Zaczęło się od tego, że Jon Lucas i Scott Moore, twórcy kultowej komedii o wieczorze kawalerskim „Kac Vegas”, postanowili zająć się kobietami. Ich „Złe mamuśki” były rubaszną, ale zwariowaną opowieścią o trzech paniach, których dzieci chodzą do tej samej szkoły. Jedna próbowała połączyć rolę perfekcyjnej pani domu z sukcesem zawodowym, druga była zahukaną kurą domową, trzecia – samotną matką i seksoholiczką. Komedia o nich stała się przebojem poprzedniego lata.

Kupony od tego sukcesu postanowili odciąć inni i pojawiła się cała fala podobnych produkcji, wśród nich „Mamuśki mają wychodne”. Ich reżyserka Alethea Jones to aktorka, która przedtem zrealizowała kilka filmów krótkich i parę odcinków seriali. W biografii scenarzystki Julie Rudd tytułów poprzednich dzieł nie da się wyszukać, za to można wyczytać, że w 2005 roku wyszła za mąż za aktora i producenta Paula Rudda i urodziła dwójkę dzieci.

Razem zrobiły film skrojony według szablonu Lucasa i Moore’a. W wieczorze zbuntowanych matek biorą udział cztery kobiety. Ich dzieci chodzą do tego samego przedszkola. Kate ma gromadę maluchów i od depresji ratuje się marihuaną. Melanie jest przedszkolną aktywistką sprawiającą wrażenie osoby energicznej i bezproblemowej.

Shanon Jamie to rozwiedziona samotna matka, która na portalach społecznościowych usiłuje stworzyć wrażenie, że wszystko jest w jej życiu w porządku. Emily rzuciła zawód prawniczki, wychowuje dwójkę małych dzieci i przeżywa fakt, że mężowi nie chce się już nawet uprawiać z nią seksu.

Eskapada mamusiek zaczyna się nie bez konfliktów, jako że dwie panie spotkały się już wcześniej. Melanie zabrała Kate telefon, gdy ta – wbrew przepisom – używała go w samochodzie, zresztą zamawiając dla dzieci mleko.

Lody szybko jednak kruszeją. Uczestniczki spotkania zaczynają zachowywać się jak nastolatki, którym udało się wyrwać spod rodzicielskiej kurateli, flirtują z barmanem, śpiewają karaoke, robią się ostentacyjnie wulgarne.

W sumie realizatorki stoją na straży konserwatywnych wartości, ale przypominają, że „mamuśka” to też człowiek, który czasem potrzebuje wolności. Z każdym kieliszkiem alkoholu i z każdym wypalonym skrętem rozdokazywane panie czują się coraz lepiej. Tylko widz, mimo kilku zabawnych żartów, myśli: „Niech się bawią. Ale co ja tu robię?”.