fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Michał Płociński: To nie jest dobry mundial

Mateus Uribe pocieszany przez Marcusa Rashforda po wygranej Anglii z Kolumbią w 1/8 finału mistrzostw świata. Obok trener Kolumbijczyków Jose Pekerman
AFP
Jeśli futbol to coś więcej niż sport, to futbol reprezentacyjny to po prostu coś więcej niż futbol.

Może rację mają reprezentacyjni sceptycy. Piłkarskie zmagania narodów nie umywają się do piłki klubowej, jeśli chodzi o poziom sportowy. Toporna taktyka, słabe zgranie, do tego zmęczenie po całym sezonie – nie powinno więc dziwić, że na boisku rządzi przypadek, a wielcy gracze w narodowych barwach często są nie do poznania. Futbol dosadnie oddaje różnicę w poziomie usług pomiędzy sektorem prywatnym a publicznym. Przyznajmy więc rację sceptykom: piłka reprezentacyjna nie jest do końca profesjonalna. Ale jeśli ktoś nie rozumie, dlaczego jest niepodważalnie ważniejsza od klubowej, jest oderwany od rzeczywistości.

Bo jeśli futbol to coś więcej niż sport, to futbol reprezentacyjny to po prostu coś więcej niż futbol. Można to wykazać prostą postmodernistyczną analizą. Dużo trudnych słów podkreśli wagę sprawy. Narody odgrywają tu ważną rolę niezależnie od dumy narodowej – są pojemne semantycznie i narracyjnie atrakcyjne. W oczach takich Portugalczyków pojedynek FC Schalke 04 z BVB to zwykły mecz, a nie tam prawdziwie klasowe starcie górniczego Klubu Polaczków z dortmundzką klasą średnią. Za to podtekst meczu Polski z Niemcami w mig wyłapie każdy, nawet Portugalczycy, którzy w czasie II wojny światowej byli na wakacjach. I z pewnością wielu z nich wybierze stronę, której będą kibicowali, jak i my obieramy podczas meczów Portugalia – Brazylia, bratobójczych pojedynków: metropolia kontra kolonia czy ciemiężyciel versus ofiara, jak kto woli.

Argentyna wygra z Anglią? No tak, Falklandy – to się odgryzą. Japonia z USA? Hiroszima. Na odwrót? Pearl Harbor. Ale i bez podtekstów: Rosja wymęczy Hiszpanię – piękna historia Dawida i Goliata. I każdy kuma, nie ma, że: „skąd to Schalke?". Ruscy, skazywani na porażkę, i potężna La Furia Roja, co to kiedyś „grała jak nigdy, przegrywała jak zawsze". Nie trzeba śledzić każdej ligi, by rozumieć te zawiłości. Bo mundial jest co cztery lata – od święta; grają narody, które znamy, a aktorzy, których lubimy, wchodzą w nowe role: ten z Realu, tamten z Barcy, zobaczmy, jak się dogadają. Nowe maski na igrzyska – bawmy się.

Rację jednak mają reprezentacyjni sceptycy. To nie jest dobry mundial. Najjaśniejszą gwiazdą mistrzostw jest VAR i on robi swoje, ale na boisku i tak rządzi ślepy los, bo o taktykę to może zadbał Urugwajczyk Óscar Tabárez czy, o dziwo, awaryjny trener Japonii Akira Nishino. A tacy podopieczni kochanego w Warszawie, choć nie przez wszystkich, Stanisława Czerczesowa do dziś nie wiedzą, jak wymęczyli La Roja, która tym razem nie była „Furia". Hiszpanie zaś mogą oglądać powtórki meczu w nieskończoność, ale i tak ich tiki-taka nie zacznie chodzić jak w zegarku. A jeśli już o Szwajcarach mowa, to czy naprawdę mieli grać z rosłymi Szwedami właśnie górnymi piłkami? Typowa piłka reprezentacyjna: jakoś to będzie, wyjdzie w praniu, dostosujmy taktykę do warunków.

Ale zarazem to mundial najlepszy, co widać nie na boisku, ale np. w mediach społecznościowych – jak wielkie emocje, jakie zaskoczenia, zwroty akcji. Nie przypadkiem tak często czytamy na Facebooku czy Twitterze, że to mistrzostwa: świetne, rewelacyjne, cudowne. Najlepsze, bo rodzą najlepsze opowieści. Przypadek goni przypadek? Zgoda. Ale to tylko punkt wyjścia do snucia całych narracji. Bo nie jest ważne, jak odpadli Niemcy, ale co to oznacza. Wiadomo: dziejowa sprawiedliwość. Futbol stał się nagle taką grą, w której wygrywa ktoś inny. A czy drabinka pucharowa jest sprawiedliwa? Ale ile rodzi historii! I to jeszcze nim się wydarzą. Bo jeśli Anglicy odpadną teraz, gdy czekają ich słabi Szwedzi, słabi Rosjanie albo strasznie nierówni (czyli słabi) Chorwaci, to kiedy niby dojdą wreszcie do finału? I te żarty: jakich zespołów unikną Anglicy? Francji, Urugwaju, Brazylii. A jakie mogą spotkać? Szwecję, załogę samolotu i ochronę lotniska Heathrow. Futbol wraca do domu – o futbolu znowu się dyskutuje z wypiekami na twarzy.

Bo mundial to najprawdziwsze historie, które potem przez cztery lata nabierają nowej mocy, a echem odbijają się przez dekady i z każdym kolejnym meczem odżywają na nowo. A w tym roku podwójnie wygrywa ten, kto kibicuję słabszym. Bo ten najlepszy mundial naprawdę jest słaby i słabsi często wygrywają.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA