fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Rosja: kim jest Michaił Chodorkowski

Krystyna Kurczab-Redlich
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Gdyby jego zamierzenia się powiodły, dziś Rosję najprawdopodobniej można by spokojnie zaliczać do państw rzeczywiście demokratycznych, o rozwijającej się i przejrzystej gospodarce - o skazanym biznesmenie pisze publicystka
Gdyby dawny Michaił spotkał obecnego, to by go zastrzelił – powiedział amerykańskiemu dziennikarzowi Peterowi Slevinowi magnat Michaił Chodorkowski o sobie, niegdyś aktywnym działaczu komunistycznej organizacji młodzieżowej Komsomoł. Powiedział to robiąc oszałamiającą karierę finansową, która jemu i jemu podobnym przyszła dość łatwo.
[srodtytul]Komsomolec [/srodtytul]
Gdy miał zaledwie pięć lat, już wołano na niego „dyrektor”, bo powtarzał, że chce zostać dyrektorem fabryki. W czasach głębokiego komunizmu (urodził się w 1963 roku) był to niemal szczyt wyobrażalnej kariery. Ciekawe, czy te marzenia wynikały z chęci rządzenia, zdolności organizacyjnych czy żądzy pieniędzy i przywilejów? Bo raczej nie z rodzinnego doświadczenia: ojciec był raptem zastępcą głównego technologa fabryki „Kaliber”, a matka – inżynierem w tejże fabryce. Tak czy inaczej robił co trzeba, by znaleźć się na właściwej drodze.
Podczas studiów w Instytucie Technologii Chemicznych im. Mendelejewa został wiceszefem Komsomołu i wstąpił do partii. Na ostatnim roku studiów historia zaoferowała mu główny los na loterii: do władzy przyszedł Gorbaczow, zaczęła się pierestrojka, a z nią rozluźnienie kontroli państwa nad gospodarką. Michaił poczuł się jak ryba w wodzie.
Pierwsze jego przedsięwzięcie – studencka kawiarnia na uczelni – splajtowało, ale następne oparł już nie na swoich, lecz na państwowych pieniądzach, wykorzystując komsomolskie Centrum Inicjatywy Młodzieżowej i jego bank, który operował używanymi przez rząd „bieznalicznymi”, czyli wirtualnymi, pieniędzmi. Chodorkowski zamieniał je na ruble, a nawet dewizy, za które kupował co się dało: od prawdziwych komputerów po fałszywe francuskie koniaki i polską wódkę. Prędko został przewodniczącym rady nadzorczej Innowacyjnego Banku Postępu Naukowo – Technicznego, utworzonego przez Centrum przy pomocy moskiewskiego magistratu. Stąd już blisko do działającej przy Komitecie Komsomołu spółdzielni MENATEP (Międzybranżowe Programy Naukowo – Techniczne), a od niej – przy bajecznych na ówczesne czasy obrotach 10 milionów dolarów – już tylko krok do banku MENATEP, który powstał pod koniec 1988 roku. Komsomoł, dawna kuźnia komunistów, pod koniec pierestrojki okazał się kuźnią kapitalistów: podobnie doszedł do swego banku „Gwarancja” późniejszy premier, a dziś generalny dyrektor państwowego koncernu Rosatom Siergiej Kirjenko. W Komsomole uczył się przedsiębiorczości późniejszy wicepremier Rosji (dziś jeden z głównych liderów opozycji) Borys Niemcow; tam też kuł podstawy swej fortuny późniejszy miliarder Władimir Potanin oraz plejada innych.
Przy całej obrotności młodego Chodorkowskiego trudno jednak zrozumieć, dlaczego pieniądze z budżetu państwowego przelewano na rachunki przedsiębiorstw właśnie przez jego bank. I dlaczego akurat w banku MENATEP umieściła swoje konta hojnie wspomagana państwowymi kredytami handlująca bronią firma Rosswoorużenije. I jak to się stało, że już w 1992 roku właśnie Chodorkowski zostaje – na prawach wiceministra – przewodniczącym Funduszu Inwestycyjnego w ministerstwie przemysłu paliwowo-energetycznego. Może to rzeczywiście są rezultaty niezwykłej operatywności urodzonego biznesmena, a może – jak plotka niesie – MENATEP rzeczywiście „prał” złoto partii: ogromne pieniądze, które z kasy KPZR wędrowały za granicę. Dziś i tak pozostaje to w sferze domniemań, o tyle prawdopodobnych, że łaskawość władz wydaje się tu bardziej zrozumiała.
A poza tym były to wszak szalone lata 90., lata zamiany gospodarki państwowej na prywatną, we wszystkich postkomunistycznych krajach kipiące od epokowych nadużyć i takichże wzbogaceń, w Rosji o tyle łatwiejszych, że inspirowanych przez władzę. W 1995 roku Władimir Potanin (dzisiejszy majątek – 10,5 mld. dolarów) wpadł na wspaniały pomysł ratowania rosyjskich finansów: otóż potrzebujący pieniędzy rząd Jelcyna pożyczy je od magnatów pod zastaw udziałów w majątku państwowym, a jeśli państwo nie zwróci pożyczek, pożyczający otrzymają prawo pierwokupu powierzonego majątku. Państwo – jak należało się spodziewać – pożyczek nie zwróciło i magnaci podzielili majątek państwa między siebie.
Chodorkowski, posiadający już wtedy hutę tytanu i magnezu, huty szkła, przędzalnie, zakłady przemysłu spożywczego i produkcji nawozów, w zamian za pożyczone państwu 170 milionów dolarów został właścicielem JUKOSU – holdingu władającego polami naftowymi na terenie Syberii Zachodniej (przy czym tak się fortunnie złożyło, że właśnie bank Menatep został wybrany do zorganizowania przetargu), trzema rafineriami w okolicy Samary i siecią handlu paliwami w ośmiu regionach kraju. Niebawem JUKOS dokupił jeszcze pakiet kontrolny Wschodnio – Syberyjskiej Spółki Naftowej i wartość koncernu urosła do 45 – 47 miliardów dolarów.
[srodtytul]Wzorcowy kapitalista [/srodtytul]
Zaraz po przejęciu przedsiębiorstwa Chodorkowski zaczął zwalniać notorycznych pijaków, wprowadził dyscyplinę, o dwie trzecie zmniejszył koszty produkcji i ogromne środki zaczął przeznaczać na inwestycje, nowe technologie, a także na ulepszanie infrastruktury, czego większość nowych właścicieli nie robiła wysysając jedynie gotówkę z wyeksploatowanych złóż. Z czasem Chodorkowski dokonał wszelkich zmian koniecznych, by jego przedsiębiorstwo dorosło do zachodnich standardów: zreformował zarządzanie, wprowadził przejrzystą księgowość nieodzowną dla spółki akcyjnej, która chce wejść na giełdy światowe. Równocześnie w sprawach biznesowych bywał wobec partnerów bezwzględny, a zdarzało się, że również nieuczciwy (np. dla zmniejszenia udziałów w swych spółkach amerykańskiego inwestora Kennetha Darta wyemitował dziesiątki milionów nowych akcji każdej z tych spółek).
Poglądy tego wzorcowego kapitalisty nie oderwały się jednak od dawnej ideologicznej bazy. Państwo miało dla niego wartość nadrzędną. W jednym z wywiadów mówił, że „gdyby premier poprosił go o ustąpienie ze swojego banku, zrobiłby to bez wahania, bo państwo jest zawsze dominującą siłą w gospodarce”. Coraz częściej wspominał też o obowiązku społecznym oligarchów, którzy – wyszedłszy od dzikiego kapitalizmu – z zawrotną prędkością przeszli do systemu, w którym powinni pełnić odpowiedzialną rolę w społeczeństwie. Robił wrażenie człowieka, który uważa, że ma do odegrania rolę historyczną. Założył potężną organizację charytatywną „Otwarta Rosja”, zaczął przeznaczać miliony dolarów na komputeryzację szkół i bibliotek wiejskich, na szkolenia dziennikarzy, na organizacje samorządowe, jednym słowem: na tworzenie społeczeństwa obywatelskiego.
Kiedy w lipcu 2002 roku wraz z grupą dziennikarzy przekraczałam progi wieżowca w centrum Moskwy z ogromnym neonem JUKOS, miałam wrażenie przeniesienia się gdzieś o tysiące kilometrów na Zachód. Nie tylko dlatego, że częstowano nas sushi i mówiono częściej po angielsku, niż po rosyjsku, ale dlatego, że wszystko wokół – i przestrzeń, i ludzie – było perfekcyjnie zorganizowane. W sybirskim Nieftiejugansku, dokąd nas odtransportowano, największy nawet sceptyk musiał się zachwycić bijącymi w oczy porządkiem i nowoczesnością. Zaczepiani na ulicy ludzie wyglądali na bardzo zadowolonych z życia, a na licznych profesjonalnych spotkaniach zachwycały przejrzyste wykresy przekonujące o rozwoju programów socjalnych i dobroczynnych. – Brudne pieniądze z czasem robią się czyste – powiedział po otrzymaniu od Chodorowskiego miliona dolarów dyrektor organizacji non-profit Eurasia Foundation Clifford Kupchan amerykańskim korespondentom w Moskwie Peterowi Bakerowi i Susan Glasser. Kiedy zapytali oni Chodorkowskiego, po co to robi, odparł: - To jest raczej dla duszy.
I zaczął popierać partie opozycyjne wobec Kremla, z którego od dwóch lat wychodziły jedynie antydemokratyczne inicjatywy. Były to nie tylko partie o poglądach liberalnych jak Jabłoko czy Sojusz Sił Prawicy, cieszące się w Rosji umiarkowanym poparciem, lecz i potężną partię komunistyczną KPRF, której lidera Gennadija Ziuganowa proponował kiedyś nawet na stanowisko premiera. I coraz częściej w swoich wypowiedziach używał sformułowania: sprawiedliwość społeczna. Tym różnił się od pozostałych magnatów, że oni kupowali miejsca na listach wyborczych różnych partii po to, by stworzyć popierające ich w Dumie lobby, a on głównie (choć nie tylko) po to, by zmieniać politykę państwa dla ogólnospołecznego pożytku. Taki rosyjski Robin Hood… Gdyby jego zamierzenia się powiodły, dziś Rosję najprawdopodobniej można by spokojnie zaliczać do państw rzeczywiście demokratycznych, o rozwijającej się i przejrzystej gospodarce: Chodorkowski zmierzał bowiem - o zgrozo - do zmiany konstytucji i do zamiany prezydenckiego ustroju na ustrój demokracji parlamentarnej, gdzie większe uprawnienia miałby premier, niż prezydent.
Samo myślenie o tym było wówczas, w putinowskiej Rosji, niebezpieczne, a co dopiero publiczne głoszenie takiego zamiaru. - Ludzie JUKOSU zachowywali się, jakby nic się nie zmieniło i Jelcyn nadal był prezydentem – skomentował to jeden z oligarchów, Piotr Awen, w rozmowie z korespondentami z USA. Na domiar złego Chodorkowski nie ukrywał, że marzy mu się rola przyszłego premiera. Jeden po drugim łamał niepisaną umowę z Kremlem, której zasadniczym punktem było niemieszanie się magnatów do polityki. Pod koniec 2002 roku, na rok przed wyborami parlamentarnymi, szacowano, że Chodorkowski przekazał różnym partiom politycznym sto milionów dolarów. Najwyraźniej uwierzył w swą historyczną misję i chciał zmienić Rosję, ale szybując już w najwyższych kręgach międzynarodowego biznesu zatracił poczucie rzeczywistości.
[srodtytul]Więzień polityczny [/srodtytul]
W lutym 2003 roku na Kremlu, podczas jednego z okresowych spotkań oligarchów z prezydentem Władimirem Putinem Chodorkowski (jak zwykle w swetrze) ośmielił się stwierdzić, że „w kraju szerzy się korupcja, i to na najwyższych szczeblach, a przy niedawnym zakupie jednej z kompanii naftowych przez państwowy koncern Rosnieft znacząco zawyżono cenę”. Dał w ten sposób do zrozumienia, że urzędnicy kremlowscy wzięli pokaźne prowizje. I prezydent się wściekł. Najwyraźniej stracił panowanie nad sobą, podniesionym głosem odpowiadając śmiałkowi. A wszystko to przed kamerami telewizyjnymi, przygotowanymi po to, by – jak zwykle – pokazywać narodowi bojarów pokornych wobec cara. Putin stracił panowanie nad sobą, bo korupcja wśród wysokich urzędników państwowych za jego rządów stała się normą, ba – istotą systemu nazwanego przez opozycję „bandyckim kapitalizmem”. O transakcji wspomnianej przez Chodorkowskiego Putin był przecież doskonale poinformowany, bo sam na nią zezwolił.
W początku lipca 2003 roku prezesa grupy MENATEP kontrolującej JUKOS, głównego doradcę Chodorkowskiego Płatona Lebiediewa wyprowadzono w kajdankach ze szpitala, w którym się leczył. Chodorkowski nie negocjował po cichu zwolnienia przyjaciela za kaucją, lecz głosił, iż uwięzienie jest sprawą polityczną. Zaczął regularnie jeździć do Waszyngtonu, chcąc zwrócić uwagę polityków na szerzące się w Rosji bezprawie. – Stało się z nim coś, czego nie potrafili zrozumieć jego przyjaciele i doradcy – wspominają ówcześni korespondenci amerykańscy w Moskwie Baker i Glasser. – Wśród innych oligarchów lansował projekt „kupowania demokracji”, nie chcąc słuchać o tym, że jej główny wróg, Putin, nigdy do prawdziwej demokracji nie dopuści. Przecież przy autentycznie wolnych mediach i normalnym parlamencie jego władza musiałby runąć.
Chodorkowski odrzucił propozycję emigracji. Swojemu adwokatowi, w czterech ścianach mówił, że jego pieniądze mają służyć demokracji i krajowi. Mówił, że jest gotów na więzienie. Ale chyba w najczarniejszych przypuszczeniach nie mógł przewidzieć, co go czeka.
Aresztowano go 23 listopada 2003 roku, jak bandytę. Podczas podróży, w czasie której wygłaszał wykłady o demokracji, w Nowosybirsku, do czarterowanego przezeń samolotu wdarła się grupa zamaskowanych i uzbrojonych po zęby milicjantów. Wyrokiem wydanym w 2005 roku skazano na dziewięć lat łagru. Sąd Apelacyjny zmniejszył wyrok do lat ośmiu. By nie mógł wyjść na wolność po czterech latach od momentu aresztowania, co zapewnia mu prawo, i aby nie mógł wyjść po odbyciu pełnego wyroku (w 2011 rok), w 2007 roku rozpoczęto kolejny proces. Pierwszy akt oskarżenia mówił o niepłaceniu wielomilionowych podatków, drugi o kradzieży we własnej firmie 218 milionów ton ropy. Pomijając już brak logiki – jak można domagać się podatków od ropy, której nie było, sąd podobnie jak w pierwszej sprawie odrzucił niemal wszystkie wnioski obrony (o powołanie świadków lub włączenie do sprawy rozliczeń finansowych firmy). Czy Chodorkowski, szarżując z determinacją mógł przypuszczać, że jego adwokatom zagrożą próby pobicia czy otrucia lub że współwięźniowie będą się nad nim znęcać; i że to wszystko - jak wskazuje wyrok w sprawie jego i Lebiediewa odczytany 30 stycznia ubiegłego roku przez nieszczęsnego sędziego Daniłkina – może potrwać do 2017 roku.
- My z Platonem Lebiediewem pokazujemy na własnym przykładzie: sąd was przed urzędnikiem nie obroni. Ale nie upadamy duchem, i tego życzymy przyjaciołom – powiedział po usłyszeniu wyroku Chodorkowski. A tych „przyjaciół”, czyli więźniów politycznych, w dzisiejszej Rosji są już setki.
[i]Autorka, z wykształcenia prawniczka, jest dziennikarką i reportażystką. Wieloletnia korespondentka polskich mediów w Rosji [/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA