Wspomnienia

Roman Kłosowski nie żyje

Fotorzepa, Rafał Guz
W poniedziałek nad ranem w szpitalu w Łodzi zmarł Roman Kłosowski. Miał 89 lat.

Wyspecjalizował się w rolach komediowych, ale też dość szybko udowodnił, że potrafi wzruszać a nawet budzić strach. Zagrał dziesiątki ról teatralnych, filmowych, telewizyjnych, jednak dla masowej publiczności zawsze pozostanie przede wszystkim Romanem Maliniakiem z serialu „Czterdziestolatek”.

O „nienachalnej” urodzie i „nienadmiernym” wzroście aktora przypominano mu już od szkoły teatralnej. Aleksander Zelwerowicz długo nie mógł pogodzić się z faktem, że tak może wyglądać aktor. Po jednym z pierwszych zajęć zagadnął: „Panie Romanie, czy pan zdaje sobie sprawę z tego, że pan jest... z francuska mówiąc, żeby zbytnio pana nie urazić, curduple". I dodał jeszcze: „curduple jamnikowaty”. Kłosowski, jak sam wspominał, poczuł się dosłownie zmiażdżony tego typu komplementem. Zelwerowicz widząc w młodym chłopaku wielki zapał, talent i pracowitość nigdy nie powracał do tego typu porównań a po latach zaproponował mu wspólne zdjęcie z dedykacją.

Wiedział, że jako „antyamant” może liczyć przede wszystkim na role charakterystyczne. I tak się stało. Zadebiutował w głośnej ekranizacji „Celulozy” w 1953 roku . Potem wypłynął w kinie na odwilży popaździernikowej. Reżyserowali Chmielewski, Munk, Kawalerowicz, Ford. Śmiał się, że potrzebny był im chłopak z zadartym nosem. I rzeczywiście miał całą serię tego typu ról, m.in. Lulka w „Ewa chce spać”. Marek Hłasko zaproponował go do „Bazy ludzi umarłych”, a potem grał we wszystkich ekranizacjach jego utworów. m.in. „Pętli” „Ósmym dniu tygodnia” a w „Bazie ludzi umarłych” stworzył przejmującą postać Orsaczka.

Miał też okazję poznać Marka Hłaskę. – Było to we Wrocławiu – wspominał aktor. - Wieczorem w lokalu Hłasko tańczył z Agnieszką Osiecką. Kiedy potem poprosiłem ją do tańca, Marek, nieco wstawiony, rzucił się na mnie i zaczął dusić. Wtedy sięgnąłem dość zręcznym chwytem po butelkę i obezwładniłem przeciwnika. Tak staliśmy się przyjaciółmi.

Andrzej Kondratiuk najwyraźniej docenił egzotykę jego urody, bo zaproponował mu postać Księcia maharadży Kaburu w „Hydrozagadce”. To było w 1971 roku. A lata 70. przyniosły mu najpopularniejszą rolę telewizyjną, czyli Romana Maliniaka w serialu „Czterdziestolatek”.

Maliniak zyskał popularność, ale to w sumie dość mętna postać... – Na początku miałem sporo obiekcji, czy ją przyjąć – twierdził Kłosowski – Facet raczej wredny, lizus, podkopujący zaufanie do szefa. Ale musiał mieć coś w sobie, skoro budził sympatię. Myślę, że niejeden polityk mógłby się w nim przejrzeć.

Kłosowski świetnie odnalazł się też w magicznym filmowym świecie Andrzeja  Barańskiego. Stworzył wzruszającą postać Chruścika, w filmie „Kramarz”.

– Pochodzę z rodziny rzemieślniczej. – wspominał – Świat, w którym się obraca filmowy kramarz, jest mi bardzo bliski. Mój tata był rymarzem i tapicerem. Pracowałem u niego w warsztacie, bardzo nieudolnie, ale dobrze poznałem to środowisko. Reżyserowi i mnie zależało, by pokazać perypetie człowieka, który musi jakoś przebrnąć przez to życie.

Ważną pozycję w jego życiu, zawsze odgrywał teatr. Po ukończeniu warszawskiej PWST zadebiutował w Szczecinie w „Szczęściu Frania” Perzyńskiego. Potem była głównie Warszawa, Teatr Dramatyczny, a przez wiele lat Syrena. Tam właśnie zagrał kolejną rolę swego życia – „Dobrego wojaka Szwejka”. Przyznał mi jednak, że nie była to jedyna wymarzona postać:

-- Kiedy kończyliśmy szkołę teatralną, każdy rzucał kartkę z rolą, którą chciał zagrać. Ja wrzuciłem Ryszarda III. Nie jestem złym człowiekiem, ale mam świadomość, że jak w każdym z nas pojawiają się cechy, z którymi trzeba walczyć. Nie musiałem rozglądać się wokół, wystarczyło poszukać tego w sobie. Nie wiem, czy było to moje największe osiągnięcie, ale z pewnością to nie była klęska. I myślę, że byłem w tej roli równie prawdziwy jak w wielu innych. To było po prostu inne spojrzenie na Kłosowskiego.

To marzenie spełnił dopiero wtedy, gdy sam został dyrektorem Teatru Powszechnego w Łodzi.

Ostatnie lata spędził w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie  jego dawny kolega z Syreny, Jan Tomaszewicz  objął dyrekcję Teatru Osterwy Tam na 60-lecie pracy artystycznej wystąpił w roli Krappa w „Ostatniej taśmie”. Becketta.

– Beckett opowiada o etapie życia, w którym teraz jestem – mówił mi w 2015 roku – To końcówka życia. Pełnego spełnionych i zawiedzionych nadziei. Ja też stoję przed dylematem: pracować dalej czy nie. Patrzę na to, co mi się udało, a co mógłbym zrobić lepiej. Szczere wyznanie, którym chciałbym podzielić się z widzami. Oczywiście, jest to wspaniała literatura. Tych, którym kojarzę się z komedią i śmiechem, pewnie znów zaskoczę. Ale właśnie tak próbuję ustawić swoje aktorstwo. I dlatego wydaje mi się, że jestem aktorem prawdziwym. Ja nie kłamię, nie udaję. Ja jestem.

W życiu prywatnym był szczęśliwym mężem. Z małżonką Krystyną spędził ponad pół wieku. Po jej śmierci zapadał na zdrowiu, nasilała się  postępująca wada wzroku. Ostatnie tygodnie spędził w domu pomocy społecznej pod Łodzią, gdzie mieszka jego syn.

Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL