Plus Minus

Luba Winogradowa: Snajperki. Dziewczyny z Armii Czerwonej

„Miejsce pracy” snajperki. Okopy gdzieś w Rosji, 1942 rok.
Ozerksy/RIA NOVOSTI/AFP
W książeczce snajperskiej dziewiętnastoletniej Julii pierwszy wpis pojawił się jeszcze przed Nowym Rokiem. Zdobyła swój pierwszy punkt, gdy ona i jej partnerka były już zmęczone służbą, przemarznięte i tylko czekały, aż przyjdzie noc.

Pilotki i nawigatorki stacjonującego niedaleko 31. Armii 46. Pułku Nocnego Lotnictwa Bombowego na drewnianych samolotach latały z Polski do Prus Wschodnich i bombardowały Niemców. Te pierwsze, nazywane „nocnymi wiedźmami", wysoko cenione przez dowództwo, były uważane za lotniczą arystokrację. Pod koniec 1944 roku w 46. Pułku było już całkiem sporo Bohaterek Związku Radzieckiego, a to zupełnie inna liga niż zwykłe żołnierki. Ginęły jednak dokładnie tak samo.

Ile szczęścia, ile min

W nocy z 13 na 14 grudnia 1944 roku zwiadowca Siłkin, który wraz z towarzyszami miał służbę w okopie, zobaczył nad linią frontu płonący samolot. Po chwili wyskoczyły z niego dwie osoby na spadochronach i wylądowały na ziemi niczyjej, a zaraz potem rozległa się eksplozja i zwiadowcy usłyszeli kobiecy głos wzywający pomocy. Żołnierze dobrze znali ten zaminowany teren, więc zaczęli się czołgać w tamtą stronę, ale zanim dotarli do rannej pilotki, rozległ się huk drugiej eksplozji, silniejszej niż poprzednia. Na twarz Siłkina spadł kołnierzyk z kombinezonu pilotki i kawałek jej ciała. Samolot płonął, oświetlając teren, a Niemcy „ani na chwilę nie przerywali ognia". Zwiadowcom mimo to udało się wyciągnąć kobietę, tyle że już nie żyła. Ruszyli więc po jej towarzyszkę.

Rufina Gaszewa zaczęła latać z Olgą Sanfirową na Kubaniu, gdy tamta „po wielu perypetiach" wróciła do swojego pułku. W Engelsie doświadczona nawigatorka Sanfirowa towarzyszyła podczas jednego lotu szkoleniowego pilotce Zoi Parfienowej. Ich samolot zaczepił kołami o linię wysokiego napięcia i spadł, rozbijając się na kawałki. Lotniczki cudem ocalały. Sanfirowa, jako osoba odpowiedzialna za akcję, trafiła przed sąd, który skazał ją na dziesięć lat więzienia. Dowództwo pułku zwróciło się jednak do wyższej instancji i wyrok został anulowany.

Sanfirowa i Gaszewa pierwszy raz zostały zestrzelone 1 maja 1943 roku. Samolot spadł za linią frontu, na mokradłach, i to je uratowało. Dwie doby przedzierały się przez podmokły teren do swojego pułku, a już dwa dni później znów walczyły w powietrzu.

Gdy zestrzelono je po raz drugi, nie miały tyle szczęścia. Dla Rufiny Gaszewej był to osiemset trzynasty lot bojowy. Zrzuciły bomby i zawróciły, ale nagle nawigatorka dostrzegła, że pali się prawe skrzydło samolotu. „Na kilka sekund zaległa przerażająca cisza" – wspominała. Ale ogień się rozprzestrzeniał, docierał powoli do kabiny. Sanfirowa próbowała wyprowadzić samolot na linię frontu, ale gdy już nie można było dłużej czekać, rzuciła do Gaszewej: „Rufa, wyłaź szybko i skacz!". Gaszewa pamiętała, jak stanęła obiema nogami na skrzydle i zwiał ją stamtąd strumień powietrza. Spadając, pociągnęła za linkę, ale spadochron się nie otworzył. Jak potem mówiła, „ogarnęło ją przerażenie". Resztkami sił pociągnęła raz jeszcze, poczuła mocne szarpnięcie i „otworzył się nad nią biały baldachim". Na ziemi szybko uwolniła się od spadochronu i pobiegła przed siebie, a później zaczęła się czołgać. Słyszała straszny ryk i wydawało jej się, że strzelają do niej ze wszystkich stron.

Nie wiedziała jednak, co się dzieje z Olgą. Mogła zostać ranna podczas skoku i leżeć gdzieś, zupełnie bezradna, albo trafić w ręce Niemców. Myśląc o tym, Rufina wymacała tuż obok siebie kawałek zimnego metalu. To była mina! Trafiła na pole minowe, ale jedyne, co mogła, to przeć naprzód. Sprawdzała teren przed sobą najpierw ręką, a potem kijem, na który się natknęła, choć wiedziała, że to niewiele jej pomoże. W końcu dotarła pod zasieki z drutu kolczastego. Nie od razu udało się jej pokonać tę przeszkodę. Gdy przez nie przeszła, usłyszała mówiące po rosyjsku głosy, wstała więc i głośno zawołała. „Chodź tutaj, kochana!" – krzyknęli żołnierze w odpowiedzi. W okopie napoili ją gorącą herbatą, a jeden z nich dał jej swoje buty, by mogła dojść do stanowiska dowodzenia. Tam się dowiedziała, co się stało z Olgą. „Twoja koleżanka nie miała szczęścia" – powiedział ktoś. „Nastąpiła na minę i ta wybuchła... Też szła przez pole minowe, tyle że tam były miny przeciwpiechotne. Ty trafiłaś na przeciwczołgowe, dlatego ci się udało tutaj dotrzeć".

Szklankę spirytusu, którą dostała w sztabie, wypiła jak wodę, nie czując zupełnie nic. Tej nocy w ogóle nie mogła spać. Gdy rano przyniesiono ciało Olgi, wyszła z ziemianki, bo chciała je zobaczyć. „Nic we mnie nawet nie drgnęło, jakby to nie była ona" – wspominała. Później przyjechały do niej koleżanki z pułku, obejmowały ją i próbowały pocieszać. Gdy zabrały ją do domu, w którym wtedy mieszkały, Rufina wyskoczyła z samochodu i na bosaka pobiegła do swojego pokoju. Wydawało jej się, że Olga tam jest, cała i zdrowa.

Mimo śmierci Olgi Rufina znalazła w sobie dość sił, by znów zacząć latać. Robiła to aż do samego zwycięstwa, towarzysząc jako nawigatorka wspaniałej pilotce Nadii Popowej.

Najbardziej kulturalna armia na świecie

Grudzień minął spokojnie. Dywizja Ani Mułatowej w dalszym ciągu stacjonowała pod Suwałkami, a dziewczęta regularnie chodziły na „polowanie". Miejscowych prawie nie było widać, spotykali się z nimi wyłącznie oficerowie, którzy dostawali przepustki i mogli pójść do miasta. Konflikty z mieszkańcami okolicy wybuchały rzadko. Żołnierze otrzymali rozkaz utrzymania przyjaznych stosunków z Polakami, mieli „nie organizować rad ani innych organów władzy i nie wprowadzać sowieckich porządków, nie przeszkadzać w sprawowaniu kultu religijnego, nie ruszać kościołów, cerkwi ani domów modlitwy". Nakazano im również, aby zapewnili polskim obywatelom „ochronę własności prywatnej i osobistych praw majątkowych".

Temu służyły również pogadanki. „Zwycięstwo nad niemieckim faszyzmem nastąpi poprzez wyzwolenie ludów Europy", „Żołnierz Armii Czerwonej – przedstawiciel najsilniejszej i najbardziej kulturalnej armii na świecie" – tłumaczyli politrucy i komsorgowie. Zresztą to, co żołnierze widzieli wokół siebie, nie nastawiało ich wcale przeciwko Polakom. „Ludzie żyją biednie. Dookoła tylko piasek, lasy iglaste i znowu piasek. I wszędzie te nędzne wioseczki..." – pisał do żony korespondent wojenny Dmitrij Dażyn. Przyjazny stosunek do Polaków wynikał z solidarności klasowej, ale nawet ci biedniejsi nie witali Sowietów z otwartymi ramionami. „Wszystko było takie drobnomieszczańskie, zaściankowe... W Polsce Wschodniej też patrzono na nas czujnie, jeśli nie wrogo, i próbowano ograbić wyzwolicieli ze wszystkiego, co tylko się dało. Dobrze chociaż, że kobiety były ładne i próbowały z nami flirtować. Czarowały, kokietowały i było jasne, że podobają im się nasze wojskowe mundury i męska siła. Ich bladzi, wychudzeni chłopcy zaciskali zęby, ale nic nie mogli na to poradzić".

Sowieccy żołnierze i oficerowie, przekonani o doniosłej misji Armii Czerwonej, czuli się obrażeni tym, że wielu Polaków wcale nie cieszy się z wyzwolenia. Galina Jarcewa, która tak jak Taja Kisielowa i jej towarzyszki przeszła Estonię, Litwę, Łotwę i Polskę i zatrzymała się „gdzieś na granicy z Niemcami", pisała do przyjaciółki: „Bawią się, kochają, żyją, a ty idziesz i ich wyzwalasz. I jeszcze śmieją się z Rosjan... Tak, tak. Dranie! Nie wierzę w przyjaźń z Polakami, Litwinami i całą resztą!". Sowiecka cenzura wojskowa odnotowywała takie nastroje jako „skutek niezrozumienia wielkiej wyzwoleńczej misji Armii Czerwonej". Polacy mieli oczywiście mnóstwo powodów, by traktować Rosjan z podejrzliwością, ale zwyczajny żołnierz Armii Czerwonej nie mógł raczej o tym wiedzieć.

Politrucy 31. Armii prowadzili też z żołnierzami pogadanki na temat okrucieństw popełnionych przez Niemców w Suwałkach. Mówili o egzekucjach polskich cywilów (również Żydów, których nie traktowano osobno; sowieckie publikacje zazwyczaj milczały na temat Holokaustu) i jeńców wojennych oraz o dużym niemieckim obozie koncentracyjnym w Suwałkach, w którym zginęło ponad pięćdziesiąt tysięcy osób.?Co dawało nadzieję

Dowódca 123. Pułku Strzeleckiego Wasilij Sławnow powitał w Suwałkach rok 1945. Leczył się tam z zapalenia zatok, pamiątki po białoruskich błotach. Gospodyni domu, w którym został zakwaterowany, nakryła uroczyście do stołu i wydawało się, że wokół wcale nie toczy się wojna. Sławnow wspominał, że do jego kwatery często przychodzili miejscowi, „żeby poznać prawdę o kraju Sowietów" i dowiedzieć się, z czym przyszli do nich Rosjanie. Niemiecka propaganda przedstawiała Rosjan jako prawdziwe bestie i ludzie bardzo chcieli się upewnić, że to nie jest prawda. Z biedniejszymi udawało mu się nawet znaleźć wspólny język.

Polacy chętnie wydawali Rosjanom volksdeutschów, którzy nie zdążyli uciec i ukrywali się w mieście. I dziwili się tylko – jak odnotowano w politycznych meldunkach – że sowieccy żołnierze są tak kiepsko ubrani.

Kiedy rok 1944 dobiegał końca, sowiecka armia przygotowywała się do marszu na Berlin i zajęcia miasta. Do wojska powoływano chłopców urodzonych w 1926, a nawet w 1927 roku i dziewczęta z roczników 1925 i 1926. Wtedy właśnie urodziły się Julia Żukowa i jej przyjaciółka Wala. A w grudniu 1944 roku jechały na front z absolwentkami trzeciej grupy z Centralnej Żeńskiej Szkoły Snajperskiej.

Julia i Wala razem zgłosiły się do wojenkomatu w swoim rodzinnym Uralsku, razem zostały powołane, razem się uczyły i miały nadzieję, że na froncie też będą w parze. Gdy trafiły do oddziału, ich mamy załatwiły sobie wyjazd na delegacje służbowe (tak bez powodu nikt by ich nie puścił do Moskwy) i przez cały kraj jechały do córek, by być z nimi podczas listopadowych świąt. Julia właśnie przygotowywała się do wyjścia, bo dostały z Walą przepustkę, gdy wszystkie koleżanki obległy jej mamę. To dopiero prawdziwy cud! Może i cudza, ale mama to zawsze mama. Większość dziewcząt miała po siedemnaście, osiemnaście lat, wcześnie opuściły dom i tęskniły za rodzicami.

Mamy przywiozły Julii i Wali sukienki, a krewna mieszkająca w Moskwie pożyczyła im jeszcze dwa płaszcze – swój i sąsiadki. Pospacerowały po stolicy i poszły na plac Czerwony. Cudownie było chodzić w cywilnym ubraniu i nie musieć oddawać honorów wszystkim napotkanym oficerom.

Miesiąc później wydano im mundury na front – gimnastiorki, spodnie, szynele, a ponadto watowane spodnie i kurtki, ciepłą bieliznę i amerykańskie skarpety, wysokie, białe i puszyste. Po raz pierwszy podano im wtedy do obiadu wino, a przed kolacją były też przemówienia i muzyka. Po kolacji dziewczęta – tak jak było w zwyczaju – „wyjaśniły sobie wszystko" z dwoma kapusiami z ich grupy. Ale jako że były w dobrym nastroju, mocno ich nie biły.

Niedługo później wyjechały w wagonach towarowych na front. Podróż okazała się długa, często się zatrzymywali. Dziewczęta całymi godzinami siedziały przy otwartych pomimo zimna drzwiach wagonu, patrzyły na pola i lasy i śpiewały po kolei wszystkie piosenki, których nauczyły się w szkole. Tęskniły za wspaniałym szkolnym wyżywieniem, bo teraz mogły jedynie gryźć ciemne suchary, ssać śledzie i gotować byle jaką zupę albo kaszę z liofilizatów na kozie, specjalnym piecu. Ale na każdej stacji pociąg wojskowy był witany przez rosyjskie kobiety, które podsuwały dziewczętom jakieś jedzenie, choć same niemal głodowały. Miały potrzebę podzielenia się z żołnierzami, co dawało nadzieję, że może i ich męża czy syna ktoś nakarmi i ugości daleko od domu.

W Mińsku zreorganizowano i przydzielono do różnych frontów ich grupę absolwentek, około czterystu dziewcząt. Julia z Walą Szyłową były przybite, gdy okazało się, że zostały rozdzielone. Później Julia nie mogła zrozumieć, dlaczego po prostu nie poprosiły, by wysłano je razem, ale przy rozstaniu z Walą nie miała żadnych złych przeczuć. Dopiero po wojnie dowiedziała się, że jej koleżanka zginęła w marcu 1945 roku.

Blisko czy daleko

To było w pułku zapasowym w Suwałkach. „Pyzaty, rumiany major" w solidnym białym półkożuszku „przeszedł się wzdłuż szeregu i przyjrzał się krytycznie" dziewczętom. „No i po co tu przyjechałyście?" – powiedział w końcu. „Walczyć czy...?" Sasza, która przeklinała najmocniej ze wszystkich snajperek, dokończyła za niego: „Czy się k***ić?". Wszystkim dziewczętom zrobiło się bardzo przykro. Miało je spotkać jeszcze wiele tego rodzaju przykrości, czasem nawet gorszych. Jednak nie zostały tam zbyt długo, szybko przeniesiono je do zasłużonego 611. Pułku Strzeleckiego, który od samego początku wojny walczył na Froncie Karelskim.

Swój chrzest bojowy dziewczęta przeżyły w trakcie pierwszego obiadu na terenie nowego pułku. Gdy rozpoczął się ostrzał z moździerzy, przestraszone porzuciły i broń, i menażki z zupą. A tak bardzo się na nią cieszyły po tylu dniach byle jakiego jedzenia! Dokończyły zupę, gdy była już całkiem zimna, przeklinając Niemców na czym świat stoi.

Niedługo później młodziutki oficer, który im towarzyszył w drodze na linię frontu, przeprowadził z nimi pierwszą lekcję na temat pocisków i wytłumaczył, że nie każdego uderzenia z moździerza należy się bać. Na początku nie wywarł na nich zbyt wielkiego wrażenia. Wyglądał jak chłopczyk, mimo zasępionej twarzy. Ale ordery, które zobaczyły pod rozpiętym jakby przypadkowo szynelem, wzbudziły szacunek, tak samo zresztą jak to, że gdy podczas ostrzału one wszystkie padły na śnieg, oficer spokojnie stał i czekał, aż wstaną. Wkrótce same rozpoznawały po dźwięku, czy pociski upadną blisko czy daleko.

Przede wszystkim uprzedzono je jednak, że należy zachowywać ostrożność, bo w ostatnich dniach u Niemców też pojawił się snajper. Ale jak to często bywa, zaczęły być naprawdę ostrożne dopiero wtedy, gdy zginęła jedna z dziewcząt. Precyzyjny ślad po kuli w głowie nie pozostawiał wątpliwości co do tego, czyja to była robota.

Ich „miejscem pracy" był długi, głęboki prawie na wysokość człowieka okop, ze stanowiskami ogniowymi i obserwacyjnymi. Znajdował się tuż przed ziemią niczyją i do Niemców miały naprawdę blisko. Doskonale było widać w celowniku, jak żołnierze po drugiej stronie śpiewają i grają na harmonijkach ustnych. Pracując nad pamiętnikami, Julia Żukowa analizowała emocje z pierwszych dni na linii frontu. Odczuwała „jakieś pobudzenie, podniecenie, ale też niepewność i przeczucie, że stanie się coś niezwykłego, i strach". Wtedy nie był to jeszcze strach przed Niemcami, ten przyszedł później, ale obawa, że nie da rady, popełni błąd i „wystawi się na pośmiewisko".

W książeczce snajperskiej dziewiętnastoletniej Julii pierwszy wpis pojawił się jeszcze przed Nowym Rokiem. Zdobyła swój pierwszy punkt, gdy ona i jej partnerka były już zmęczone służbą, przemarznięte i tylko czekały, aż przyjdzie noc. W tych dniach nie było łatwo kogoś trafić. W zasięgu wzroku snajperek znajdował się tylko niewielki otwarty fragment terenu, a żołnierze nieprzyjaciela przebiegali przez niego pochyleni. Nagle Julia zobaczyła Niemca, który szedł wyprostowany, w ogóle się nie śpiesząc. „Albo niedawno przyjechał, albo to jakiś ryzykant" – pomyślała, wycelowała i strzeliła. Mężczyzna „niezgrabnie zamachał rękami i jakoś tak bokiem zwalił się na ziemię". Dziewczęta chwilę odczekały, żeby zobaczyć, czy przypadkiem nie wstanie, a potem poszły do kwater, prosząc żołnierzy, by „przypilnowali tego Niemca". Już się jednak nie podniósł. Zgłosiły to swojemu dowódcy, a ten kazał całemu oddziałowi ustawić się w szeregu i publicznie podziękował Julii. Potem przez cały wieczór lekko ją mdliło i miała dreszcze. W ogóle „nie chciała myśleć o zabitym".

„Chuligańskie wybryki"

Rok 1945, bez wątpienia już ostatni rok wojny, snajperki przywitały wesoło, w towarzystwie zwiadowców. Pisała o tym w swoich pamiętnikach Julia Żukowa. Nie wspomniała jednak o pewnym incydencie, który miał miejsce w jej pułku w sylwestra, choć przecież otwarcie opisywała inne tego typu zdarzenia. Nawet jeśli jej to nie dotyczyło, nie mogła nie wiedzieć, co się stało.

Meldunek złożony szefowi wydziału politycznego 31. Armii Riaposowowi zawiera wzmiankę o „chuligańskim wybryku w 611. Pułku Strzeleckim 88. Dywizji Strzeleckiej, którego dopuścili się oficerowie pracujący w sztabie pułku". Po sprzedaniu całego spirytusu przywiezionego przez wojentorg (przypadało dwieście gramów na każdego oficera) trzech pijanych oficerów „wdarło się do pomieszczenia, w którym odbywało się spotkanie kółka artystycznego". Major Sosnin rozkazał akordeoniście grać walca i brutalnie wypchnął na korytarz kierownika kółka, a następnie cała trójka zaczęła tańczyć. Kapitan Pozdniakow, członek WKP(b), przyszedł do kwater kompanii snajperek i zaczął w grubiański sposób zaczepiać Dogadkinę. Gdy dziewczyna mu się wyrwała, dogonił ją, kazał stać „na baczność" i beształ „niecenzuralnymi słowami". Później Pozdniakow wszedł do sypialni snajperek, stanął na środku pokoju i „zaczął je obrażać. »My wiemy, po co was tu przysłali, wszystkie jesteście ... i prostytutki, jesteście tu, żebyśmy was...«".

Trochę później Szlennikow, przedstawiciel Smiersza, też postanowił wejść z dwoma kolegami do kwater dziewcząt i powalił na ziemię dowódcę kompanii snajperek Kaftannikowa i starszynę Bitkową, którzy próbowali mu przeszkodzić. Gdy zjawił się wezwany na miejsce incydentu Dowżenko, instruktor ds. pracy z komsomolcami, sprawcy „opuścili pomieszczenie, demonstracyjnie przeklinając".

Fragment książki Luby Winogradowej „Snajperki. Dziewczyny z Armii Czerwonej" w przekładzie Doroty Bal, która ukazała się nakładem wydawnictwa Znak. Śródtytuły pochodzą od redakcji.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL