fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wspomnienia

Niki Lauda. Szczery do bólu

Niki Lauda był mistrzem świata Formuły 1w latach 1975, 1977 i 1984
AFP
W wieku 70 lat zmarł Niki Lauda. Austriak, trzykrotny mistrz świata, stał się jedną z legend Formuły 1, nie tylko dzięki sukcesom na torze.

Nieważne, czy za czasów swoich wielkich triumfów w latach 70. i na początku lat 80., czy w czasach współczesnych, Lauda po prostu nie pasował do otoczenia. Gdy jego rywale wiedli radosne życie zarabiających krocie gwiazdorów, Austriak skupiał się na pracy nad sobą i samochodem.

Przydomek Szczur nadano mu z powodu charakterystycznego uzębienia, ale równie dobrze mógłby sobie nań zasłużyć inteligencją i skłonnością do chadzania własnymi ścieżkami. Nie bał się też szczerze mówić tego, co myślał – dlatego nie pasował do świata uczesanej i wytresowanej Formuły 1, w której należy być politycznie poprawnym i posługiwać się korporacyjną nowomową.

Wbrew rodzinie

Lauda nie zginał karku przed żadnym autorytetem. Bojowy chrzest zaliczył jeszcze za młodu: rodzina nie chciała słyszeć o wyścigowej karierze, a on stanął okoniem. „Nazwisko Lauda ma pojawiać się na finansowych stronach gazet, a nie sportowych" – grzmiał jego dziadek, zamożny wiedeński przemysłowiec Hans Lauda.

Gdy dowiedział się, że przedsiębiorczy wnuk zamierza zaciągnąć kolejny kredyt na finansowanie wyścigowej pasji, osobiście interweniował u dyrektora banku. Wówczas Niki ostatecznie zerwał więzi z rodziną, zastawił w innym banku swoją polisę na życie i nadal pędził w stronę F1.

Początkowo musiał płacić za starty w słabych zespołach – najpierw w March, następnie w BRM. Przed sezonem 1973 mógł się pochwalić jedynie rosnącym zadłużeniem i brakiem perspektyw na sfinansowanie sezonu w barwach BRM. Zorganizował jednak spotkanie szefa zespołu Louisa Stanleya i przedstawiciela udzielającego mu pożyczki banku. Bariera językowa sprawiła, że Lauda musiał wystąpić w roli tłumacza – i tak pokierował rozmową, iż Stanley nabrał przekonania, że kierowca ma zapewniony budżet na cały sezon.

Tymczasem Lauda zakładał, że z resztek pieniędzy (i kolejnej pożyczki) zapłaci pierwszą ratę, a zanim przyjdzie termin spłaty kolejnej, udowodni swój talent i zasłuży na godziwsze warunki współpracy. W ostatnim wyścigu przed terminem – na ulicach Monako – jechał na trzeciej pozycji, gdy popsuła się skrzynia biegów. Stanley zaoferował mu wówczas normalny kontrakt, już z pensją.

Występ na ulicach księstwa przyniósł jeszcze coś więcej. „Daj znać, gdyby dzwonili z Ferrari" – tak Lauda żartobliwie żegnał się ze swoją sekretarką przed wyjściem z małego biura w Salzburgu. Pewnego razu żart zamienił się w rzeczywistość: pogrążony w kryzysie włoski zespół postanowił sprawdzić, na co stać młodzieńca, który nie mógł się pochwalić niczym więcej niż piątym miejscem w GP Belgii 1973. W podjęciu decyzji pomógł wracający do Scuderii Clay Regazzoni – Szwajcar spędził sezon 1973 razem z Laudą w ekipie BRM i dostrzegł ogromny talent Austriaka.

Pamiętna kraksa

Po pierwszym teście w czerwonym samochodzie szefostwo Ferrari było ciekawe opinii nowego kierowcy. Lauda bez ogródek wypalił, że auto nie nadaje się do niczego. Na jego szczęście Enzo Ferrari mówił tylko po włosku, więc inżynierowie zdążyli dać Nikiemu do zrozumienia, że „Staruszek" nie przywykł do krytyki jego maszyn.

Pewny siebie Lauda zapewnił, że po wprowadzeniu sugerowanych przez niego zmian samochód będzie znacznie szybszy. Enzo dał mu tydzień i zagroził, że jeśli czasy okrążeń nie będą lepsze o sekundę, to natychmiast go wyrzuci. Nie musiał – wskazówki Laudy pomogły. Dwa lata później, w sezonie 1975, Austriak był już mistrzem świata, a dzięki niemu Scuderia zakończyła dziesięcioletnią passę upokorzeń w walce o tytuły.

Dramatyczny sezon 1976 znają wszyscy kibice F1: Lauda zwiększał przewagę nad Jamesem Huntem z McLarena, aż do pamiętnej kraksy na Nürburgringu. Z płonącego wraku Ferrari wyciągnęli go inni kierowcy, a w niemieckim szpitalu ksiądz udzielił mu ostatniego namaszczenia. Ale Lauda nie tylko nie zamierzał umierać – chciał też obronić mistrzowski tytuł. Sześć tygodni po wypadku, z oszpeconą twarzą i wciąż krwawiącymi ranami po oparzeniach, zajął czwarte miejsce na włoskiej Monzy. Zatrudniony już w jego miejsce Argentyńczyk Carlos Reutemann był dziewiąty.

W deszczowym finale sezonu na japońskim torze Fuji oparzone powieki Laudy tak bardzo utrudniały mu życie za kierownicą, że Austriak po dwóch okrążeniach zjechał z toru, dobrowolnie rezygnując z walki o tytuł. Hunt pokonał go jednym punktem.

Inżynierowie Ferrari sugerowali, by usprawiedliwić się awarią samochodu, ale Lauda nie chciał szukać wymówek. Zawsze grał w otwarte karty, gardził kłamstwem.

Sukces w Mercedesie

Rok później odzyskał tytuł, ale był już tak zmęczony atmosferą w Ferrari, że przesiadł się do Brabhama. Postawą na Fuji udowodnił, że zwyciężanie za wszelką cenę nie leżało w jego naturze, a pod koniec sezonu 1979 pokazał też, iż same wyścigi nie są dla niego wszystkim. Podczas treningów w Kanadzie po prostu wysiadł z samochodu i powiedział Berniemu Ecclestone'owi – wówczas szefowi ekipy Brabham – że nie interesuje go już jeżdżenie w kółko i kończy karierę.

Nie wytrzymał jednak długo poza F1, do powrotu namówił go Ron Dennis, szef McLarena. Wrócił na początku sezonu 1982, wygrał wyścig już w trzecim starcie, dwa lata później do kolekcji sukcesów dorzucił trzeci mistrzowski tytuł, a w 1985 roku na dobre zakończył karierę.

Gorzej wiodło się Laudzie na kierowniczych stanowiskach w zespołach Formuły 1. Rola konsultanta w Ferrari przypadła akurat na smutny czas przed wielkimi triumfami Michaela Schumachera, a przygoda z koncernem Ford i szefowaniem ekipie Jaguara trwała nieco ponad rok. Wszystko zmieniło się w 2013 roku, kiedy Lauda został prezesem zespołu Mercedes. Odegrał kluczową rolę w ściągnięciu do ekipy Lewisa Hamiltona, a współprowadzona przez niego ekipa jest od sezonu 2014 niepokonana na wyścigowych torach.

Zawsze pozostawał sobą, nie przebierał w słowach, słynął z konkretnych i szczerych do bólu wypowiedzi. Bezwzględnie skuteczny na torze, bezkompromisowy poza nim – także w interesach. Wymknął się śmierci na torze wyścigowym, ale ostatecznie przegrał walkę po podwójnym przeszczepie płuc. Operację przeszedł w sierpniu zeszłego roku, później stopniowo podupadał na zdrowiu. Zmarł w poniedziałek wieczorem, we śnie.

Autor jest komentatorem telewizji Eleven Sports.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA