do zawartości talerzy to uchodzi, o tyle w wielogwiazdkowych hotelach z równie wielogwiazdkowymi cenami ten grzech widać jeszcze jaskrawiej.

Na nic tu kompleksy, ponieważ nawet we Francji, dumnie obwołującej się panią światowych kulinariów, zdobywanie plaż Normandii czy Lazurowego Wybrzeża wymaga nie lada determinacji i niejednokrotnie kończy się frustracją oraz bezpodstawnym przegrzaniem talii kart kredytowych. Legendarna już arogancja francuskiej obsługi wpisuje się w abnegację znakomitej większości kucharzy. Zjedzenie godziwego posiłku wymaga nie lada zabiegów detektywistycznych, niezależnie od przeznaczonego nań budżetu. Pokusa skorzystania z podpowiedzi jest zatem w pełni uzasadniona, zwłaszcza że stara zasada, by jadać tam, gdzie tubylcy, tutaj nie działa. W kurortach bowiem tubylców jak na lekarstwo! Najciekawsze kulinarnie miejsca zaś bywają ulokowane poza mocniej wydeptanymi ścieżkami.

Inspektorzy „Żółtego przewodnika", mężnie kładąc na szali swoje wątroby, przemierzają setki restauracji w najdalszych nawet zakątkach kraju, co jakiś czas odkrywając miejsce warte grzechu obżarstwa. Bywa, że nawet na miarę uczty królów, czego zachwycającym przykładem jest restauracja Bogdana Gałązki usytuowana wprost na dziedzińcu zamku w Malborku. Opisywanie takich perełek to największa radość, zwłaszcza po sprawdzeniu ich bliższego i dalszego otoczenia. I aż strach, że nieświadomy różnicy turysta trafi pod niewłaściwy adres.

Malborski Gothic, dzięki uroczemu żartowi kilku podróżujących pendolinem szefów kuchni (i niżej podpisanej), postanowił dostarczać swoje kultowe już naleśniki z serem i owocami na życzenie wszystkich podróżujących. Pasażerowie jadący trasą Warszawa–Gdynia mogą zamówić przez telefon te świeżo wysmażone pyszności i odebrać je w drzwiach pociągu na stacji Malbork. Kulinarne wakacje czasami można zacząć jeszcze przed zakończeniem podróży!

Autorka jest redaktor naczelną „Żółtego przewodnika Gault & Millau"

Rekomendacja „Rz"

Dziś – doskonałe restauracje tam, gdzie się ich nie spodziewaliście. Więcej na rp.pl/styl oraz w „Żółtym przewodniku".

- Luneta & Lorneta, Ciekocinko

- Gothic, Malbork

Autopromocja
Instytut monitorowania mediów, Raport NOM

"Rzeczpospolita" najbardziej opiniotwórczym medium prasowym 2021 roku

CZYTAJ WIĘCEJ

- Lechalet, Murzasichle

- Chata Wędrowca, Wetlina

- Malika, Gdynia