– Kodeks nie przewiduje uproszczeń, nawet w tak olbrzymiej sprawie – mówi „Rzeczpospolitej" sędzia Tomasz Adamski, rzecznik gdańskiego sądu, tłumacząc to, co stało się w poniedziałek podczas ogłaszania wyroku skazującego Marcina P. i jego żonę Katarzynę.
Sądowy maraton
Problem w tym, że sędzia inaczej niż prokuratura w akcie oskarżenia opisała przestępstwo. W efekcie – jak podkreśla sędzia Tomasz Adamski – sąd „musi odczytać cały wyrok, w tym czyny przypisane oskarżonemu (dalej kwalifikację tych czynów, a następnie podstawę i wymiar kary i inne rozstrzygnięcia)".
Wtedy kiedy sąd zmienia opis czynu – na nowo opisuje czyny przypisane wyrokiem, odczytuje w całości swoje ustalenia – to wymóg prawny, od którego kodeks postępowania karnego nie przewiduje odstępstw.
– W tym wypadku nie chodzi zatem o samo odczytywanie nazwisk, ale odczytanie opisu na nowo opisanego przestępstwa. Taka jest bowiem treść wyroku, który musi być odczytany do ostatniej kropki – przekonuje sędzia Adamski.
W efekcie zmian, jakie sędzia wprowadziła w opisie czynu, ogłaszanie wyroku może potrwać nawet kilka miesięcy, dodatkowo może się jeszcze wydłużyć, jeśli sąd – czego należy się spodziewać – zasądzi również dla każdej z osób naprawienie szkody – wtedy będzie musiał wskazać, jaką każdy z pokrzywdzonych powinien dostać od Marcina P. kwotę. Można więc śmiało zaryzykować twierdzenie, że będzie to najdłuższy wyrok w historii polskiego sądownictwa.
Sędzia Adamski podkreśla, że jedyne odstępstwo od wymogu odczytania całości wyroku jest wtedy, gdy sąd zgadza się z oskarżeniem – wtedy może pominąć treść zarzutów oskarżenia, czyli to, co zostało ujęte w części wstępnej – przytoczenie zarzutów z aktu oskarżenia.
Tak się stało w sprawie podobnej piramidy finansowej – spółki Finroyal – która oszukała 1600 klientów. Jej właściciel Andrzej K. w lutym tego roku usłyszał wyrok, ale choć liczył on 116 stron, sąd zdołał go ogłosić w trzy godziny. Sędzia odczytał bowiem tylko 50 stron z wyroku, bo ten był zgodny z treścią zarzutów prokuratorskich, więc sąd nie musiał ich powielać w wyroku – a tylko stwierdzić, że uznaje oskarżonego za „winnego zarzucanych mu czynów w punkcie od – do".
Jak mówi sędzia Marek Poteralski, rzecznik Sądu Okręgowego we Wrocławiu, jest to zgodne z przepisami i ułatwia ogłaszanie wyroków z dużą grupa czynów lub pokrzywdzonych.
– Najwięcej czasu z trzygodzinnego ogłoszenia wyroku zajęło wymienienie pokrzywdzonych osób, którym musi zostać naprawiona szkoda – mówi sędzia Poteralski.
Andrzej K. został nieprawomocnie skazany na 10 lat za oszustwo na ponad 100 mln zł.
Na jaką karę gdański sąd skazał Marcina P.? Trudno stwierdzić. W mowie końcowej łódzka prokurator Izabela Janeczek wnioskowała dla oskarżonych o karę po 25 lat więzienia (Marcin P. w areszcie przebywa już od połowy 2012 r., Katarzyna P. – rok krócej), obrona P. chciała uniewinnienia. Żadne z nich nie pojawiło się na ogłoszeniu wyroku.
Rząd się spóźnił
Prokuratura uważa, że „modyfikacja opisu czynu jest kosmetyczna". Wygląda na to, że że to rząd spóźnił się ze zmianami w prawie, które miały nie dopuścić do takiej sytuacji.
Projekt nowelizacji, który pozwoli sędziemu skrócić odczytywanie litanii pokrzywdzonych, wpłynął do Sejmu dopiero pod koniec lutego, a dopiero w poniedziałek omawiała go specjalna sejmowa komisja.
Prof. Zbigniew Ćwiąkalski, były minister sprawiedliwości, zgadza się, że według obecnych przepisów nie można było tego uniknąć, a „sędzia nie miała wyboru". Ale od dawna było wiadomo, że proces Amber Gold się toczy.
– Ministerstwo Sprawiedliwości miało czas i powinno dawno zająć się przyspieszeniem i usprawnieniem postępowania karnego, a nie walką z konstytucją i sędziami – twierdzi prof. Ćwiąkalski. Jego zdaniem „odczytywanie 18 tysięcy nazwisk osób pokrzywdzonych jest żałosne, to kompromituje i ośmiesza orzekanie".