fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Twarz tuż nad chropawym lodem

AFP
W Polsce nazywano kiedyś tę jazdę "na śledzia". Dowodziła odwagi i umiejętności sterowania sankami
Najpierw biegną co sił kilkadziesiąt metrów, rzucają się głową w dół oblodzonego toru. Padają na coś w rodzaju metalowej tacy z niskimi płozami i uchwytami, po czym pędzą na tym sprzęcie bez hamulców i kierownicy z prędkością dochodzącą do 120 km/godz. Chroni ich hełm z nakładką na szczękę, obcisły kostium i niewiele więcej.
Artykuł pochodzi z archiwum "Rzeczpospolitej"Tak wygląda skeleton, według niektórych najbardziej pasjonujący sport igrzysk.
Nazwa ma niejasne pochodzenie, najczęściej mówi się, że pochodzi z niemieckiego określenia XIX-wiecznych ciężkich sanek, których metalowa konstrukcja mogła przypominać szkielet.
Skeleton i St. Moritz to nierozłączna para. W tej szwajcarskiej miejscowości brytyjski major Bulpetts i miejscowy hotelarz Badrutt wybudowali pierwszy tor długości trzech czwartych mili. Zrobili tak, gdyż nowa zabawa brytyjskich dżentelmenów polegająca na zjeżdżaniu na sankach krętymi uliczkami między turystami i mieszkańcami zaczęła być zbyt niebezpieczna. Można zrozumieć ten zapał, gdyż najszybszy na drodze z St. Moritz do Celeriny wygrywał butelkę szampana.
Gdy igrzyska zimowe w 1924 i 1948 roku przybywały do Szwajcarii, obecność skeletonu w programie zawodów wydawała się bardzo na miejscu.
Gdzie indziej tak nie sądzono. Ta jazda głową do przodu dostała się ponownie na olimpijskie salony dopiero w 2002 roku, po tym jak odkryto ją w latach 90. w USA. Skeleton ze swoją szybkością, względną prostotą oraz przeciążeniami sięgającymi 5G spodobał się. Nie wymagał takiego atletyzmu, jaki narzucały bobsleje, do których garnęli się i garną byli sprinterzy lub gracze futbolu amerykańskiego. Najlepsi zawodnicy skeletonu brali się raczej z tych, którzy poza nudą codziennej pracy szukali sportowego podniecenia, adrenaliny, takiej samej, jaką przynoszą skoki na bungee czy spadochroniarstwo.
Jeden z najlepszych Amerykanów Rob Murray był podczas igrzysk w Salt Lake City masażystą ochotnikiem, zobaczył skeleton, spróbował i cztery lata później omal nie pojechał do Turynu. 25-letni Niemiec Frank Rommel, bankowiec z Turyngii, był w Turynie debiutantem, po czterech latach jest nr. 2 na świecie.
Reprezentant USA Mike Douglas to 38-letni technik rentgenolog. Rekordzistą jest 45-letni Kazuhiro Koshi, najstarszy olimpijczyk japoński, nauczyciel WF, który po trzydziestce przesiadł się na skeleton z bobsleja.
Fachowcy twierdzą, że to sport dość łatwy. Oczywiście trzeba umieć przebiec bardzo szybko te pierwsze 30 metrów, ale resztę załatwia aerodynamika, dobry sprzęt i umiejętność sterowania ciałem. Wygrywają najspokojniejsi, którzy tylko drobnymi ruchami kierują pędzącą tacą. Kiedy to wszystko się ma, pozostaje tylko uważać na siebie.
Skeleton jednak boli, bo szkielet ludzki nie bardzo pasuje do tych paru kawałków metalu dzielących ciało od lodu. Według Amerykanina Zacha Lunda najbardziej boli szyja od ciągłej walki z przeciążeniami. Kręgosłup poddawany prasowaniu także ma się źle.
Widoczne rany na barkach i ramionach pozostawia tarcie o lodowe ściany toru, czasem nie ma innego sposobu na kierowanie sprzętem. Ślady zostawiają także odpryski lodu uderzające w palce. Całe ciało działa jak pochłaniacz wstrząsów, więc jeśli ma się uprawiać skeleton, w końcu trzeba znaleźć przyjemność w doznawaniu bólu.
Najtrudniejszą rzeczą jest ciągłe trzymanie twarzy kilka centymetrów nad chropawym lodem. Grawitacja robi swoje i wciska ciało sportowca w tor. Znawcy twierdzą, że łatwo usłyszeć, kiedy początkujący zawodnik jest blisko mety. Słychać wtedy wyraźny dźwięk hełmu szorującego o lód.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA