fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Szkoła nie potrzebuje wielkich reform, tylko małych zmian

Nie sądzę, by minister edukacji był zmuszony do inaugurowania kolejnej wielkiej reformy. Dziś potrzebujemy raczej wspomożenia tych wysp oświaty publicznej i niepublicznej, na których dzicy nie pożerają misjonarzy – pisze nauczyciel i publicysta
Czy minister Katarzynie Hall uda się znacząco zmienić polską szkołę? A czy w ogóle rolą Ministerstwa Edukacji jest wprowadzanie wielkich reform? Lepiej by było, aby rola centralnej administracji oświatowej znacząco spadła, by rola administracji samorządowej (obecnie to ona jest organem prowadzącym dla szkół publicznych) zaczęła spadać, zamiast rosnąć, i by o płacach nauczycieli w większym stopniu decydowali rodzice, a nie rząd Rzeczypospolitej.
[srodtytul]Reformy zapomnianych ministrów[/srodtytul]
Szkoła przeszła w ciągu ostatnich 18 lat poważne zmiany i spore reformy. Dwie największe to wprowadzenie gimnazjów oraz tzw. nowej matury. Warto przybliżyć mechanizm tych dwóch reform.
Otóż istniały niewielkie grupy ekspertów przekonanych, że mają dobry, chociaż rewolucyjny pomysł. Antyszambrowały z nim po różnych gmachach, bez skutku. Wtem w gmachu przy alei Szucha pojawiał się świeżutki jak szczypiorek minister, którzy zaczynał szukać odważnego pomysłu na reformę edukacji narodowej. Zarówno pomysł gimnazjalny, jak maturalny był odważny, czerpiący z doświadczeń europejskich i dający nadzieję na poprawę wyników nauczania w polskich szkołach.
Z wielkim trudem, wśród nieustannych krytyk, ministrowie wprowadzili w życie wielkie reformy, by następnie odejść w niepamięć – ani jeden z byłych ministrów oświaty nie ubiega się o ponowne objęcie tej posady.
[srodtytul]Bez przemocy i kradzieży[/srodtytul]
Paradoksem tej sytuacji jest jednak to, że o ile Ministerstwo Edukacji, często oskarżane o bezruch i marazm, podołało wielkim, skomplikowanym i niepopularnym zadaniom, o tyle okazuje się bezradne w przeprowadzeniu zmian w szkole. Nie reform w systemie, tylko właśnie zmian.
[wyimek]Administracji oświatowej łatwiej jest przeprowadzić zmianę sposobu kształcenia setek tysięcy ludzi, niż wpłynąć, aby w szkolnej szatni nie dochodziło do kradzieży[/wyimek]
Roman Giertych – zły minister edukacji – doznał porażki, z której wszyscy możemy wiele się nauczyć. Giertych i jego doradcy pragnęli właśnie zmian w szkole i pokazali, że to niemożliwe. Administracji oświatowej łatwiej jest bowiem przeprowadzić zmianę sposobu kształcenia setek tysięcy ludzi, niż wpłynąć, aby w szkolnej szatni nie dochodziło do kradzieży, albo by zminimalizować przemoc.
Szkoła nie potrzebuje już wielkich reform. Potrzebuje licznych zmian wprowadzonych w życie przez nauczycieli, uczniów i rodziców. Nie sądzę, by dobry minister edukacji narodowej zmuszony był do inaugurowania kolejnej wielkiej reformy. To, czego dzisiaj potrzebujemy, to wspomożenia tych wysp oświaty publicznej i niepublicznej, na których dzicy nie pożerają misjonarzy.
[srodtytul]Swoboda i pieniądze[/srodtytul]
Katarzyna Hall jest wyjątkowym ministrem edukacji narodowej, bo to wszystko, co powyżej napisałem, rozumie. Dobrze wie, że urawniłowka – te wszystkie tabele płac, standaryzacja egzaminów w szkołach podstawowych, walka o przecinki w Karcie nauczyciela, debaty sejmowe i ministerialne nad bezpieczeństwem w szkołach, ogłaszane z dumą podwyżki – polskiej oświacie nie służą.
Szkoły muszą mieć swobodę i pieniądze. Swobodę w tym, aby stosować albo nie stosować się do zapisów Karty nauczyciela, i w tym, by stosować się do programów nauczania zatwierdzonych w Warszawie lub nie. Potrzeba, aby szkoły społeczne rosły w liczbie, stając się dostępne dla dzieci z niezamożnych domów. Potrzeba, aby szkoły publiczne były nagradzane nie tylko za dobre wyniki naukowe najzdolniejszej młodzieży, ale i za – wydawałoby się – niewielkie osiągnięcia młodzieży mało zdolnej czy po prostu trudnej, bo o taki sukces nauczycielom dużo trudniej.
Krótko mówiąc, potrzeba, aby pieniędzy w oświacie było więcej, za to regulacji i standaryzacji – mniej.
[srodtytul]Czego nie zrobi Platforma[/srodtytul]
Jednak pani minister i jej ekipa idzie inną ścieżką. Słyszymy o wielkiej reformie (jej skala jest zresztą wyolbrzymiana przez media) wysyłania sześciolatków do szkoły. O wielkiej reformie wydłużenia gimnazjalnego kształcenia w pierwszym roku licealnym (wielkie mi rzeczy, podobnie robimy w naszej szkole, nie wiedząc, że to takie wielkie halo). O burzliwych negocjacjach na szczeblu, jakżeby inaczej, centralnym ze związkami zawodowymi, które przecież lepiej wiedzą, ile ma zarabiać X w, powiedzmy, Pułtusku.
Cała Platforma Obywatelska boi się etykietki bogatych liberałów, szkoły społeczne zatem są traktowane jak zawsze. Boi się etykietki antyzwiązkowej, nie pozostawi zatem wysokości płac decyzji dyrektorów szkół. Boi się oskarżeń o prywatyzację i rozkradanie majątku narodowego, szkół zatem nie usamodzielni.
Ciężko jest nie robić reform, a robić tylko małe zmiany.
[i]Autor jest publicystą, dyrektorem I Społecznego Liceum Ogólnokształcącego w Warszawie, nauczycielem tej szkoły od jej powstania w 1989 roku. Jest stałym felietonistą „Dziennika”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA