fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sztuka

Falowanie nastrojów malarza między prostotą a wyuzdaniem

Jacek Sempoliński, Męćmierz, 1979, olej. Praca z okresu, gdy w twórczości pojawia się destrukcja
PGS Sopot, Jerzy Bartkowski Jerzy Bartkowski
Jan Bończa-Szabłowski
Ekspozycja w Sopocie to pierwsza próba spojrzenia na fenomen twórczości Jacka Sempolińskiego po śmierci artysty.
Kiedy Jacek Sempoliński w ubiegłym roku w sali Zachęty odbierał Złotą Glorię Artis, wielu wspominało wielką wystawę jego dokonań otwartą w tych salach przed dziesięciu laty. Gdy zapytałem artystę, kiedy będzie następna, powiedział z lekkim uśmiechem: „Już chyba po śmierci". Niestety, miał rację. Wczoraj w sopockiej Państwowej Galerii Sztuki otwarto jego retrospektywę.
Uczeń Eugeniusza Eibischa, absolwent warszawskiej ASP, od połowy lat 50. XX wieku. związany z tą uczelnią, szybko stał się jej cenionym profesorem. Dla studentów był zawsze kimś niezwykle inspirującym, choć sam przyznał w jednym z wywiadów:
– Moja twórczość przy użyciu środków tradycyjnych, jakimi są farba, kredka, ołówek, w porównaniu z pracami młodych artystów jest nazbyt estetyczna i elegancka.
Jego dorobek malarski, co widać wyraźnie na sopockiej wystawie, wywodzi się z tradycji polskiego koloryzmu. Do tego dochodzi etos pokolenia Arsenału 55. Niektóre prace wyglądają wręcz jak stare freski czy szkice scenografii. To nawiązanie do artystycznych początków Sempolińskiego.
Sopocka „Próba retrospektywy" pokazuje wyraźne falowanie nastroju artysty. Na początku ekspozycji mamy prace pełne poezji, spotykamy motywy zaczerpnięte ze studium pejzażu, dostrzegamy w nich elementy architektury, są wiejskie chaty, domy widziane z lotu ptaka. Wszystko w ciepłych tonacjach żółci, brązu, zieleni. Jeszcze na początku lat 70. widać wyraźną fascynację kolorem, światłem, fakturą, natura wydaje się tu czytelną inspiracją. Potem ta inspiracja jest coraz trudniej dostrzegalna. Kontury się zacierają.
W późniejszych pracach dostrzeżemy ciemne błękity, fiolety, zimne szarości. Wtedy pojawiają się w twórczości Sempolińskiego dramatyczne wątki egzystencjalne. W niektórych rozciętych lub poszarpanych płótnach widoczny jest element destrukcji. Zmagania się artysty z materią.
Kiedy widzowie przyzwyczaili się do metafizyki obecnej w wielu „rozmazanych" pracach Sempolińskiego, artysta dokonał niespodziewanego zwrotu i wtedy obrazy i rysunki zaczęły być wypełniane przez twarze, ciała, członki. Sempoliński – jak zauważył kurator wystawy Bogusław Deptuła – nie tylko nie przestraszył się mocy tej cielesności, ale wręcz czerpał z niej siłę do malowania kolejnych prac stojących na granicy bluźnierstwa.
Sam artysta wyodrębnił kiedyś dwa rodzaje sztuki: przyzwoitą i wyuzdaną. Pierwsza mieści się w granicach i normach języka sztuki, druga ma ambicje je przekraczać. Pierwsza bywa dobra, druga staje się zaś niekiedy sztuką wielką. Tyle że jest ona tyranią i dyktatem, bo wymaga całkowitego podporządkowania grze. Za jaką sztuką opowiadał się Sempoliński, warto sprawdzić w Sopocie.
Jan Bończa-Szabłowski
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA