Wopke Hoekstra, komisarz UE: Czerwone linie dla planety

Jako Europejczycy stawiamy sprawę jasno. Weźmiemy swoją część odpowiedzialności, a nawet więcej. Ale inni muszą się dołożyć. Każdy, kogo na to stać, musi zapłacić – mówi Wopke Hoekstra, komisarz UE ds. polityki klimatycznej.

Publikacja: 30.11.2023 03:00

Wopke Hoekstra, komisarz UE: Czerwone linie dla planety

Foto: Ramon van Flymen / ANP / AFP

UE planuje wyrugować paliwa kopalne tak szybko, jak się da. W których sektorach gospodarki widzi pan z tym największy problem?

Staramy się podążać za wskazaniami nauki. To właśnie dlatego poprzeczka jest tak wysoko zawieszona przed COP28. Nie, bo ja coś mowię, albo jacyś Europejczycy mówią, że trzeba zrobić więcej. Ale dlatego, że nasi doradcy naukowi mówią nam, że w każdej sprawie trzeba tę poprzeczkę podnieść. I że okno możliwości powoli się zamyka. COP to jest inny rodzaj negocjacji niż rozmowy między dwoma stronami. W tym drugim przypadku próbujemy znaleźć porozumienie gdzieś pośrodku. W COP mamy natomiast czerwone linie wyznaczone przez planetę. I wyraźnie jest to nam komunikowane w postaci suszy, powodzi, pożarów i podobnych skrajnych zjawisko pogodowych na całym świecie. To uderzające, że te same historie słyszę w Ameryce Południowej, Azji, Afryce czy Europie. Bo my wszyscy cierpimy z powodu tych zjawisk. Wszyscy musimy zrobić więcej.

Teraz wracając konkretnie do pytania. Trudno jest już z porozumieniem w sprawie adaptacji do zmian klimatu i finansowania, ale sercem problemu jest mitygacja (ograniczenie emisji gazów cieplarnianych i zwiększenie ich pochłaniania przez ekosystemy – red.). Jest bezpośredni związek między tym, co wyrzucamy do atmosfery i temperaturą: im więcej metanu, im więcej CO2, tym bardziej Ziemia się podgrzewa. Nie ma więc możliwości obejścia kwestii mitygacji i konieczności wyrugowania paliw kopalnych. To dlatego w UE, ale też Afryce czy Ameryce Południowej wprost mówi się o konieczności mitygacji. Oczywiście trwa dyskusja, w których sektorach jest z tym trudniej. Dla mnie jest jasne, że np. energetyka musi się pogodzić z tą koniecznością i zrobić więcej. Natomiast najtrudniej może być w tych częściach przemysłu, gdzie nie ma jeszcze odpowiednich technologii, żeby funkcjonować całkowicie bez paliw kopalnych.

Mówi się, że może to dotyczyć przemysłu chemicznego czy produkcji cementu, choć tu już są różne zdania. Czy jest powszechna zgoda na świecie odnośnie do tego, jakie to są sektory?

Jak w wielu sprawach również w tej stanowiska poszczególnych krajów zależą od ich gospodarczych interesów. Nie jest zaskakujące, że jeśli jakiś kraj jest mocny w danym przemyśle, to próbuje przekonywać, że właśnie w nim trudno szybko zrezygnować z paliw kopalnych. Ale ja uważam, że nie mamy alternatywy innej niż pójście za radą nauki. Jeśli ta mówi nam, że w danym sektorze jest alternatywa albo wkrótce będzie, to tak powinniśmy postępować. I widzimy, że np. w energetyce, gdzie nastąpił dynamiczny rozwój źródeł odnawialnych, ta alternatywa już jest. W przemyśle ciężkim, np. chemicznym czy stalowym, nie jest to takie ewidentne i tych sektorów głównie dotyczy dyskusja.

Bardzo ważny w tym kontekście jest rozwój technologii CCS (wychwytywania i składowania CO2 – red.), znanej od lat, ale ciągle nie jesteśmy w stanie rozwinąć jej na skalę przemysłową. Co tutaj można zrobić?

Przede wszystkim usunąć przeszkody, np. uprościć system pozwoleń, zachęcić do inwestycji w projekty ponadgraniczne. Ale to wciąż na wczesnym etapie. Podkreślam jednak, że sam CCS nie rozwiąże problemu, w przeciwieństwie do tego, co mówią niektórzy politycy. To nie jest magiczne rozwiązanie. Musimy zrezygnować z paliw kopalnych, a w sektorach, gdzie jest najtrudniej o alternatywę. CCS może być częścią rozwiązania. W niektórych krajach subsydiuje się paliwa kopalne. Ale mówimy jasno, że to wyjątki, że musi odbyć się całkowita transformacja energetyczna.

Wracając do rad naukowców. Mówią, że w 2040 roku UE powinna zredukować emisję CO2 o 95 pomoc. To oznacza, że możemy osiągnąć neutralność klimatyczną wcześniej niż planowany 2050 rok. Niektórzy proponują, żeby UE stała się zielonymi płucami świata (pochłaniałaby więcej CO2 niż emitowała – red.). Co pan o tym sądzi?

W praktyce potrzebujemy takich zielonych płuc na całej Ziemi. W Afryce i Ameryce Południowej mają podobne pomysły. Spójrzcie na raport naszej rady naukowej sprzed kilku miesięcy. Proponują oni zasadniczo trzy rzeczy. Po pierwsze, wyeliminować emisje. Po drugie, pomóc naszym partnerom to zrobić. Bo UE jest odpowiedzialna za 7 proc. emisji, a reszta świata za 93 proc. To nie tylko kwestia solidarności, ale też rozwiązania problemu, bo cały świat będzie ponosił skutki. I wreszcie po trzecie, po 2050 trzeba będzie wyeliminować CO2 nagromadzone w atmosferze i stworzyć zielone płuca na całym świecie.

Jak zamierza pan przekonać Chiny i Indie, żeby zgodziły się na zakaz budowania nowych elektrowni węglowych?

Byłem w Chinach dwa tygodnie temu i właśnie o tym rozmawiałem. Że takie działania są niezgodne z tym, co uzgodniliśmy w porozumieniu paryskim. I że powinniśmy robić nawet więcej niż tam ustaliliśmy. I jeśli ktoś się na to zgadza, a potem buduje się nie jedną, ale cały wiele elektrowni węglowych, to nie zbliżamy się do rozwiązanie problemu. I powiedziałem o tym w Chinach. Rzecz w tym, że oczywiście musimy jak najszybciej wyrugować paliwa kopalne, ale w szczególności węgiel. Bo on jest najbardziej szkodliwy.

A co generalnie mówią kraje BRICS, które uważają unijne pomysły za zbyt ambitne?

Komunikat, który próbuję im przekazać, jest taki, że to nie są europejskie ambicje. To nie jest nasz kaprys. Robimy to, bo słuchamy naukowców. A nauka mówi nam, że planeta ustawiła nam kilka czerwonych linii, które dotyczą całej ludzkości. To jest rzeczywistość. Musimy wyjść poza dyskusję o krajach rozwiniętych i rozwijających się, o zbyt ambitnych lub mało ambitnych. Musimy zobaczyć, co jest konieczne, żeby zmieścić się w celu wzrostu średniej temperatury o maksimum 1,5 st. Kraje nie zmieniają stanowiska z dnia na dzień. Iluzją byłoby oczekiwanie, że polecę do Chin i oni zmienią zdanie. Ale po to jest dyplomacja. Rozmawiamy o tym, w czym się zgadzamy, i w czym się nie zgadzamy. Mówimy, jaki jest obowiązek dla planety. Podkreśliłem, że Chiny to wielkie państwo odpowiedzialne za 26 proc. emisji. Nie możemy nic osiągnąć bez udziału Chin.

Jak oni reagują na te argumenty?

Dobra wiadomość jest taka, że bardzo niewielu ludzi otwarcie neguje ustalenia naukowe w tej sprawie. Ale oczywiście wypełnienie rekomendacji nauki ma poważne skutki dla krajów. I tutaj zaczyna się dyskusja. Jeśli ja coś zrobię, to czy inni też to zrobią? Ta dyskusja zaczyna się od mitygacji, ale przechodzi na finanse. Ciekawe jest, że wiele państw w Ameryce Południowej i Afryce ma takie stanowisko, jak Europa, jeśli chodzi o poziom ambicji. Dlaczego? Bo oni nie są odpowiedzialni za żadne emisje, czy prawie żadne, ale dużo bardziej niż inni są narażeni na skutek zmiany klimatu.

A co z pieniędzmi na to? Co z funduszem strat i szkód (mechanizmem wsparcia dla krajów najbardziej dotkniętych nieodwracalnymi skutkami zmiany klimatu – red.)?

Dyskusja o finansach jest w centrum tego. I to chodzi nie tylko o pieniądze, ale o zaufanie. Czy na poważnie chcemy pomóc tym, którzy tego najbardziej potrzebują. My w UE poważnie proponujemy fundusz strat i szkód. Jednocześnie ważne jest ustalenie kilku kwestii. To powinien być fundusz dla najbardziej wrażliwych i tych, których samych nie stać na pokrycie tych szkód. Bo jak rozsmarujemy cienko, to przekazane wsparcie dla najbardziej potrzebujących będzie zbyt ograniczone. Po drugie, musimy naprawdę wyjść poza tę ideologię rozwiniętych i rozwijających się. To może była koncepcja słuszna 30 lat temu. Ale przez ten czas wiele z tych tzw. rozwijających dokonało znaczącego postępu. Chiny są jasnym przykładem. One są bogatsze niż niektóre państwa UE, są drugą gospodarką świata i na fantastycznej trajektorii wzrostu. Ale z tym wiążą się obowiązki i to dotyczy Chin, ale też wielu innych państw. Dlatego jako Europejczycy stawiamy sprawę jasno. Weźmiemy swoją część odpowiedzialności, a nawet więcej. Ale inni muszą się dołożyć. Żadne państwo, żadna część świata, nie rozwiąże tego problemu samodzielnie. Zatem każdy, kogo na to stać, musi zapłacić. Wreszcie po trzecie, musi być pełne zrozumienie, że jeśli załatwimy stronę finansową, to równolegle musi być uzgodniona kwestii ambicji dotyczących mitygacji. Czyli wyrugowanie paliw kopalnych, w tym węgla, ograniczenie emisji itp. To wszystko jest ze sobą powiązane. To nie jest menu a la carte, nie wybieramy sobie dania po uważaniu. Nie, trzeba wszystko wziąć w pakiecie.

A czy takie kraje jak Chiny chcą się dołożyć?

Generalnie mogę powiedzieć, że wszystko co dotyczy COP, jest niezmiernie trudne, przed nami wspinaczka na stromą górę. Powody są dwa. Jeden to niezwykle trudna sytuacja geopolityczna. Jak widzimy, w jakich warunkach osiągnęliśmy porozumienie paryskie – to był inny świat. Teraz mamy wojnę w Ukrainie, poważne napięcia na Bliskim Wschodzie, ale także na Pacyfiku, i powrót do polityki potęg na scenie globalnej. I mamy regres w demokracji i poszanowaniu wartości na świecie. A druga sprawa – kraje mają rożne interesy i forsują je, jak choćby Chiny węgiel. Różnice w stanowiskach są znaczące. Ale paradoksem jest, że nawet jeśli to jest bardzo trudne, to COP musi być sukcesem. Bo planeta nie zaczeka.

Został pan niedawno komisarzem ds. klimatu. Niektórzy zarzucają panu, że nie miał wcześniej do czynienia z polityką klimatyczną. Czy starczyło panu czasu, żeby przygotować się do COP28?

Ocena moich kompetencji należy do innych. Ja mogę powiedzieć, że to, co wnoszę, to doświadczenie w sprawach finansowych, jako były minister finansów, i w dyplomacji, jako były minister spraw zagranicznych. W przygotowaniach do COP spotykam wielu swoich byłych kolegów, którzy w różny sposób są zaangażowani w dyplomację klimatyczną. I moje doświadczenie, moja sieć kontaktów, bardzo się tu przydaje. Ale nie ma żadnej drogi na skróty. Trzeba nawigować między interesami bardzo wielu uczestników tego procesu. A konkretnie mówimy o 192 państwach.

Wróćmy do tego, co dzieje się w samej UE. Mówi pan o ambitnych Europejczykach, ale niektórzy politycy apelują o przerwę legislacyjną. Na przykład pana rodzima frakcja Europejska Partia Ludowa twierdzi, żeby najpierw popatrzeć na skutki dotychczas przyjętych przepisów, zanim będziemy forsować nowe.

EPL odpowiada za swoją komunikację, ale moje rozumienie jest takie, że stoi twardo za Zielonym Ładem. Ale na pewno musimy pamiętać, że – przy zachowaniu wysokiego poziomu ambicji – wiele firm, wielu naszych obywateli jest zaniepokojonych zachowaniem uczciwej konkurencji. I musimy upewnić się, że odpowiemy na te ich obawy. Bo w demokracji trzeba ludzi przekonać, nie ma alternatywy. Musimy to zrobić w taki sposób, żeby firmy i obywatele widzieli wyjście przed sobą, co z tego wyniknie. Myślę, że jest to możliwe i że to jest odpowiedzialność, która spoczywa na nas politykach. Jestem przekonany, że wiele firm i wielu obywateli rozumie, że trzeba robić więcej i trzeba iść dalej z ambicjami klimatycznymi. Ale oczywiście martwią się, co oznacza to dla ich gospodarstw domowych, dla ich miejsc pracy, dla ich stylu życia. I dlatego tak ważne jest, abyśmy pokazali jasno, jaka jest perspektywa.

- rozmawiała Anna Słojewska w Brukseli

Wywiad udzielony grupie korespondentów europejskich mediów: „Rzeczpospolitej”, „Les Echos”, Financieele Dagblad i „Handelsblatt”.

Wopke Hoekstra

Komisarz UE ds. polityki klimatycznej od września 2023 r. Holenderski polityk partii chadeckiej CDA, były minister spraw zagranicznych i były minister finansów w rządach premiera Marka Rutte. Z wykształcenia prawnik i ekonomista. Zanim wszedł do polityki, pracował w firmie doradczej McKinsey oraz w koncernie energetycznym Shell. 

UE planuje wyrugować paliwa kopalne tak szybko, jak się da. W których sektorach gospodarki widzi pan z tym największy problem?

Staramy się podążać za wskazaniami nauki. To właśnie dlatego poprzeczka jest tak wysoko zawieszona przed COP28. Nie, bo ja coś mowię, albo jacyś Europejczycy mówią, że trzeba zrobić więcej. Ale dlatego, że nasi doradcy naukowi mówią nam, że w każdej sprawie trzeba tę poprzeczkę podnieść. I że okno możliwości powoli się zamyka. COP to jest inny rodzaj negocjacji niż rozmowy między dwoma stronami. W tym drugim przypadku próbujemy znaleźć porozumienie gdzieś pośrodku. W COP mamy natomiast czerwone linie wyznaczone przez planetę. I wyraźnie jest to nam komunikowane w postaci suszy, powodzi, pożarów i podobnych skrajnych zjawisko pogodowych na całym świecie. To uderzające, że te same historie słyszę w Ameryce Południowej, Azji, Afryce czy Europie. Bo my wszyscy cierpimy z powodu tych zjawisk. Wszyscy musimy zrobić więcej.

Pozostało 92% artykułu
2 / 3
artykułów
Czytaj dalej. Kup teraz
Gospodarka
Polska blokada granicy osłabia ukraińską armię. Wiadomo, ile traci budżet
Gospodarka
Brazylia szansą na poszerzenie ekspansji polskich firm
Gospodarka
Minister finansów Ukrainy: Bez 3 mld dolarów miesięcznie nie przetrwamy
Gospodarka
Leki na odchudzanie mogą pobudzić amerykańską gospodarkę o bilion dolarów
Materiał Promocyjny
PR&Media Days 2024 - trendy i wyzwania
Gospodarka
Sankcje przeciwko Rosji. Jak wpłynęły na firmy działające w Polsce? Raport
Gospodarka
Sankcje na Rosję mogą być ryzykiem dla polskich firm