fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sztuka

Edward Dwurnik - Przez sztukę jechał autostopem

Edward Dwurnik
Fotorzepa, Dominik Pisarek
W niedzielę, 28 października, w wieku 75 lat zmarł Edward Dwurnik.

Zacznę cytatem – bo to właściwie jego odautorski komentarz do śmierci: „Pierwszą przyczyną, dla której maluję ludzi, jest żal nad ich i swoją niedoskonałością. Żal, że całe dorosłe życie człowieka polega na pokonywaniu oporu własnego ciała (…). Dzieje się to w tym samym czasie, gdy nasza świadomość biegnie daleko naprzód, wytwarza fantastyczne idee, których niestety nie jesteśmy w stanie zrealizować i które zamieniają się w marzenia”.

Był pełen przeciwieństw. Uważny obserwator, żywiący się tym, co widać dookoła. Balansujący między sprzecznościami – raz patetyczny, zaraz potem jadowicie złośliwy. To bezemocjonalny dokumentalista, to znów romantyk. Zawsze nonkonformista. Nawet sobie samemu nie dawał forów, powielając raz sprawdzone motywy czy stylistyki.

Eksperymentował, balansując między bezczelnością a tytaniczną pracą.

Artysta z sukcesem

Zostawił gigantyczny dorobek: około 6 tys. obrazów i ze 20 tys. rysunków i grafik. Do tego udział w setkach wystaw, wywiady, realizacje okolicznościowe. Jest obecny (pracami) w publicznych i prywatnych kolekcjach i jak mało który polski artysta naprawdę osiągnął międzynarodowy sukces.

Jednak… uparcie odmawiał propozycjom emigracji. „To nie miałoby sensu” mówił, „człowiek, który emigruje, zawsze jest przybyszem w nowym miejscu. Jego szanse zawsze będą mniejsze niż rdzennych mieszkańców. Z tą globalną wioską to nieprawda. Korzenie są najważniejsze, bagaż miejsca, z którego człowiek się wywodzi.”
Sam wywodził się z podwarszawskiego Radzymina, z dobrze sytuowanej rodziny. Matka Władysława była ludową hafciarką, zaś ojciec Władysław trudnił się wytwarzaniem metalowej galanterii – zawód wówczas określany mianem „prywaciarza”. Edward obserwował scenki rodzajowe w warsztacie taty i rejestrował je w rysunkach. Niekoniecznie budujące, ale pełne emocji.

Było mu także dane odkryć amerykańskie komiksy wcześniej,niż jego rówieśnikom. Sam również chciał opowiadać historie za pośrednictwem obrazków. Najpierw jednak chciał umieć to robić. Zdał na warszawską Akademię Sztuk Pięknych, zapisał się do pracowni kolorysty Eugeniusza Eibischa. potem jeszcze na rzeźbę u Jerzego Jarnuszkiewicza, bo skusiły go dziewczyny z tego wydziału.

Gdy był już znanym i pokupnym artystą, wielokrotnie proponowano mu poprowadzenie zajęć na uczelniach. Nie przyjął żadnej z tych propozycji – był „zazdrosny o czas”. „Nauczanie to odpowiedzialne i czasochłonne zajęcie, nie można tego robić byle jak. A ja nie znoszę prowizorki, strasznie mnie złości”.

Był uzależniony od… malowania. Nie potrafił bez tego żyć – mówił, że najdłużej wytrzymał tydzień. Jednak umiał też spędzać czas wolny od pracy bujnie, towarzysko, z rozmachem. O jego zamiłowaniu do dobrych samochodów, markowych ciuchów i atrakcyjnych kobiet krążyły legendy.

Podziw dla Nikifora

Najważniejsze jednak były dla niego kontakty artystyczne. Najbliższy mu był Nikifor Krynicki. Edward spotkał się z jego sztuką w 1965 roku i… padł przed nim na kolana, bijąc pokłony. Dosłownie! Tę scenę opisał w wywiadzie, który przeprowadzałam z nim 17 lat temu: „Andrzej Banach przywiózł go na warszawską ASP. Usiadł na ławce i rysował pałacyk. Budował gzyms po gzymsie, okno za oknem. Podsunął mi pomysł na styl.”

Po tym spotkaniu Dwurnik przez pewien czas peregrynował po Polsce śladami Nikifora. Udawał ubogiego, jako że chciał wczuć się w sytuację bytową swego idola. Jak tamten, sprzedawał rysunki i akwarelki po 5, 10 zł na rynku w Krakowie. Można powiedzieć: swoisty reportaż wcieleniowy.

Potem zaczął jeździć autostopem po Polsce prowincjonalnej. Ta przygoda zaowocowała wielkim, quasi-reporterskim cyklem „Podróży autostopem”. Zaczęty w latach 60., był kontynuowany przez kilka dekad.
Właściwie, Dwurnik autostopem wyjeździł sobie sukces. W czasie tych podróży obserwował i rysował PRL-owskie realia. Równolegle powstająca seria „Sportowców” pokazywała człowieka niepoczciwego doby realnego socjalizmu: cwaniaczków, kombinatorów, leserów, podczas nic-nie-robienia palących papierosy sporty – stąd tytuł. Po tym prześmiewczo–krytycznym cyklu przyszedł znacznie poważniejszy, zatytułowany „Robotnicy”. Dwurnik trafiał nim w nastroje społeczne, ale też po raz pierwszy miał kłopoty z cenzurą.

Kiedy wybuchła moda na Neue Wilde (Nowych Dzikich), Dwurnika okrzyknięto polskim prekursorem. Portretował nie tylko ludzi, również miasta. Potem morze. Następnie – przedstawicieli zawodów, jak August Sanders w fotografii. Z tym, że Dwurnik trochę kpił z przedstawicieli różnych twórczych „profesji”, często oscylując na granicy groteski, wręcz karykatury.

Nie sposób wyliczyć jego dokonań – dla mnie ważne są „Obrazy duże” , ogromnych rozmiarów płótna, dotyczące potężnych tematów, na przykład. „Bogurodzica”, „Konstytucja 3 maja”, „Bitwa pod Grunwaldem” – dialog z Janem Matejjką.

Niejeden raz wywoływał skrajne reakcje – to niejednoznaczną postawą wobec polityki, to jakimś niezbyt uprzejmym zachowaniem, to szokowymi zmianami stylistyki, sposobu malowania. A niekiedy nawet samym tytułem obrazu, jak choćby ten: „Niech żyje wojna!”.

A tak naprawdę – Edward Dwurnik sam był wojownikiem, wiecznie przeciwstawiającym się własnemu mitowi, osiągnięciom, dorobkowi. I ten wewnętrzny bunt sprawia, że jego sztuka nigdy nie nuży.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA