fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o prawie

Na studiach kazali mi ścinać włosy

Prof. Włodzimierz Gromski
Fotorzepa/Jerzy Dudek
O tym jak został prawnikiem mówi prof. Włodzimierz Gromski, dziekan Wydziału Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego

Prawo wybrał pan trochę z braku laku.

Prof. Włodzimierz Gromski: Można tak powiedzieć. Chciałem iść na socjologię, ale nie można jej było wówczas studiować we Wrocławiu. Wybrałem więc prawo. Na pierwszym roku był przedmiot socjologiczny, który skutecznie mnie zniechęcił do zmiany kierunku. Prawo zainteresowało mnie na pierwszym roku.

Czy dobrze się studiowało we Wrocławiu?

Tak. Wyglądało to nieco inaczej niż teraz. Czas studiów był okresem gwałtownego wchodzenia w życie dorosłych. Oczywiście uczyliśmy się, ale biblioteka uniwersytecka była też miejscem spotkań towarzyskich.

Zawsze lubiłem funkcjonować w grupie. Pociągała mnie więc działalność organizacji studenckich. Niewątpliwym przebojem były rajdy. Był ogólnopolski rajd prawnika. Organizowaliśmy też rajdy międzyuczelniane. Nocowało się w schroniskach, śpiewało przy ogniskach. Piło się przy nich piwo.

Jako student próbowałem również dorabiać. Myłem okna na zlecenie studenckiej spółdzielni pracy Robot. Miałem szczęście: to była najlepiej płatna fucha.

Czy był pan pilnym studentem?

Raczej nie. Uczyłem się tylko tych przedmiotów, które mnie interesowały. Nawet poprawiałem dwa egzaminy – z prawa karnego i historii doktryn politycznych i prawnych. Pierwszego nie lubiłem, z drugiej po prostu nie zdążyłem się przygotować.

Wielu problemów przysparzało wówczas studium wojskowe. Nosiłem długie włosy, które oficerowie kazali mi ścinać.

Ściął pan?

Czasami udawało się tego uniknąć. Włosy jednak nie stanowiły wówczas największego problemu. Mój kolega musiał 17 razy zaliczać składanie karabinu maszynowego. W końcu zdał. Bywało też zabawnie. Pamiętam, że na pytanie, czym się czyści broń, jeden z nas odpowiedział: logarytmem. Prowadzący zajęcia oficer najwyraźniej nie wiedział, co to jest, bo odpowiedział, że logarytmem też można, ale lepiej wyciorem.

Dlaczego podjął pan decyzję o pozostaniu na uczelni?

Należałem do koła naukowego. Interesowałem się prawem konstytucyjnym. Razem z kolegą napisaliśmy referat, który został nagrodzony na międzyuczelnianej konferencji kół naukowych. Pamiętam, że odbywała się w Jaszowcu. Potem jeszcze bardziej zainteresowaliśmy się prawem konstytucyjnym. Obaj zostaliśmy profesorami. Kolega jest politologiem. To prof. Ryszard Herbut.

Dostać się do pracy na uczelni nie było jednak łatwo. Zaproponowano mi stanowisko asystenta-stażysty w Zakładzie Teorii Państwa i Prawa. Zgodziłem się, ale po trzech miesiącach musiałem udać się do szkoły oficerów rezerwy, tak zwanego SOR. Różnie rozwijano ten skrót. Także jako Stracony Okrągły Rok. W wojsku spędzało się bowiem 12 miesięcy (pół roku szkolenia, pół roku praktyki). Zdobyłem tam jednak wiele cennych umiejętności. Wiele czytałem; miałem ćwiczenia na poligonie. Prowadziłem też wykłady dla żołnierzy służby zasadniczej i kadry na przeróżne tematy – od historii wojskowości dla rekrutów po aktualną sytuację społeczno-polityczną.

Ale cywilów się chyba lepiej uczy?

Tak. W wojsku wykłady traktowano jako zło konieczne. Uczestnicy nie byli nimi zainteresowani. Nie chcieli zdobywać wiedzy. Z ulgą wróciłem więc na Uniwersytet Wrocławski. Nie robiłem aplikacji. Nie widziałem się w todze. Wówczas nie było to też mile widziane przez moich przełożonych na uczelni. Mój kontakt z praktyką prawniczą zaczął się dopiero 20 lat po zakończeniu studiów, kiedy przygotowywałem się do habilitacji. W 1995 r. podjąłem pracę w biurze Trybunału Konstytucyjnego jako asystent sędziego. Od tej pory nieco inaczej patrzę na prawo, nieco bardziej praktycznie. Dlatego jako Dziekan Wydziału Prawa rozumiem doktorantów i współpracowników, którzy nie poprzestają na pracy na uczelni. Staram się także, by studenci mieli wykłady z osobami, które są nie tylko teoretykami prawa, ale też praktykami.

—rozmawiała Katarzyna Wójcik

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA