Rozmowy w sprawie nowej umowy zbiorowej rozpoczną się 27 maja i mają potrwać trzy tygodnie. W tym czasie strajki są zakazane. Rolę mediatorów przejmą dwaj politycy: w imieniu DB będzie występował były premier Brandenburgii Matthias Platzeck (SPD), a w imieniu GDL - premier Turyngii Bodo Ramelow (Lewica).

Bezterminowy strajk trwał od wtorku i był dziewiątą akcją protestacyjną maszynistów od września zeszłego roku, gdy zaczęły się rozmowy o umowie zbiorowej.

Związek GDL domaga się m.in. podwyżki płac o 5 proc. i skrócenia tygodniowego czasu pracy o godzinę. Powodem konfliktu są jednak nie tylko kwestie płacowe, lecz także rywalizacja pomiędzy GDL a znacznie większym związkiem zawodowym w branży kolejowej EVG. GDL chce reprezentować wobec DB nie tylko maszynistów, ale i inne grupy zawodowe zatrudnione na kolei, między innymi konduktorów, na co do tej pory nie zgadzała się dyrekcja Deutsche Bahn.

GDL twierdzi, że Deutsche Bahn zaakceptowała obecnie prawo związku do prowadzenia negocjacji w imieniu innych grup zawodowych na kolei.

Wcześniej GDL zarzucała dyrekcji DB, że przeciąga negocjacje, czekając na uchwalenie przez parlament nowej ustawy, która ograniczy prawa małych związków zawodowych. Umowa zbiorowa wynegocjowana z największym związkiem zawodowym w danym przedsiębiorstwie ma obowiązywać wszystkich pracowników. Parlament ma przyjąć ustawę w najbliższy piątek.

Nieprzejednana postawa maszynistów krytykowana była m. in. przez przewodniczącego centrali niemieckich związków zawodowych DGB Reinera Hoffmanna.

DB przewożą każdego dnia 5,5 mln pasażerów i 607 tys. ton ładunków w samej Republice Federalnej Niemiec; są jednak też ważną częścią połączeń między wschodem a zachodem i południem a północą Europy.

Niemiecka gospodarka szacuje straty w wyniku strajku na 100 mln euro dziennie. Ograniczenia w komunikacji kolejowej odczuwają szczególnie przemysł chemiczny, motoryzacyjny i producenci stali.