Reklama

Kłopot z emerytami w wieku produkcyjnym

Jest to typowa gra na czas – niedająca zwycięstwa, a jedynie odwlekająca nieuniknioną porażkę

Publikacja: 14.02.2008 14:04

W starej żołnierskiej anegdocie podczas egzaminu kończącego okres unitarny pytano rekrutów: ile żołnierz ma koszul i z czego? (prawidłowa odpowiedź brzmi: żołnierz ma dwie koszule, z tego jedną w magazynie). Przez analogię można by zapytać: ilu w Polsce mamy emerytów i z czego? A oto odpowiedź: w pozarolniczym systemie świadczeń społecznych mamy 7,7 mln emerytów, z czego 1,5 mln w wieku produkcyjnym. Koszt emerytur osób w wieku przedemerytalnym wynosi około 25 mld zł, czyli mniej więcej tyle, ile całkowite dochody budżetu państwa z PIT.

Liczby te pokazują ścieranie się dwóch racji. Z jednej strony oczywiste jest, że pewnych zawodów nie sposób wykonywać w wieku 60 – 65 lat ze względów zdrowotnych (trudno sobie wyobrazić górnika, który przepracował 45 lat pod ziemią) czy też z powodu nieuniknionego, wraz ze starzeniem się, pogarszania jakości pracy (podobno w ZSRR zatrudniono jako striptizerkę kobietę, która znała Lenina, ale ów eksperyment dał umiarkowane rezultaty). Z drugiej jednak strony równie oczywiste jest, że stworzenie systemu zachęt do wcześniejszego kończenia kariery zawodowej jest kosztowne. I to podwójnie, bo do wspomnianych wydatków na emerytury należy dodać koszt utraconych korzyści, jakich mogłyby przysporzyć osoby 50 – 60-letnie, gdyby dalej pracowały.

Bardzo trudno jest w sposób zobiektywizowany ustalić listę profesji, w których zawodowe wypalenie występuje tak wcześnie, że wymusza zaprzestanie pracy w stosunkowo młodym wieku. Nikt mi nie udowodni bowiem, że 55-letnia nauczycielka jest w gorszej kondycji niż jej rówieśnica pracująca w sklepie czy fabryce. O tym, które grupy zawodowe uzyskały prawo do wcześniejszych świadczeń emerytalnych, nie decydowały żadne badania naukowe, lecz skuteczność lobbingu. Dodajmy, że naciskom, aby do listy uprzywilejowanych dopisać kolejne zawody, władza zawsze przeciwstawiała się dosyć słabo.

Alternatywą dla zafundowania dodatkowych przywilejów w przyszłości była bowiem podwyżka wynagrodzeń, którą trzeba by wypłacać od razu. Dlatego w czasach jak najsłuszniej minionych kolejni sekretarze przewodniej siły i kierującej partii dochodzili do wniosku, że lepiej kupić spokój kosztem przyszłych wydatków. Także w obecnych czasach kolejni premierzy i kolejne rządzące partie szybko zauważyły, że spokój społeczny zapewnia trochę głosów w przyszłych wyborach, więc kwestii wcześniejszych emerytur unikano jak diabeł wody święconej.

Była to – mówiąc językiem piłkarskim – typowa gra na czas. Taktyka tylko częściowo skuteczna, bo niedająca zwycięstwa, a jedynie odwlekająca nieuniknioną porażkę. Jej widmo staje się tym groźniejsze, im bardziej pogarsza się relacja między liczbą pracujących a liczbą pobierających świadczenia.

Reklama
Reklama

Dlatego przed kilku laty wreszcie zabrano się do rozwiązania tego problemu. Postanowiono zlikwidować wcześniejsze emerytury i wprowadzić w ich miejsce świadczenia pomostowe, ograniczając liczbę uprawnionych osób.

Zamiar był bardzo ambitny, realizowany jest jednak z umiarkowanym skutkiem. Najpierw reforma miała być przeprowadzona do końca 2005 roku, ale nadciągały wybory. Czas był zatem niekorzystny i sprawę odroczono, wykonując przy okazji krok w tył. Utrzymano bowiem (nawet nieco je rozszerzając) dotychczasowe uprawnienia górnicze.

Równie trudno było przeprowadzić reformę w roku następnym i kolejnym. W związku z tym ważność starych przepisów wydłużano. Stan aktualny jest taki, że mają obowiązywać do końca bieżącego roku.

Jak jednak łatwo zauważyć, rok nie jest już ani taki nowy, ani mało używany (minęło przecież półtora miesiąca), a projekt ustawy nie wyszedł jeszcze z przygotowującego go Ministerstwa Pracy. Kiedyś pewno wyjdzie. Wtedy jednak czekają go: uzgodnienia międzyresortowe, konsultacje społeczne, przedłożenie sejmowe, pierwsze czytanie, prace komisji, drugie czytanie, prace komisji, trzecie czytanie, głosowanie, debata senacka, głosowanie nad senackimi poprawkami i podpis prezydenta.

Jeżeli dodamy do tego półtora miesiąca wakacji parlamentarnych, kilka (a może kilkanaście) strajków pokrzywdzonych grup zawodowych oraz konieczność opublikowania ustawy do końca listopada, optymizm może być co najwyżej umiarkowany.

Dlatego raz jeszcze warto przypomnieć, że nie tylko w futbolu gra na czas nie daje zwycięstwa, może jedynie odwlec moment porażki.

Materiał Promocyjny
Lokaty mobilne: Nowoczesny sposób na oszczędzanie
Materiał Promocyjny
Jak osiągnąć sukces w sprzedaży online?
Ekonomia
KGHM optymalizuje zagraniczny portfel
Ekonomia
Apelują do Orlen Termika. Chodzi o zamówienia dla dostawców spoza UE
Ekonomia
PGE odstąpiła od ważnej umowy. Naliczono wysokie kary
Materiał Promocyjny
Presja dorastania i kryzys samooceny. Dlaczego nastolatki potrzebują realnego wsparcia
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama