Według opublikowanego w czwartek projektu rozporządzenia Ministerstwa Energii dotyczącego warunków wsparcia ze środków Funduszu Niskoemisyjnego Transportu, maksymalna wysokość dopłat wyniesie 30 proc. kosztów samochodu, przy czym nie więcej niż 36 tys. zł na jeden pojazd.

Czytaj także: Niemcy nie chcą aut elektrycznych. Nawet z dopłatami.

Dotowane będą także zakupy autobusów. Tu maksymalna wysokość wsparcia w przypadku autobusu elektrycznego wyniesie 55 proc. kosztów kwalifikujących się do objęcia pomocą, przy czym nie więcej niż 1,045 mln zł na jeden pojazd. W przypadku trolejbusu będzie to 45 proc. kosztów, nie więcej niż 720 tys. zł.
Przewidziane jest także wsparcie dla budowy infrastruktury. Łączna kwota dotacji na inwestycję związaną z budową lub rozbudową jednej stacji ładowania normalnej mocy nie może przekraczać 25,5 tys. zł,  dużej mocy 150 tys. zł, stacji tankowania CNG 750 tys. zł, stacji tankowania LNG 1,2 mln zł, a w przypadku punktu tankowania wodoru – 3 mln zł.

Czytaj także: Będzie łatwiej tankować z gniazdka na autostradach

Projektowane rozporządzenie ma określić zasady udzielania oraz rozliczania wsparcia dla instrumentów określonych w ustawie o biokomponentach i biopaliwach ciekłych. Projekt został właśnie skierowany do konsultacji publicznych.

Obecnie Polska jest jednym z kilku europejskich krajów, gdzie państwo nie wspiera finansowo zakupu osobowych samochodów elektrycznych. Bez dopłat przy obecnych cenach (najpopularniejszy model – Nissan Leaf kosztuje od 155,5 tys. zł) są one nieopłacalne zarówno dla klientów indywidualnych jak i dla firm. W 2018 r. zarejestrowano w Polsce zaledwie 620 aut bateryjnych. Jak podała organizacja europejskich producentów aut ACEA, w ub. roku mielismy jeden z najniższych (42,5 proc.) wzrostów sprzedaży tego typu samochodów w Europie (średnia dla UE to 53,2 proc. W elektromobilności wyprzedzają nas m.in. Czesi, którzy kupili w ub. roku 703 samochody bateryjne, przy wzroście liczonym rok do roku większym od naszego blisko dwukrotnie.