fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Operacja „Puma” pod Opolem

Na pomysł, by pumę zwabić do specjalnej klatki, wpadł dyrektor opolskiego zoo
Fotorzepa, BS Bartek Sadowski
Jerzy Haszczyński
Po co opolanom klatka samołówka za kilka tysięcy złotych? Żeby dyrektor centrum zarządzania kryzysowego mógł schwytać drapieżnika, a mieszkańcy odzyskali święty spokój
– Witamy w krainie pumą słynącej – Henryk Ferster, dyrektor Wojewódzkiego Centrum Zarządzania Kryzysowego w opolskim Urzędzie Wojewódzkim, właśnie skończył rozmowę telefoniczną z szefem podobnego sztabu z Poznania. – Tam też mają pumę – uśmiecha się znad biurka zasłanego ogromnymi mapami. Na jednej z nich widać trasę przemieszczania się tajemniczego zwierza po Opolszczyźnie. Na drugiej – trzy ogromne kręgi, wokół Krapkowic, Kędzierzyna-Koźla i Głubczyc, którymi oznaczono tereny przebywania drapieżnika.
– Kolegom z sąsiednich województw sygnalizuję, że być może zapuściła się tam „nasza” puma, ale Starachowice, Wielkopolska... To niemożliwe, zbyt duże odległości – dyrektor centrum zna zwyczaje pum na wylot. – W domu nie mam nawet kota, wszystkiego musiałem się nauczyć z książek.
Klatka samołówka jest namacalnym dowodem, że drapieżnika na Opolszczyźnie traktuje się jak najpoważniej. Drugim są oficjalne pisma wojewody opolskiego do jego odpowiedników z krajów Republiki Czeskiej i Słowackiej graniczących z Opolszczyzną, z zapytaniem, czy na ich terenie nie odnotowano przypadków ucieczki pumy z ogrodu zoologicznego lub prywatnego parku safari. To jedna z hipotez tłumaczących pojawienie się drapieżnika na Opolszczyźnie.
Po negatywnych odpowiedziach pozostały inne teorie: że puma przywędrowała z Małopolski – tam widziano ją jesienią – lub że pochodzi z nielegalnego importu.
[srodtytul]Rzeź warchlaków[/srodtytul]
Od rozpoczęcia operacji „Puma” skatalogowano ponad 30 pośrednich dowodów jej istnienia. Pierwszy to trwający nieco ponad minutę film nakręcony komórką przez mieszkańca Dobieszowa. Gdy w opolskim centrum kryzysowym ujrzano, jak po śniegu na horyzoncie biega czarne zwierzę, nowego znaczenia nabrały informacje, które dotarły tu na początku lutego: w Mokrej, gmina Biała, nieznany drapieżnik miał zagryźć siedem warchlaków i sześć cieląt.
Ale oficjalnie akcja ruszyła 21 marca, gdy starosta Głubczyc zadzwonił do centrum kryzysowego. Przekazał, że puma zarysowała pazurami dach malucha głubczanina, kiedy przeskoczyła przez jadące auto. Ferster osobiście udał się na oględziny. Po nich ogłoszono operację osaczania drapieżnika.
I natychmiast zaczęły spływać zweryfikowane przez ekipy straży leśnej, łowieckiej, policji, służb weterynaryjnych doniesienia. Wynikało z nich, że puma w tydzień upolowała cztery sarny, a w lasach od Głubczyc po Krapkowice (w prostej linii to ok. 40 km) znajdowano zagryzione zwierzęta. Drapieżnik miał też porwać dwa króliki z klatek we wsi Łany w okolicach Kędzierzyna-Koźla.
[wyimek]Opolskie centrum kryzysowe do tej pory zgromadziło 30 dowodówna istnienie pumy[/wyimek]
Pumę widziano wielokrotnie. Pod Krapkowicami, Głogówkiem, Kędzierzynem... Pod Opolem w połowie kwietnia widziało ją aż sześciu pasażerów autobusu. – Poza tym liczne ślady łap dużego kota – według szefa WCZK wszystko to sprawdzone sygnały. – W tym sensie, że w około 30 przypadkach nasze ekipy nie wykluczyły obecności drapieżnika – zaznacza Ferster.
Te 30 przypadków naniesiono na mapy. Odrzucono dziesiątki zawiadomień, które dyrektor WCZK nazywa bzdurnymi. – Pod Namysłowem puma miała siedzieć na stodole, a w Kędzierzynie przechadzać się po deptaku – kręci głową Ferster.
[srodtytul]Młoda, bo bez zwisu[/srodtytul]
Jak wygląda postrach Opolszczyzny, można zobaczyć w Internecie. Do dziś są tam trzy filmy z pumą. Na jednym ma czarną sierść, na pozostałych jasnobrązową. – Umaszczenie ma koloru zeschniętej trawy, jest młoda, jakieś półtora roku, bez zwisu podbrzusznego – opisuje drapieżnika Wojciech Plewka, łowczy wojewódzki Polskiego Związku Łowieckiego. Widział ją z 20 metrów 3 kwietnia w okolicach Grabówki. – Było południe. Obserwowałem ją przez 10 sekund, odchodziła ode mnie, ale odwróciła się i spojrzała mi w oczy – opowiada. Łowczy wie, że brzmi to nieprawdopodobnie, ale ma świadków. – Dzień później widzieli ją strażnicy łowieccy – zaznacza Plewka.
Z kolei 9 maja w świetle księżyca pumę obserwował Marcin Buchliński, inżynier nadzoru leśnego i myśliwy. Zasadził się nocą na dziki. – Nagle widzę przez lornetkę trzy pędzące odyńce i ją, jak majestatycznie maszeruje przez pole – wspomina Buchliński. – Powiem szczerze, trochę boję się teraz iść do lasu.
Lech Olczyk, nadleśniczy z Prószkowa Opolskiego, przełożony Buchlińskiego: – Jak nie wierzyć poważnemu człowiekowi, jak nie wierzyć sześciu pasażerom autobusu, jak nie wierzyć ludziom z Przysiecza, którzy widzieli ją w biały dzień?
Nadleśniczy przyznaje, że opolska puma to na pierwszy rzut oka nasza odmiana potwora z Loch Ness. – Ale za dużo tych relacji, i to tylko z mojego terenu, by lekceważyć sprawę – uważa.
Dlatego zaapelował, tak jak wcześniej radni z nieodległych Krapkowic, do wojewody, by odpowiednie służby zintensyfikowały działania. Wtedy współpracujący z centrum kryzysowym dyrektor opolskiego zoo wpadł na pomysł klatki samołówki. – Zakładane siatki na nic się zdały, a na odstrzelenie pumy nikt się nie poważy – mówi Olczyk. – Musiałoby być bezpośrednie zagrożenie życia, żeby nie podpaść pod paragrafy, jak ci turyści, którzy zabili w Tatrach niedźwiadka.
[srodtytul]Z klatką bezpieczniej[/srodtytul]
Na razie nikt nie ma pomysłu, gdzie klatkę ustawić. Z zaznaczonych na mapach punktów wynika, że puma przemieszcza się ruchem konika szachowego, a w ciągu jednego dnia potrafi być w miejscowościach oddalonych od siebie nawet o 40 km. Sygnałów od mieszkańców jest teraz znacznie mniej niż w marcu i kwietniu. Dlatego na razie klatka czeka u nadleśniczego Olczyka. Łowczy Plewka twierdzi, że będzie też niezbędna przynęta.
– Trzeba znaleźć zagryzioną przez nią sarnę, na cielęcinę się nie złapie – wyjaśnia Małgosia, sprzedawczyni w prószkowskim sklepie, która zwyczaje drapieżnika zna niemal tak dobrze jak łowczy. – Słuchamy wiadomości, w radiu ciągle mówią o pumie.
Ale ani w sklepie, ani w pobliskim barze Zamkowym puma nie jest tematem numer jeden. Tu większe emocje wywołuje najbliższy mecz i pytanie, czy miejscowa A-klasowa Polonia podniesie się z kolan po pogromie ze Skalnikiem z Tarnowa Opolskiego. – Z pumą my już oswojeni, ona ludzi nie atakuje, a w dzień śpi – tłumaczy pięćdziesięcioparoletni mężczyzna.
– Ale z klatką na pewno będzie bezpieczniej – zaznacza sprzątająca w nadleśnictwie pani Mariola. Jej zięciowi kilkanaście dni temu puma przemknęła przed niebieskim punto.
Do relacji łowczego wojewódzkiego i prószkowskiego myśliwego, którzy widzieli drapieżnika, dyrektor Ferster podchodzi z rezerwą. Z jeszcze większą do amatorskich filmów. – Może to puma w oddali, a może kot w zbliżeniu? – komentuje nagrania. – Jeszcze trochę, a zostanę ogólnokrajowym konsultantem ds. łapania pumy – uśmiecha się, ale nie zgadza się ze swym podwładnym Stanisławem Potońcem, który w przypływie szczerości twierdzi, że urzędnicy łapią ducha. Nie pochwala też miejscowych dziennikarzy, którzy rzecz próbują sprowadzić do zabawy, szukając dla zwierzaka imienia.
Ferster zdaje sobie sprawę, że wychodzące z centrum kryzysowego informacje niewykluczające obecności drapieżnika są odbierane jako niepokojąco brzmiące apele samorządowców. – Ale lepiej, żeby mieszkańcy byli spanikowani, niż zaatakowani – konkluduje.
Kosztów operacji „Puma” nikt nie liczy. Urzędnicy, weterynarze, policja i służby leśne zajmują się akcją w ramach swoich obowiązków. Myśliwi tylko zwiększyli czujność. – Będą alarmować, gdy znajdą zagryzioną sarnę lub dzika – mówi Plewka.
Ale trafić na nie będzie trudno, bo ostatnie sygnały o zagryzionej zwierzynie dotarły w połowie kwietnia. Na początku zgłaszano ich kilka dziennie, teraz raz na kilka dni.
– Puma ma szansę przetrwać do sezonu ogórkowego – uśmiechają się znacząco pracownicy dyżurujący w opolskim centrum kryzysowym.
[ramka][srodtytul]Wśród Anglików puma budzi strach już od 40 lat[/srodtytul]
Puma z Surrey pierwszy raz została zaobserwowana w 1959 r. Według książki „Legendy miejskie” Marka Barbera spotkanie z nią przeżył wówczas A. Burningham. Wielki kot miał przebiec tuż przed jego samochodem, którym przemierzał drogę w Crondall w hrabstwie Surrey. Poinformował o tym fakcie w 1962 r., gdy odnotowano inny taki przypadek – sprawę opisała lokalna gazeta. Od tej pory wiele osób informowało o spotkaniu z pumą. W 1966 r. zrobiono zdjęcie pumy z Surrey. Fotografia była na tyle nieostra, że trudno było rozróżnić, jakie zwierzę sfotografowano. Ostatni przypadek został zgłoszony w 2000 r. Puma miała leżeć na bieżni kompleksu sportowego w Guildford. Legenda o pumie z Surrey nie jest jedyną opowieścią o spotkaniu wielkiego kota tam, gdzie teoretycznie nigdy nie powinien się pojawić. Takie historie są powszechne w folklorze amerykańskim (pantery z Motown). W Anglii znane są też legendy o bestii z Exmoor i gepardzie z Shooter Hill. [/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA