fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Z Sybiru na Powstanie, z Powstania na Sybir

Na odsiecz walczącej Warszawie ruszyli żołnierze, którzy wyrwali się z sowieckiego Sybiru i wstąpili do wojska formowanego przez komunistów (na zdjęciu walki na Pradze)
Laski Diffusion/East News
Czy historia młodzieńców walczących na gruzach Warszawy może zazębiać się z dziejami ich rodaków, którzy przeżyli gehennę sowieckiego zesłania i łagrów?

Zacznijmy od tego, że w powstaniu wzięli udział sybiracy. Tak, tak, dokładnie ci sami, którzy byli wywiezieni do syberyjskiej tajgi lub na kazachstańskie stepy. Walczyli ramię w ramię z innymi powstańcami. Po drugie, niektórzy uczestnicy powstania trafili na Sybir – aresztowani przez Sowietów i wywiezieni. Po trzecie, wybuch i przebieg powstania mógł mieć wpływ na kolejne wywózki... Nieprawdopodobne? A jednak.

Właściwie należałoby zacząć od tego, że wielu powstańców świetnie wiedziało, czym jest Sybir – znali to określenie z historii rodziny. „Mój ojciec był na Sybirze za cara" – taka wypowiedź powtarza się w relacjach powstańców warszawskich nad wyraz często. Mówił tak Mieczysław Cielecki „Wiatr" (strz. kompania saperów, Pułk „Baszta"), mówił Wiktor Kolek „Wrzos" (kpr. plut., 1. Armia WP), sanitariuszka Luiza Latkowska „Lusia" (z d. Erben), wtórowali im inni. Dziadkowie st. strz. Kazimierza Grabczyńskiego „Janosika" (II pluton, oddział osłony Kwatery Głównej Okręgu Warszawa AK) zostali zesłani za udział w powstaniu styczniowym, więc jego matka urodziła się w Jakucji, a do szkoły chodziła w Irkucku.

Czy osoby z takim rodowodem mogły stać biernie, kiedy Polska ponownie potrzebowała ofiary? Dzieci dawnych patriotów szły ich śladem, taka „sztafeta pokoleń". „Odkąd sięgnę pamięcią, we wszystkich pokoleniach moi przodkowie walczyli za Polskę. Pierwszy zginął w bitwie w powstaniu listopadowym, następny walczył w powstaniu styczniowym, został wywieziony na Sybir, z nim razem poszła jego żona, wrócił w 1916 roku i po trzech miesiącach, niestety, umarł na serce..." – wspominała Ewa Orzechowska „Ewa" (w powstaniu łączniczka kanałowa).

Wśród powstańców byli też tacy, których rodzina trafiła na zesłanie w czasie trwającej właśnie wojny. Granica pomiędzy okupantami, która przecięła Polskę na pół, rozdzieliła przecież wiele rodzin. Zofia Werchowska „Czarna" (1. kompania „Troki" Zgrupowanie „Sienkiewicz") wyruszyła nawet z Warszawy do rodzinnego Równego, do rodziców i brata, jesienią 1939 roku. Dotarła do Lwowa, dalej się nie udało, musiała wrócić do Warszawy. Jej rodzinę Sowieci wywieźli na Syberię, spotkała się z nimi dopiero osiem lat później. Powstańcy myśleli więc często o Sybirze, nie sposób było tego uniknąć.

Skąd sybiracy w powstaniu?

W jaki jednak sposób sybiracy mogli wziąć udział w Powstaniu Warszawskim? Przecież ci, którzy byli wywiezieni w czasie okupacji sowieckiej z polskich Kresów (1939–1941), latem 1944 roku pozostawali na terenie Związku Sowieckiego lub walczyli we Włoszech w szeregach 2. Korpusu Polskiego, ewentualnie przebywali w jednym z rozsianych po całym świecie obozów dla polskich cywilów, którzy wyszli z Sybiru z gen. Władysławem Andersem. Na marginesie, sam gen. Anders nie był entuzjastą powstania, delikatnie mówiąc.

Otóż była grupa sybiraków – i to liczna – która dotarła do walczącej stolicy we wrześniu. Mowa o żołnierzach 1. Armii Wojska Polskiego, popularnych berlingowcach, którzy razem z Armią Czerwoną wypychali Niemców z kolejnych części Polski. Po zajęciu warszawskiej Pragi stanęli oni na brzegu Wisły, patrząc na krwawiące miasto. 15 września gen. Zygmunt Berling otrzymał od sowieckiego dowództwa rozkaz przygotowania desantu. W nocy pierwsze oddziały sforsowały Wisłę. Już sama przeprawa była niezwykle ciężka i okupiona dużymi stratami: „Jak myśmy zaczęli forsować Wisłę, to napotkaliśmy silny ogień" – wspominał Ryszard Kozubek. „Człowiek czuł się rzucany jak jakaś łódka na oceanie. Nie dość, że bombardowano, to jeszcze artylerią ostrzeliwali i jeszcze karabiny maszynowe ostrzeliwali. Tak że przeprawa była bardzo trudna. Już na wodzie sporo nas zginęło". Cel został osiągnięty – uchwycono przyczółek czerniakowski, a 18 września także na Żoliborzu.

Na przyczółku czerniakowskim berlingowcy połączyli się z powstańcami. Walczyli ramię w ramię przez kilka dni. 21 września rozpoczął się kontratak niemiecki przy wsparciu oddziałów pancernych. Po zepchnięciu niemal do samej Wisły obrońcy przyczółku otrzymali rozkaz ewakuacji. W nocy z 22 na 23 września berlingowcy wraz z częścią powstańców przeprawili się przez Wisłę. Pozostali akowcy ruszyli kanałami tam, gdzie jeszcze toczyły się walki.

Uczestnik desantu, chor. Ryszard Kozubek (3. Dywizja Piechoty, 1. Armia WP), wychowywał się w Brześciu. Jego ojciec, policjant, zginął jako ofiara zbrodni katyńskiej, brat walczył w Armii Andersa, a on przebywał na zesłaniu ponad trzy lata. Wydostał się z Kazachstanu wraz z wojskiem gen. Berlinga. Za walki w Powstaniu Warszawskim został odznaczony Krzyżem Walecznych. Cóż, że przez sowieckie dowództwo...

Wśród wielu berlingowców, którzy walczyli na warszawskich przyczółkach, był Witold Biegański z 7. Pułku Piechoty 3. DP (po wojnie pułkownik WP, historyk wojskowości) deportowany w lutym 1940 roku z Wilejki na Ural czy Janina Błaszczak z Wołynia (w powstaniu ppor., 3. Kompania Moździerzy 9. Pułku Piechoty 3. DP, po wojnie podpułkownik, ekonomista), wywieziona w tym samym czasie na Syberię. Jej historia była wyjątkowa – nie wróciła z przyczółku czerniakowskiego, uznano więc, że zginęła w walce i odznaczono ją Virtuti Militari, pośmiertnie. Dopiero później okazało się, że dwukrotnie ranna trafiła do niemieckiej niewoli, z której zresztą następnie zbiegła. Ona przeżyła, inni mieli mniej szczęścia. W czasie tych kilku dni walk na przyczółkach warszawskich zginęło niemal 3 tys. polskich berlingowców. Ilu z nich przeżyło wcześniej trudy zesłania na Sybirze? Tego dokładnie nie wie nikt, z pewnością wielu.

Z płonącej stolicy do GUŁagu

Podobnie nieznana jest liczba powstańców warszawskich, którzy musieli „odpokutować" swój patriotyzm w łagrach GUŁagu. Wiemy tylko, że byli tacy. Najpierw do transportów zakwalifikowano akowskich oficerów z zajętej przez Sowietów warszawskiej Pragi. Oto fragment wspomnień ppor. Józefa Polaka „Tumry", dowódcy jednego z praskich zgrupowań partyzanckich: „Był rozkaz dowódcy Pragi, były wywieszki »Akowcy wszyscy, meldujcie się na Białostocką«. Przyprowadziłem na Białostocką całą setkę ludzi. Przerzucili nas do szkoły [...] i tam była rejestracja. Był major Wiking i odrzucał: na lewo, na prawo, na szkołę, nie na szkołę – kierował różnie. Jak myśmy przyszli, to rozdzielił chłopaków na szkolenie, a mnie do oficerów, ale chłopaki powiedzieli, że nie pójdą beze mnie. On popatrzał: »Młody szczeniak – pomyślał sobie – co tam, on taki wróg nie będzie« – i puścił mnie razem z żołnierzami, a wszystkich oficerów wywieźli przez Rembertów na Syberię. [...] dużo ludzi było na Syberii, a mnie się udało".

Józefowi Polakowi rzeczywiście się udało, podobnie jak większości tych, którzy trafili w sowieckie ręce na Pradze lub przepłynęli Wisłę w czasie trwania powstania. Wbrew temu, co do dzisiaj uważa wielu powstańców, wtedy jeszcze Rosjanie nie wywozili wszystkich, głównie tylko oficerów. Zmieniło się to jesienią, zaledwie kilka tygodni później. Większość powstańców i innych akowców, którzy zostali złapani przez Sowietów od października aż do wiosny 1945 roku, pojechała kolejowymi transportami daleko na wschód. Skąd taka zmiana? O tym za chwilę.

Dużo szczęścia miał strz. Janusz Puzio „Henio" z Batalionu „Miotła", który idąc z kilkoma kolegami w styczniu 1945 roku w Warszawie, spotkał patrol berlingowców, a nie czerwonoarmistów. Jeszcze nie wiedzieli, że do udziału w powstaniu lepiej się nie przyznawać. „Wołają sierżanta. Sierżant dochodzi: »O co chodzi?«. – »Melduję, mówią, że z powstania są». – »Rozpędźcie tych ludzi. Chodźcie za mną«. Odeszliśmy spory kawał, żeby nie było słychać. On mówi: »Coście powariowali? Chcecie na Sybir jechać?«. – »Dlaczego? Cośmy złego zrobili?« – »To, że powiedzieliście, że żeście byli w powstaniu. Nie wolno się przyznawać. W AK żeście byli?« – »W AK«. »U kogo?« – »U Radosława«. Specjalnie to mu nic nie mówiło. Natomiast pewny był, że jesteśmy z powstania. »Nie przyznawajcie się nigdzie, że byliście w powstaniu. Wywożą powstańców na Sybir» – pocieszył nas".

Inną drogę przeszedł ppor. Witold Kieżun „Wypad", odznaczony w czasie walk przez gen. Tadeusza Komorowskiego „Bora" Orderem Virtuti Militari. Zbiegł on z transportu wiozącego powstańców do niemieckiego obozu, mając nadzieję, że w ten sposób uniknie niewoli. Dotarł do Krakowa, gdzie zaczął studia, zakończone jednak szybko aresztowaniem przez NKWD. Po wielotygodniowym uwięzieniu i przesłuchaniach w maju 1945 roku usłyszał od przesłuchującego: „Zawtra ujeżdżajesz w Sibir i nikagda nie wiernioszsja [jutro jedziesz na Sybir i nigdy nie wrócisz]". Ruszył na wschód z niewielką grupą akowców transportem zdominowanym przez niemieckich jeńców. Jak pociąg ruszył, jeszcze w Krakowie, krzyczeli głośno: „Niech żyje Polska! Armia Krakowa jedzie na Sybir". Trafili do łagru w Krasnowodzku, na granicy morderczej pustyni Kara-kum. Do kraju wrócili rok później.

Niemal dziesięć lat przeżył w łagrach kpr. Waldemar Pomaski „Klawy" (III Obwód „Waligóra"), który po powstaniu był w niewoli niemieckiej, a następnie sowieckiej. Wiosną 1945 roku razem z sześcioma innymi powstańcami wywieźli go do łagrów. Na wschodzie zostali rozdzieleni, on sam trafił na Kołymę, do kopalni złota. Aż do powrotu w 1954 roku nie miał kontaktu z rodziną ani kimkolwiek z Polski. Przy życiu utrzymała go wiara w powrót: „Jakbym nie miał nadziei, to bym nie wrócił" – wspominał po latach. On dotarł do kraju, inni nie.

Bywało, że na Sybir trafiali ci, którzy szli na pomoc powstaniu – jest to jednak temat bardzo słabo znany. Wiemy, że dwa tygodnie po wybuchu Powstania Warszawskiego dowódca AK gen. Tadeusz Bór-Komorowski nakazał wszystkim „dobrze uzbrojonym jednostkom" przybycie na pomoc walczącej stolicy. Z wielu regionów akowcy ruszyli, niewielu jednak dotarło i wzięło udział w walkach. Trzeba było bowiem ominąć po drodze wojska niemieckie i sowieckie, co nie było proste. Szczególnie jeśli szło się z daleka, np. z okolic Lwowa.

Okręg Lwów AK był w tym czasie intensywnie rozpracowywany i wielu żołnierzy aresztowano. Inni zdecydowali się ruszyć na zachód. Liczące kilkuset żołnierzy zgrupowanie mjr. Pawła Witolda Szredzkiego „Sulimy" przebiło się na Rzeszowszczyznę, gdzie dotarł do niego rozkaz naczelnego wodza. Nie mieli nic do stracenia, obrali kierunek na Warszawę. 18 sierpnia koło Sarzyny nad Sanem zgrupowanie zostało otoczone przez NKWD. Dowódca wyprowadził część sił z okrążenia, jednak marsz na stolicę trzeba było przerwać. Wielu żołnierzy dostało się do niewoli, a oficerów, rzecz jasna, Sowieci osadzili w GUŁagu. Wśród nich był np. chor. Adam Ekiert „Pogarda", który po pobycie w kilku łagrach, m.in. w Riazaniu, wrócił do kraju w 1947 roku.

Dobrze więc, sybiracy walczyli w Powstaniu Warszawskim, a powstańcy trafiali na Sybir – takie są fakty. Jednak w jaki sposób powstanie mogło mieć wpływ na kolejne wywózki? Niektórzy twierdzą, że gdyby nie powstanie to do sowieckich łagrów wywieziono by nieporównywalnie więcej ludzi. W powstaniu zginęło kilkanaście tysięcy akowców, a drugie tyle trafiło do niemieckich obozów. Czy gdyby powstanie nie wybuchło, ich losem nie stałby się Sybir?

Tak twierdziła m.in. Hanna Szczepanowska „Heban", która jako kilkunastoletnia dziewczyna pełniła w powstaniu funkcję łączniczki. „Nigdy nie pozwolę powiedzieć, że to było niesłuszne" – mówiła o wybuchu powstania kilka lat temu. „Zawsze tłumaczę młodzieży, że to było konieczne z wielu powodów. Po pierwsze, byliśmy i tak skazani na wywózkę na Syberię, jak to się stało z akowcami w Wilnie". Kpr. pchor. Ksawery Szlenkier „Mietek" z 1. Pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego poszedł w swych rozważaniach jeszcze dalej, twierdząc, że wywózki mogłyby też dotyczyć cywilów: „Gdyby nie było powstania, to weszliby bolszewicy i zaczęliby i tak wywozić Polaków, warszawiaków na Sybir czy do Kazachstanu, jak to zrobili ze wschodnimi rubieżami Warszawy". Kto wie, może i tak by było?

Jak rozbić podziemie?

Jednak trzeba wziąć pod uwagę i inną ewentualność. Sowieci na długo przed wkroczeniem na ziemie polskie w początku 1944 roku wiedzieli, że będą musieli coś zrobić z polskim podziemiem zbrojnym. Pojawiały się różne pomysły, w tym taki, aby akowców skierować do łagrów – rozwiązanie takie postulowali m.in. szef NKWD Ławrientij Beria i jeden z jego zastępców gen. Iwan Sierow. Jednak, jeśli się przyjrzeć szczegółom ich propozycji, okaże się, że do GUŁagu chcieli oni skierować tylko kadrę oficerską AK, która – jak stwierdził Beria – „w innych warunkach będzie zajmować się organizacją rozlicznych polskich formacji podziemnych". Podoficerów i szeregowców planowali wykorzystać przeciwko Niemcom na froncie – bądź to w szeregach Armii Berlinga, bądź Armii Czerwonej.

Taki właśnie los miał spotkać akowców wileńskich, a do Kaługi trafili dopiero po odmowie złożenia przysięgi nowemu dowództwu. Szeregowi żołnierze podziemia z Białostocczyzny czy Lubelszczyzny trafiali do formowanych tam jednostek Wojska Polskiego, zatrzymywano jedynie oficerów. Odbywało się to na wyraźny rozkaz Józefa Stalina, który 31 lipca nakazał kierowanie rozbrojonych oddziałów polskiego podziemia „do dyspozycji 1. Armii Wojska Polskiego".

Zwrot nastąpił w październiku. W pierwszych dniach tego miesiąca przebywała w Moskwie delegacja Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, pełniącego rolę podległego Moskwie komunistycznego rządu. Stalin nakazał im podjęcie zdecydowanych kroków wobec podziemia zbrojnego. Po kilku dniach rozkazy nasilenia działań przeciw partyzantom w Polsce zostały wydane NKWD, NKGB i sowieckiemu kontrwywiadowi wojskowemu Smiersz. W połowie października rozpoczęto formowanie w Lublinie specjalnej Dywizji Zbiorczej NKWD przeznaczonej tylko i wyłącznie do zwalczania polskiej konspiracji zbrojnej. W ciągu kilku dni dywizja ta przystąpiła do aktywnych działań na opanowanym dotąd przez Sowietów obszarze Polski. Właśnie wtedy rozpoczęły się wywózki szeregowych żołnierzy podziemia, a nawet cywilów oraz nasilenie innych represji. Niektórzy określają to nawet mianem „zwrotu październikowego".

Co takiego stało się na przełomie września i października, że Stalin zdecydował o takiej zmianie? Nikt nie wie, są na ten temat różne teorie. Być może zdecydowało ostateczne fiasko drugich moskiewskich rozmów premiera Stanisława Mikołajczyka, a może poparcie, jakiego udzielił Stalinowi podczas tych rozmów Winston Churchill? Może zasadnicze znaczenie miała liczba dezercji byłych akowców z Armii Berlinga? A może... chodziło o Powstanie Warszawskie?

Powstanie, które miało trwać kilka dni, a trwało ponad dwa miesiące. Powstanie, które pokazało siłę i charakter polskiego podziemia oraz nieustępliwość wobec okupantów. Powstanie, które wszystkich tych, którzy wierzyli, że polscy konspiratorzy w końcu się poddadzą, mogło pozbawić złudzeń. Niemal wszyscy historycy, którzy zajmowali się „zwrotem październikowym", brali pod uwagę ewentualny wpływ Powstania Warszawskiego na zmianę polityki Moskwy wobec polskiego podziemia zbrojnego. Czy słusznie? Nikomu nie udało się tego dowieść. Ale nikt też nie udowodnił, że tak nie było. A jeśli tak, to może przez powstanie na Sybir pojechało nie mniej, ale więcej akowców i cywilów? Prawdopodobnie nigdy tego nie rozstrzygniemy. Jedno pozostaje jednak pewne – związki Powstania Warszawskiego z Sybirem są naprawdę duże.

Dr Marcin Zwolski jest historykiem w Muzeum Sybiru w Białymstoku

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA