fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Kto chce wojny w Syrii

Demonstracja na przedmieściach Damaszku, gdzie w środę miało dojść do ataku chemicznego
AFP
Pentagon twierdzi, że jest gotów do interwencji. Damaszek odpowiada: ta kula ognia podpali cały region.
Pentagon poinformował, że czeka na decyzje prezydenta Baracka Obamy. Na Morzu Śródziemnym z tego powodu pozostał niszczyciel „USS Mahan” dołączając do trzech innych amerykańskich okrętów wojennych. Wszystkie są uzbrojone w pociski manewrujące przeznaczone do atakowania celów naziemnych.
Wiadomo, że prezydent USA w sobotę rozmawiał z premierem Wielkiej Brytanii o tym, jak odpowiedzieć na środowy atak chemiczny pod Damaszkiem, w którym – wedle syryjskiej opozycji – miało zginąć ponad tysiąc osób. Oficjalnie z ogłoszeniem decyzji Obama czeka jednak do czasu potwierdzenia doniesień o ataku.
Bez względu na to, co postanowi, musi mieć świadomość, że wpłynie to nie tylko na losy Syrii i regionu, ale także na ocenę jego prezydentury. Dokładnie tak samo, jak brak działań w Rwandzie kładzie się cieniem na ocenie prezydenta Billa Clintona, a interwencja w Iraku wpływa na ocenę George'a W. Busha.

Wszystkie złe opcje

Sekretarz obrony USA odmówił wczoraj odpowiedzi na pytania o to, jakie ewentualne działania militarne rozważa Pentagon. Pewne jest jedno: zrealizowanie żadnego planu nie będzie łatwe.
Od miesięcy eksperci spekulowali o możliwym utworzeniu stref buforowych przy granicach Turcji i Jordanii. Mogliby się tam schronić cywile, a rebelianci zyskaliby bezpieczną bazę. Takie rozwiązanie teoretycznie ograniczyłoby ilość żołnierzy sił międzynarodowych zaangażowanych w interwencję. Tyle że zapewne staliby się oni celem ataków syryjskiej armii, a zatem niezbędne byłoby też ustanowienie strefy zakazu lotów. „W operację zaangażowanych byłoby więc tysiące żołnierzy sił lądowych USA, nawet poza Syrią, by wspierali tych, którzy fizycznie broniliby strefy buforowej” – twierdzi przewodniczący kolegium szefów sztabów sił zbrojnych USA gen. Martin Dempsey. Jednocześnie taka opcja oznacza pozostawienie syryjskim siłom rządowym kontroli nad niemal całym terytorium kraju, osłabienie grup rebelianckich i nie zagwarantuje powodzenia.
Już samo ustanowienie strefy zakazu lotów jest potężnym wyzwaniem, bo w Syrii znajduje się około 650 obiektów obrony powietrznej. W studium sił powietrznych USA napisano: „Syryjski system obrony powietrznej od początku wojny domowej został udoskonalony i możliwe, że obecnie jest jednym z najszczelniejszych na świecie, zaraz po północnokoreańskim i rosyjskim”.
Raport Instytutu Badań nad Wojną wskazuje, że unieruchomienie głównych syryjskich baz lotniczych wymagałoby minimum 72 rakiet Cruise i to w pierwszych godzinach od rozpoczęcia interwencji. To oznacza zaangażowanie kilkuset samolotów, a i tak nie daje gwarancji pożądanego efektu, bo – jak twierdzi emerytowany amerykański dowódca na Bliskim Wschodzie gen. James Mattis – „nie zakończy zabijania”. Większość cywilów w Syrii ginie bowiem nie w atakach z powietrza, a podczas operacji sił lądowych.
Kolejnym rozważanym w Waszyngtonie scenariuszem są precyzyjne ataki na ośrodki, gdzie znajduje się broń chemiczna (Damaszek może dysponować kilkuset tonami sarinu, VX, gazu musztardowego). Taka opcja – wedle gen. Dempseya – oznacza zaangażowanie m.in. kilkuset samolotów i kilku tysięcy żołnierzy wojsk specjalnych. I znów gwarancji sukcesu brak, bo operacja zakończy się „przejęciem kontroli najwyżej nad większością, ale nie nad całym arsenałem syryjskiej broni chemicznej”.

Dowody i sondaże

Barack Obama, jeśli podejmie decyzję o interwencji, nie może liczyć na przychylność rodaków. Z najnowszego sondażu wynika, że taką decyzję poparłoby zaledwie 9 proc. Amerykanów, a przeciw byłoby 60 proc. Jeśli pojawiłyby się potwierdzone informacje o użyciu przez reżim syryjski broni chemicznej, jedna czwarta opowiedziałaby się „za”, ale 46 proc. wciąż byłoby przeciw.
Problem w tym, że niepodważalne dowody mogą się nigdy nie pojawić. Mogli je zdobyć inspektorzy ONZ, którzy znajdowali się kilkanaście kilometrów od przedmieść Damaszku, na które miały spaść ładunki chemiczne. Choć było jasne, że dla wiarygodności pobranych próbek na wagę złota jest każda godzina, dopiero wczoraj inspektorzy otrzymali informacje, że będą mogli jechać na miejsce ataku. Wcześniej armia prowadziła intensywne bombardowania tych terenów, co mogło wskazywać – jak twierdziła opozycja – na zamiar zniszczenia dowodów.
Syryjski minister informacji ostrzegł wczoraj, że interwencja wojskowa Zachodu „będzie kulą ognia, od której zapłonie Bliski Wschód”. Wcześniej kilka razy podobne oświadczenia wygłaszał sam prezydent Baszar Assad.
Sęk w tym, że brak reakcji wcale nie musi oznaczać, że syryjski konflikt nie rozleje się na cały region. W Libanie, gdzie przez kilka lat udawało się utrzymywać kruche porozumienie między mniejszościami religijnymi, dochodzi do coraz ostrzejszych starć między sunnitami a szyitami. Ostatnio konflikt zaogniły informacje o zaangażowaniu Hezbollahu w wojnę w Syrii po stronie reżimu. W piątek w eksplozjach samochodów pułapek przed dwoma sunnickimi meczetami zginęło 47 osób, a rannych zostało pół tysiąca.
Niedługo potem al Kaida Islamskiego Maghrebu, uważana za jedną z najpotężniejszych odnóg terrorystycznej międzynarodówki, choć nigdy dotąd nie prowadziła operacji w Libanie, zapowiedziała, że przeprowadzi akcję odwetową na Hezbollahu.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA