fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Nie biorę życia zbyt poważnie

Fotorzepa, Darek Golik
Zawsze chciałem łączyć ludzi. Bawić. Spuszczać z nich powietrze. Żyję z żartów, więc będę żartować do śmierci – mówi Henryk Chmielewski, bardziej znany jako Papcio Chmiel, twórca „Tytusa, Romka i A'Tomka", uczestnik Powstania Warszawskiego i żołnierz Armii Krajowej. Z okazji 94. urodzin artysty przypominamy tekst archiwalny z 2013 roku.

Jak Papcio stał się „Papciem"?

Papciem Chmielem jestem od zarania, czyli od 1950 roku.  Wszyscy się tak do mnie zwracają. I wolę być Papciem niż Henrykiem Chmielewskim...

Dlaczego?

Z tym nazwiskiem w Warszawie był problem. Znanych Henryków Chmielewskich było w stolicy dwóch. Ja i starszy ode mnie o 15 lat dziennikarz i karykaturzysta, który dla prasy podziemnej rysował pod pseudonimem YES. Ciągle nas mylono. Trudno się dziwić, bo nawet w „Szpilkach" obaj rysowaliśmy. Ciągle musiałem się tłumaczyć, że nie jestem tym Henrykiem Chmielewskim. Miarka się przebrała, kiedy jego pieniądze poczta przysłała do mnie. Wtedy ustaliliśmy, że on pozostanie Henrykiem Chmielewskim, a ja będę Papciem Chmielem. Z początku byłem Dziadziem Chmielem, bo pod takim pseudonimem odpowiadałem na listy czytelników „Świata Przygód" – a czytelnikami były głównie 10-latki, ale z czasem średnia wieku moich odbiorców zaczęła rosnąć i stałem się Papciem. Papcio zawsze brzmi młodziej od Dziadzia.

Jak udało się byłemu uczestnikowi powstania warszawskiego i żołnierzowi Armii Krajowej znaleźć pracę w „Świecie Przygód"?

Cudem! Moja przygoda z komiksem to sprawa szczęścia i przypadku. W liceum rysowałem karykatury profesorów.  Już w wojsku przezywano mnie Kalikatura. Po demobilizacji spotkałem kolegę, który był ze mną wcześniej w AK, a którego mama pracowała w redakcji „Świata Przygód". Kolega zaprotegował mnie i jako karykaturzysta dostałem wymarzoną pracę w redakcji. To był 1 września roku 1947.

I rozpoczęła się wielka kariera?

Karierę rozpocząłem od wyprowadzania pieska redaktora naczelnego i odpisywania na listy czytelników. Redakcja mieściła się w dwupokojowym mieszkaniu z kuchnią przy ul. Grażyny w Warszawie. Jeden pokój przedzielony był zasłoną. Przed zasłoną mieściła się redakcja „Świata Przygód", a za zasłoną mieszkał redaktor naczelny Marian Niewiarowski z piękną żoną Edą. Budynek był częściowo rozwalony. Zamiast po schodach do redakcji wchodziło się po deskach. W „Świecie Przygód", a później „Świecie Młodych", rysowałem kontynuację serii komiksowej „Sierżant King z królewskiej konnicy", a później serie własnego pomysłu „Półrocze bumelanta" i „Witek sprytek".

Trudno było się przebić?

Nie miałem konkurencji. Partia nie mogła się zgodzić, żeby komiksy były wydawane na wzór kolorowych zeszytów ze zgniłego kapitalistycznego Zachodu. Wydawnictwo Harcerskie mogło wydawać tylko książki o tematyce harcerskiej, więc siłą rzeczy moje zeszyty musiały być nasycone tematyką wychowawczo-harcerską. Od dosłownych nawiązań politycznych stroniłem. Moje książeczki przechodziły przez cenzurę. Nawet małpę chcieli cenzurować! Teraz bym się nie przebił. Mniej miałem talentu, a więcej pracowitości i szczęścia. W wieku 75 lat miałem już kończyć z rysowaniem, bo wydawało mi się, że będę umierał. Nawet drzewa w ogrodzie posadziłem duże, bo sądziłem, że nie doczekam, aż wyrosną. A tu niespodzianka. Nie dość, że nie umarłem, to i w ogrodzie wyrósł mi las. Żyję, ręka mi nie drży, to rysuję dalej.

Od 1957 r. uczłowiecza Papcio małpę – Tytusa de Zoo,  a wraz z nim wychowuje kolejne pokolenia Polaków. Skąd pomysł na kultową serię komiku „Tytus, Romek i A'Tomek"?

Moi pierwsi czytelnicy mają dzisiaj po 60 lat. Pierwszy „Tytus" ukazał się w „Świecie Młodych" 56 lat temu, 22 października 1957 roku (jak słyszę, 22 października ma być ogłoszony dniem Jana Pawła II...). Na początku nie miałem pomysłu uczłowieczania kogokolwiek, a tym bardziej rysowania komiksu. Przed II wojną światową czytałem „Świat Przygód", „Wędrowca" i „Karuzelę", gdzie były kopiowane komiksy amerykańskie, a jednym z bohaterów był marynarz Ferdek. Spory szok przeżyłem, będąc w USA w latach 60., kiedy dowiedziałem się, że „Ferdek i Merdek" nie jest polskim komiksem, a Ferdek naprawdę nazywa się Popeye i reklamuje szpinak w puszkach.

Czy „Ferdek" to był wyjątek?

Polskie komiksy to była głównie ordynarna zrzynka z Zachodu. Kiedy sam postanowiłem stworzyć coś autorskiego, wpadłem na kosmiczny pomysł. Dosłownie. Akcję osadziłem w galaktyce. Bohaterami uczyniłem dwóch chłopców: chudego, wysokiego Romka i grubego, niskiego A'Tomka. W rakiecie spotkali małpkę doświadczalną, którą nazwali Tytus. Tytuł nawet się rymował: „Tytus, Romek i A'Tomek". Ale mimo że przygotowałem dziesięć odcinków, nie było zezwolenia na drukowanie komiksu w Polsce.

Papciowi pomógł cud?

Cud, a dokładnie Związek Radziecki. 4 października 1957 roku Związek Radziecki wystrzelił pierwszy sputnik. Nagle temat kosmiczny stał się bardzo aktualny. Wszyscy byli ciekawi, co się dzieje w tym kosmosie. Sputnik wydawał tylko odgłosy typu „piiii, piiii" i wszystko poza tym było tajne. To był mój czas. Niestety, redaktor naczelny nie był samodzielnym panem i władcą. Jak wszyscy w tamtej epoce był uzależniony od Wydziału Prasowego Komitetu Centralnego. Ale na szczęście się złożyło, że pewien sekretarz wydziału miał 10-letniego synka. Zadzwonił do redakcji, że moje komiksy mu się podobają: „można drukować, to jest nawet pożyteczne".

I tak Tytus stał się najpopularniejszym harcerzem PRL, który przetrwał Gomułkę, Gierka, Jaruzelskiego i szczęśliwie zadomowił się w wolnej Polsce.

Dla dzieci i młodzieży to była zupełna nowość. Do 1966 roku „Tytus, Romek i A'Tomek" był drukowany w „Świecie Młodych". Miałem bawić, ucząc i uczyć, bawiąc. Szukałem różnych tematów. Przez dziewięć lat można było śledzić losy całej trójki w harcerskiej gazetce. Kiedy wiosną 1965 r. Wydawnictwo Harcerskie postanowiło wydać „Tytusa" w formie osobnego zeszytu...

Papcio musiał gloryfikować PRL?

Tak źle jeszcze nie było. Musiałem lawirować. Jako że wydawnictwo było harcerskie, moi bohaterowie musieli być w mundurkach harcerskich i czerwonych chustach. W komiksie miało być przedstawione życie ZHP, ale też tak ważne dla systemu tematy, jak ochrona zabytków, ochrona przyrody, zbieranie makulatury, zdrowy sportowy tryb życia, „Na Szlaku Niewidzialnej Ręki" i pomaganie babci w zbieraniu drzewa w lesie. Skakałem z radości, kiedy wydrukowano w 30 tysiącach egzemplarzy kolorowego „Tytusa". Nakład w całości sprzedano w tydzień.

Ile łącznie sprzedało się „Tytusów"?

Skończyłem śledzić sprzedaż „Tytusów" po 11 mln egzemplarzy. Ludzie wciąż do mnie piszą. Nie nadążam odpisywać, więc pomaga mi wydawnictwo. Mimo moich 90 lat, wciąż mam zamówienia na następne księgi „Tytusa, Romka i A'Tomka". Kolejną księgę zamówiły ode mnie władze Wrocławia, które chcą, żebym narysował album o stolicy Dolnego Śląska na czas, kiedy miasto zostanie Europejską Stolicą Kultury w roku 2016. Chcę pokazać dzieje Wrocławia za czasów piastowskich, a konkretnie za czasów Bogusława Krzywoustego. I tak zamiast umierać, siedzę codziennie i rysuję. Czytam kronikę Galla Anonima, kronikę Długosza, dzieła Wincentego Kadłubka, dziesiątki publikacji o Wrocławiu i szperam w Internecie.

Czy przygotowanie księgi o Powstaniu Warszawskim, Bitwie Warszawskiej 1920 r., bitwie pod Grunwaldem czy odsieczy wiedeńskiej 1683 r., a ostatnio zeszytu: „Tytus, Romek i A'Tomek w wojnie o niepodległość Ameryki z wyobraźni Papcia Chmiela narysowani", jest trudniejsze od tradycyjnych zeszytów o przygodach Tytusa?

Trzeba się dobrze przygotować historycznie. Szczęśliwie wydawnictwo Prószyński drukuje wszystkie moje pomysły, które wciąż cieszą się popularnością.  Do kolejnego albumu zebrałem masę pomysłów, piszę scenariusz – rolę Tytusa, przygotowuję szkice rysunków i już narysowałam pierwszą planszę.

Czyli emerytura Papciowi nie grozi?

Na emeryturze jestem już od 30 lat. Ale umów wydawniczych nie podpisuję, bo nie jestem pewien, czy mi się nagle nie przewróci. Każda nowa księga wydaje mi się ostatnią. I tak już od 15 lat. Ale może do grudnia uda się skończyć księgę o Wrocławiu. Rysuję z szybkością jednej planszy na dziesięć dni.

A skąd pomysł na serię albumów historycznych?

Zawsze chciałem narysować komiks o Powstaniu Warszawskim. Tylko jak małpę uczynić bohaterem powstania, a dowcipy połączyć z martyrologią? Nie chcę już rysować typowych komiksów humorystycznych. Nie samym „hi, hi, hiii" człowiek żyje. Chciałem malować albumy historyczne, ale tylko takie, w których Polska odniosła zwycięstwo. A że Polska większość powstań przegrała, to zasadniczo zawęził mi się zakres tematyczny albumów historycznych. Powstanie Warszawskie było klęską, ale ze względu na własny w nim udział, postanowiłem od tego tematu zacząć serię. Musiałem wyrzucić z siebie ten temat.

Jak utrzymuje się pan w tak wybornej kondycji?

Rysowanie mi pomaga. Na nic nie choruję. Cierpię na różne usterki organizmu, ale to cierpienie nie jest aż tak dokuczliwe, żebym nie mógł pracować. Będę rysował aż do śmierci, a założyłem sobie, że dociągnę do setki. Pogrzeb mój powinien się zatem odbyć nie wcześniej niż 7 czerwca 2023 r. Już dzisiaj zapraszam wszystkich czytelników na Cmentarz Bródnowski w Warszawie. Aleja 18 D, rząd 6, grób 5. Ale to dopiero za dziesięć lat.  Powstał już zeszyt z moimi epitafiami nadesłanymi przez czytelników. Ciekawe, że ludzie już dzisiaj przysyłają mi swoje propozycje kontynuowania serii „Tytusów" po mojej śmierci. Ale ich propozycje są w innym duchu. Podrabiając, nikt nie zostanie artystą. Tytus umrze razem ze mną.

Jak na przestrzeni lat zmieniło się życie Papcia i Tytusa?

Tytus się nie zmienia. Zmienia się otoczenie Tytusa. A ja? Ja nie mam kontaktu z rzeczywistością. Moi koledzy pomarli. Ze względu na wiek nie podróżuję już samochodem. Mój kontakt z codziennością odbywa się poprzez prasę i  telewizję. Dawniej miałem kontakt bezpośredni i wiedziałem, czym dzieci żyją, co jest modne, o czym mówi ulica. Znałem powiedzonka, słownictwo młodzieży. Dziś nie potrafiłbym rysować już humorystycznie na tematy aktualne. Do albumów historycznych nie potrzebuję kontaktu z rzeczywistością, bo ja już żyję przeszłością.  Polityką się nie interesuję. Czasem polityka mnie dotyka, ale ja zawsze staram się od niej stronić.

Ale podobno Papcio wspiera PiS i był nawet w honorowym komitecie wsparcia partii Jarosława Kaczyńskiego?

Dzisiaj nie popieram żadnej partii politycznej. Informacje o moich kontaktach z PiS wzięły się stąd, że jako były uczestnik Powstania Warszawskiego żywiłem wdzięczność do Lecha Kaczyńskiego za budowę Muzeum Powstania Warszawskiego. Narysowałem Lechowi Kaczyńskiemu rysunki, popierając go w wyborach na prezydenta Warszawy. Również Marcie Kaczyńskiej podarowałem obrazek. Córka Lecha Kaczyńskiego w dzieciństwie miała pieska, szkockiego czarnego teriera, którego nazwała Tytus. Narysowałem pani Kaczyńskiej jej psa tańczącego z Tytusem de Zoo.

Jak Papcio reagował na zarzuty, że komiksem infantylizuje kulturę?

To infantylne zarzuty. W PRL próbowano umniejszyć i poniżyć sztukę komiksu. Ale mnie się specjalnie nie czepiano. Na podstawie „Tytusa" powstała sztuka teatralna, film...

Jak podobał się Papciowi film o Tytusie, do którego głosy podłożyli m.in. Marek Kondrat, Andrzej Chyra, Dorota Stalińska, Artur Barciś czy Gustaw Holoubek, a muzykę przygotował Wojciech Waglewski?

Chyba nie tylko ja byłem rozczarowany tym filmem. Byłem przekonany, że scenariusz filmu zostanie oparty na stworzonych przeze mnie księgach, ale stało się inaczej. Nie doczytałem aneksu umowy i stworzono coś, co z „Tytusem, Romkiem i A'Tomkiem" nie ma wiele wspólnego. W filmie Tytus nawet ma mniej palców. Skandal! Ale nie chcę się denerwować. Tytus to całe moje życie.

Nie tylko Papcia. Politycy i artyści cytują Tytusa. Kultowym hasłem jest: „Życie ludzkie jest ważniejsze niż czyjeś interesy". Co dla Papcia było najważniejsze w życiu?

Humor i spokój. Mam dobre, długie życie. Zresztą opisałem je aż w dwóch autobiografiach: „Urodziłem się w Barbakanie", wydanej przez Prószyńskiego i S-kę,  oraz książce „Tytus zlustrowany", czymś w rodzaju drugiego tomu tej biografii. Jeśli pożyję dłużej, to napiszę tom trzeci. Nie znam przepisu na szczęśliwie życie, ale wiem, że w życiu nie ma sensu się napinać. Stres zabija.

W miarę starzenia się musiałem zrezygnować początkowo z pływania, potem z jazdy na nartach, na rowerze. Musiałem przestać jeździć motocyklem, a później samochodem. Lubiłem podróżować i spotykać się z ludźmi, lubiłem, jadąc motocyklem, podziwiać krajobrazy. A to czasem jakiś zajączek wyskoczył na drogę, a to sarenka. A teraz są wszędzie ekrany dźwiękoszczelne. Nic nie widać i nic nie słychać. Ludzie dzisiaj się izolują, żyją mniej uważnie. Polacy są też coraz bardziej podzieleni. To smutne. Zawsze chciałem łączyć ludzi. Bawić. Spuszczać z nich powietrze. Żyję z żartów, więc będę żartować do śmierci. A do setki jeszcze trochę mi zostało.

—rozmawiał Jacek Nizinkiewicz

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA