fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Grażyna Bacewicz. Zadziwiająco przepiękny człowiek

Archive PL/Alamy/be&w
Grażyna Bacewicz. Artystka obdarzona wieloma talentami, najwybitniejsza polska kompozytorka nie tylko XX wieku. A przy tym w jej życie nieraz ingerowała historia i jak wielu naszych twórców nie miała szans, by świat w pełni docenił jej indywidualność.

Urodziła się zimą 1909 roku i również zimą, dokładnie 60 lat później, zmarła. Przyczyną był zawał, wprawdzie z dolegliwościami serca zmagała się od pewnego czasu, ale nikt nie przypuszczał, że śmierć przyjdzie tak nagle. Grażyna Bacewicz odeszła, pozostawiwszy niedokończone utwory i mnóstwo niezałatwionych spraw. Zawsze była przecież niesłychanie aktywna.

„Była wspaniałym kompozytorem i zadziwiająco przepięknym człowiekiem" – napisał na wiadomość o jej śmierci Dymitr Szostakowicz i takich stwierdzeń padło wówczas wiele. Za życia Grażynę Bacewicz obsypywano nagrodami, zapraszano do rozmaitych muzycznych gremiów w Europie, a jednak nie do końca zdawano sobie sprawę z wartości tworzonej przez nią muzyki, również dlatego, że wymyka się ona jednoznacznym klasyfikacjom. Także po śmierci Bacewicz do jej twórczości sięgano fragmentarycznie. Dopiero ostatnie dekady sprawiły, że uważniej wsłuchujemy się w to, co komponowała, a jej utwory zaczęły systematycznie pojawiać się na przykład na płytach niemieckich czy brytyjskich.

Litewski ojciec

Polką została niemal przez przypadek. Była dzieckiem Marii z Modlińskich i Vincasa Bacevičiusa. Syna włościańskiej familii z Litwy Zaniemeńskiej i polską szlachciankę zbliżyły zamiłowania muzyczne, ale ich spotkanie było możliwe dzięki przemianom społecznym i politycznym końca XIX wieku. Ojciec Marii pracował jako inżynier, umarł młodo i ona musiała pójść do pracy. Dostała posadę w filii Banku Petersburskiego w Warszawie, potem podobną w Łodzi. A Vincas ukończył seminarium nauczycielskie na Żmudzi, uchodzące za ośrodek działalności narodowej, więc władze carskie zakazywały jego absolwentom pracy na Litwie i skierowały go do Polski.

Zainteresowania muzyczne rodziców przejęła trójka ich dzieci – Kiejstut, Witold i Grażyna, jedynie najmłodsza Wanda została poetką. W domu wszyscy rozmawiali po polsku. Grażyna sama nauczyła się języka ojca, ale w PRL-u nie przyznawała się do znajomości litewskiego. Po I wojnie światowej Bacevičius postanowił wrócić do swej ojczyzny i w 1923 r. przedarł się przez zieloną granicę do Kowna. Za ojcem ruszył jedynie Witold, który odtąd będzie znany jako Vytautas, czołowy kompozytor litewski.

Choć małżeństwo Bacewiczów rozpadło się definitywnie, Grażyna nie zerwała kontaktów z ojcem. Po skończeniu studiów w Konserwatorium Warszawskim pojechała do Kowna, licząc, że ojciec, mocno zaangażowany w litewskie życie kulturalne, pomoże jej tam znaleźć stałe zajęcie. On chciał jej wyrobić stypendium do Paryża u ministra oświaty, jednak wniesiono skargę, że Grażyna jest Polką. „Wtedy to Ty po dwóch triumfalnych koncertach słusznie oświadczyłaś: a więc dobrze, jestem wobec tego Polką" – pisał do niej po latach Vytautas. „To był punkt zwrotny w Twoim życiu, choć bardzo wtedy bolesny dla naszego Tatusia".

Pierwszy nauczyciel

Od najmłodszych lat ja i moje rodzeństwo żyliśmy w świecie dźwięków, bo nasi rodzice kochali muzykę – opowiadała kiedyś w wywiadzie dla Polskiego Radia. „Pierwszym naszym nauczycielem muzyki był ojciec. Miał dziwną, ale chyba nie najgorszą metodę. Gdy któreś kończyło pięć lat, wtedy zaczynała się nauka gry, ale nie na jednym instrumencie, ale na paru, na dwóch co najmniej".

Na koncertach występowała w Łodzi już jako siedmiolatka, jako skrzypaczka lub grając na fortepianie. Na tych instrumentach kontynuowała potem naukę w Konserwatorium Warszawskim, zapisując się jednocześnie do klasy kompozycji. Z fortepianu zrezygnowała przed dyplomem, ale przepowiadano jej piękną karierę skrzypaczki, zdobyła wyróżnienie na I Międzynarodowym Konkursie im. Henryka Wieniawskiego w 1935 r. Koncertowała w kraju i w Europie do połowy lat 50., gdy postanowiła zająć się wyłącznie komponowaniem.

Po ukończeniu studiów zdołała przed wybuchem wojny pojechać do Paryża, który był wówczas muzyczną metropolią Europy. Doskonaliła tam umiejętności kompozytorskie, pozostając jak wielu ówczesnych paryskich twórców w kręgu tzw. neoklasycyzmu. Traktowała go zresztą w sposób indywidualny i nowatorski, nic dziwnego, że i we Francji szybko zwróciła na siebie uwagę. Lata okupacji hitlerowskiej spędziła w Warszawie, występując na prywatnych koncertach, komponując i zajmując się urodzoną w 1942 r. córką (mężem Grażyny Bacewicz został lekarz Andrzej Biernacki).

Honor uratowany

Po 1945 r. nastąpiło apogeum jej twórczego rozwoju, ponadto Bacewicz – jak wielu artystów skuszonych zapowiedziami nowej władzy – rzuciła się w wir organizowania życia muzycznego dostępnego dla wszystkich warstw społecznych. Ta aktywność w różnych dziedzinach życia publicznego sprawiała następnym pokoleniom kłopot w ocenie jej dorobku. Bacewicz zwyciężała w rozmaitych konkursach kompozytorskich, za kolejne utwory otrzymywała nagrody państwowe, a jej muzyka w niebanalny sposób często sięgająca do folkloru wpisywała się w założenia narzucone twórcom.

Ona sama unikała jakichkolwiek jednoznacznych deklaracji. Na pamiętnym zjeździe w Łagowie w 1949 r., kiedy kompozytorom nakazano walkę z formalizmem i krzewienie realizmu socjalistycznego, nie zabrała głosu. „To nie nowość, że kompozytor pisze na zamówienie. Klasycy dostawali zamówienia od dworu królewskiego. My dostajemy od rządu. Co za różnica, kto daje forsę na napisanie kompozycji?" – pisała do brata Vytautasa, który od wojny mieszkał w USA. „Od kompozytora zależy, aby utwór nie był kompromisowy i koniec. Na całym świecie wszyscy najpoważniejsi kompozytorzy piszą za forsę, bo i jak ma być inaczej. Kto powiedział, że na zamówienie trzeba napisać gówno?".

A może te pochwały i zaszczyty wynikały z faktu, że po prostu komponowała najlepszą muzykę? Po prawykonaniu w 1950 r. jej słynnego potem Koncertu na orkiestrę smyczkową Stefan Kisielewski stwierdził w „Tygodniku Powszechnym": „Z czystym sumieniem można powiedzieć, że honor kompozytorów polskich uratowała tym razem »baba« – Grażyna Bacewicz. Jej Koncert na orkiestrę smyczkową napisany z rozpędem i energią, pełen płynnej inwencji i świetnych pomysłów instrumentacyjnych, obudził nas w końcu z letargu (...). Poczuliśmy tu wreszcie »krwisty kawał« zdrowej i smacznej muzyki, napisanej z potencją twórczą – iście męską".

Po 1956 r., kiedy do PRL-u dotarł wicher awangardy muzycznej i objawiły się osobowości Lutosławskiego, Pendereckiego, Kilara, Góreckiego czy Bairda, twórczość Grażyny Bacewicz wydała się zbyt zachowawcza. Ona jednak na swój sposób przyswajała nowe idee, nie zamierzając odrzucić osobistych tonów. Trzeba było wrażliwych uszu, by te nowe poszukiwania kompozytorki docenić, ale wówczas świat był tak zapatrzony w awangardę, że nie chciał się tym zajmować.

Dopiero w XXI wieku, gdy zaczynamy inaczej oceniać muzykę poprzedniego stulecia, przyszedł czas innego spojrzenia na spuściznę Grażyny Bacewicz. A jest w czym wybierać, pozostawiła ponad 200 utworów – solowych, kameralnych, orkiestrowych. Część z nich skreśliła zresztą ze swego oficjalnego dorobku. I tak jej VI Koncert skrzypcowy z 1957 r. doczekał się pierwszego publicznego wykonania dopiero w grudniu 2019 r. w Filharmonii Narodowej. 

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA